A potem się jej znudziło albo o „Dzienniku Franciszki Krasińskiej” K. Hoffmannowej (Pikniki z Klasyką #32)

Chociaż akurat tak
wyszło, że w tym roku czytamy w ramach „Pikników z Klasyką”
sporo powieści z XVIII i początków XIX wieku, muszę przyznać, że
dzisiejsza lektura była chyba najdziwniejszym przypadkiem, z jakim
się do tej pory zetknęłam.

Widzicie,
zastanawiam się cały czas, czy specyfika tych powieści wynika z
tego, że to dopiero początki gatunku i pisarze jak gdyby „testują”,
jak i o czym pisać – czy z tego, że czytelnicy się zmienili i
coś, co odpowiadało człowiekowi czytającemu daną powieść w
wieku XVIII zadziwia czytelnika z wieku XXI. Nadal nie mam specjalnie
satysfakcjonującej odpowiedzi na to pytanie, ale „Dziennik
Franciszki Krasińskiej” kazał mi je ponownie sobie je zadać.
O czym to jest?
Klementyna z Tańskich
Hoffmannowa bierze na warsztat prawdziwą postać historyczną,
szlachciankę Franciszkę Krasińską, morganatyczną żonę jednego
z synów Augusta III Sasa. Tak właściwie to każe jej spisywać
swoje wrażenia od zamążpójścia najstarszej siostry do własnego
ślubu, przy czym już te fragmenty są mocno nierówne. Następnie
porzuca bohaterkę, by kazać jej przedstawić swoje dalsze losy w
formie fragmentów listów do bliskich, w końcu zaś – w posłowiu
– powiadamiając nas o śmierci swojej heroiny. Generalnie już
tutaj widać pewne problemy, a one się tylko piętrzą.
Po
pierwsze
, sama kreacja bohaterki jest problematyczna. Mamy wierzyć w
jej wysoką inteligencję, wielką urodę, patriotyzm – tymczasem
ona sama w dzienniku dostarcza nam głównie argumentów przeciwko
sobie, bo widzimy ją jako dość pretensjonalne dziewczę zanurzone
po uszy w swojej epoce, z której nie może się specjalnie wyrwać.
Widzicie, nie ma nic złego w bohaterze swoich czasów – ale kiedy
później dowiadujemy się, że to miał być bohater ponad swoje
czasy (coś w rodzaju światłego człowieka Oświecenia widzącego
upadek Rzeczypospolitej), to pojawia się pewien zgrzyt. I zgrzyta
tak w „Dzienniku…” coś co krok: a to po fragmencie „powinniśmy
się niepokoić losem ojczyzny” następuje fragment „ale
właściwie trudno powiedzieć czemu, lepiej się napić”, a to
bohaterka mimochodem nas informuje, że żeby się dobrze wyspać,
trzeba z karczmy wyrzucić żydowskich lokatorów, a to poświęca
mnóstwo miejsca na szczegółowy opis garderoby albo wyposażenia
wnętrza. Opis, dodajmy, niespecjalnie porywający.

Po
drugie
, autorka nie do końca chyba miała pomysł na to, co tworzy.
Powieść historyczną? Mistyfikacyjną pracę na materiale
źródłowym? Literaturę dydaktyczną? Czy mamy Krasińską
podziwiać, czy uczyć się na jej błędach? Powiem Wam szczerze,
nie mam pojęcia, jakie powinny być odpowiedzi na te pytania. Inna
sprawa, że nie jest to dzieło tak ważkie, że zarywałam noce, by
spróbować sobie ich udzielić. No właśnie: Krasińska nie zostaje
na specjalnie długo z czytelnikiem, chociaż autorka stara się do
końca, każąc nam współczuć jej losu, włącznie z tym, że
poniosła trudną śmierć. Tam z kolei Hoffmannowa stara się
emocjonalnie zaszantażować czytelnika, wstawiając coś w rodzaju
morału „owszem, popełniała błędy, ale jak gorzko zmarła,
współczujcie jej, bo się chociaż starała”. Do mnie to nie
przemawia, bo wciąż mam przed oczyma bohaterkę omawiającą
kolejne i kolejne portrety rodzinne w jednym z odwiedzanych zamków.
Po
trzecie
, odniosłam
wrażenie, że sama autorka była nieco znudzona bohaterką i jej
losami. Urywa bowiem w pewnym momencie jej dziennik – generalnie
sprawia to bardzo realistyczne wrażenie, ach, wszystkie te porzucone
nastoletnie dzienniki! – żeby przejść do fragmentów listów.
Jest tu i przeskok czasowy, i bohaterka wydaje się być zupełnie
inną osobą. Co się stało, skąd ta zmiana, informuje nas autorka
krótko, ale ponieważ to przejście jej nie pokazane, a niejako
wymuszone na materiale, trudno w nie uwierzyć.
Po
czwarte
, cała sfera obyczajowości to jest coś, na co warto tutaj
zwrócić uwagę, mimo że robi dość przerażające wrażenie. Na
ślubach panny młode głównie cały czas płaczą, a otoczenie
informuje je, żeby się nie martwiły, bo oto mają męża, który
„będzie im jak ojciec” (dość przerażająca wizja). Dziewczyny
są zaskoczone tym, że ich starsza siostra rodzi dziecko (sam fakt
zdaje się je zaskakiwać). Warstwy
niższe przedstawione są jako uzależnione od szlachty nie tylko
ciągotami feudalnymi – tu jakby nie mają wyboru – ale i
emocjonalnie, i intelektualnie, jeśli można to tak nazwać, są
czymś w rodzaju dzieci biegających wokół zamków, które ktoś
musi przecież wychować i wskazać im właściwą drogę. Szlachta
zaś głównie się bawi, choć w teorii martwi o stan państwa. Na
uwagę zasługuje też knujący bogate ożenki arystokrata, którego
cele spalają na panewce, on zaś jawi się w związku z tym jako
taki dość nieudolny Poloniusz z „Hamleta” (mówię tu o
opiekunie Krasińskiej i tak, wiem, że zasadniczo Poloniusz powinien być nieudolny).
*** 
Ogółem
zatem muszę powiedzieć, że „Dziennik…” (który możecie
dzięki Wolnym Lekturom przeczytać sami, to znaczy zawsze możecie, ale w ten sposób możecie nawet od razu) był jedną z
najdziwniejszych, jeśli nie najdziwniejszą, książką, jaką w tym
roku przeczytałam. A co na ten temat sądzi Tarnina? Sprawdźcie koniecznie, u niej też będzie przebiegała dyskusja o książce.
Dołączyła też do nas Anna z bloga Przeczytałam książkę
A za
miesiąc zapraszamy bardzo serdecznie na rozmowę o „Ivanhoe” sir
Waltera Scotta.
Co Wy na to?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *