Z miłości do opery albo o „Upiorze Opery” G. Leroux

Wyborna lektura, od
razu się przyznaję, chociaż chyba nie ze wszystkich tych powodów,
dla których zwykle określam coś „wyborną lekturą”.

Na początek,
chociaż podejrzewam, że wszyscy mniej więcej wiedzą, dwa słowa,
o czym „Upiór Opery” jest.
Otóż w paryskiej operze
ustępuje dotychczasowy duet dyrektorski, przekazując nowej parze
dyrektorów tajemnicę budynku: grasuje w nim tajemniczy upiór i
jeśli przeciwstawić się jego żądaniom, doprowadza do tragedii.
Ludzie giną, żyrandole spadają na publiczność, a czołowa
solistka w kluczowej partii utworu zaczyna rechotać. A upiór nie
chce byle czego, tylko regularnych wypłat i wyłącznej rezerwacji
jednej z lóż. W dodatku okazuje się, że ma swoje plany co do
tego, kto powinien śpiewać które partie w poszczególnych utworach
i jakie zajmować stanowiska. Młoda śpiewaczka Krystyna Daaé
zdaje
się cieszyć jego szczególnymi względami – zazdrosny jest o to
kandydat do jej ręki i przyjaciel z dzieciństwa, wicehrabia Raoul
de Chagny. Dwudziestolatek podejrzewa, że Krystyna ma sekretnego
kochanka – a ona tymczasem twierdzi, że pobiera lekcje śpiewu od
Anioła Muzyki, którego zesłał jej z nieba zmarły ojciec. Wkrótce
oboje mają się przekonać, że prawda leży gdzieś pośrodku, a we
wszystko zamieszany jest właśnie upiór, którego pracownicy opery
lękają się, ale i którym się fascynują.

To,
co jest w powieści najciekawsze, to wcale nie upiór i nie romans.
Okej,
powiedziałam to i będę się tego trzymała. Bo
najciekawiej robi się tam, gdzie narrator, z pewnym ironicznym
dystansem, komentuje rzeczywistość pracy w operze (czy w ogóle: w
teatrze), zagląda za kulisy, za którymi niekoniecznie przemyka
upiór, ale na przykład starsi maszyniści, których co prawda
powinno się odesłać na emeryturę, zamiast tego jednak daje się
im fikcyjne posady „zamykaczy drzwi”. Bo opera fascynuje, trudno
odejść z tego budynku, który kusi i przywiązuje do siebie magią
sceny i zaplecza. Leroux pokazuje mechanizm działania takich
instytucji, jeśli idzie o kompromisy, które trzeba zawierać
pomiędzy sztuką, finansowaniem tejże z budżetu państwa, własnym
gustem, sprawnym zarządzaniem i tak dalej. Zobaczcie na przykład
ten krótki pasaż dotyczący nowych dyrektorów:

Moncharmin
nie miał pojęcia o muzyce, ale był na „ty” z ministrem oświaty
i z ministrem sztuki, zajmował się niegdyś dziennikarstwem i
posiadał dość znaczny majątek. Był ogólnie lubiany i całkiem
inteligentny, skoro zdecydowawszy się na kierowanie Operą, potrafił
wybrać tego, kto będzie przydatnym mu pomocnikiem – udał się
mianowicie prosto do Firmina Richarda. Ten ostatni był wziętym
kompozytorem (…).

Jest
w tym oczywiście sporo ironii (zaznaczenie, że bogactwo i
znajomości mogą sprawić, że kiedyś zostanie się dyrektorem
opery, choćby słoń nadepnął na ucho), ale jest też pewna
fascynacja samego Leroux w obserwowaniu, jak działa taki złożony
mechanizm. Autor zresztą bardzo lubił teatr, chociaż – jak w
posłowiu do mojego wydania pisze tłumaczka Bożena Sęk – nie
miał wielkiego szczęścia do niego: jego sztuki słabo szły,
adaptacje zaś niespecjalnie się udawały. Lepiej mu wychodziło z
kinem i szczerze mówiąc nie dziwię się, bo cała narracja „Upiora
Opery” jest napisana w sposób bardzo filmowy. Widać wręcz, jak
mogłyby wyglądać poszczególne sceny (bileterka opowiadająca o
spotkaniu z upiorem!). Ale
wracając do funkcjonowania opery: Leroux z lubością opisuje różne
absurdy pracy w takim miejscu, jak choćby zdziwienie dyrektorów,
że… Ale zaczekajcie, przytoczę ten fragment, bo to chyba mój
ulubiony:

(…) do
kancelarii wszedł administrator Mercier.
– Lachenal
chciałby mówić z którymś z panów dyrektorów. Zdaje się, że
to pilne, bo wygląda na mocno zdenerwowanego.
– Któż to
jest Lanchenal? – zapytał Richard.
– Nasz
pierwszy masztalerz.
– Nasz
pierwszy masztalerz?
– Tak, panie
dyrektorze – wyjaśniał Mercier – mamy w Operze kilku
masztalerzy, a Lachenal jest ich przełożonym.
– A cóż robi
ten masztalerz?
– Zarządza
stajnią.
– Jaką
stajnią?
– Naszą,
panie dyrektorze, stajnią Opery.
– W Operze
jest stajnia? Pierwsze słyszę. A gdzież ona się znajduje?
– W
podziemiach od strony rotundy. Mamy tam dwanaście koni.
– Dwanaście
koni! Wielki Boże, i na co to?
– Ależ
potrzebne są na przykład do „Żydówki”, „Proroka”… To
muszą być konie ujeżdżone i obeznane ze sceną.

Bo
opera to świat w świecie, samowystarczalna instytucja, choćby się
to i miało nie opłacać, ufundowana na tradycji dłuższej niż
pomysł, że coś się ma opłacać. I to jest bardzo ciekawe w tym
świecie, na który Leroux narzuca kolejną warstwę, czyli wszystkie
tajne przejścia i sztuki z lustrami, które płata upiór. Dla mnie
jednak to była właśnie ta kolejna warstwa, którą czytałam
trochę w oderwaniu od tej pierwszej, rzeczywistej i znacznie
bardziej w tym przypadku dla mnie interesującej.

Zamiast wstawiać Wam tu uwerturę z „Upiora w operze”,
może Saint-Saens i jego „Danse macabre”? Niezupełnie bez związku,
bo kompozytor pojawia się we własnej osobie na przyjęciu w operze,
opisanym w powieści.

No
ale co z Krystyną, co z Raoulem?
Zapytacie,
bo przecież sednem fabuły jest jednak trójkąt miłosny
Upiór—Krystyna—Wicehrabia. No, odpowiem, jest tam te romans, ale
to, co w nim najciekawsze, to dwuznaczność pozycji Krystyny, której
„dobra” wszyscy chcą, a co skutkuje w gruncie rzeczy tym, że
obaj rywale chcą, by podporządkowała się ich pomysłom. Trudno
kibicować upiorowi, bo jest mocno zwichrowany (raczej nie dlatego,
że jest tak brzydki, że brzydota ta wypchnęła go na margines
społeczeństwa, o czym nam narrator nieustannie przypomina – ale
widać tutaj pewien trop, który się nam w kulturze będzie bez
przerwy od tej pory, niestety, pojawiał). Trudno
jednak też mieć cieplejsze uczucia do Raoula, który bez przerwy
twierdzi, że Krystyna coś musi
zrobić, postąpić tak
a tak i koniecznie podporządkować się jego pomysłom na jej życie.
Autor co prawda dorzuca nam
tam wątek mezaliansu – chyba po to, byśmy docenili poświęcenie
wicehrabiego – ale szczerze mówiąc pozostawiło mnie to równie
oziębłą w stosunku do bohatera, jak wcześniej. Sama Krystyna
zachowuje się momentami jak ofiara syndromu sztokholmskiego, głównie
dlatego, że Leroux stara się tak manewrować czytelnikiem, by i
nienawidził, i żałował upiora. Co z tego jednak wynika?
Odczytałam to tak, że Krystyna nie chce rezygnować z kariery na
rzecz małżeństwa, kimkolwiek by nie miał być jej przyszły
wybranek. W tym kluczu końcówka nie jest specjalnym happy
endem
.

A
co z upiorem?
Zastanawiam się
w ciągu całego tego miesiąca z mystery
horror
, na ile zagadki,
które stawiają w swoich utworach autorzy, mają pozostać
zagadkami, a na ile prowadzić do pewnych rozwiązań. Bo Leroux
stawia tych zagadek sporo, nie wszystkie jednak rozwiązuje (a
niektóre sprawiają wrażenie dodanych na siłę, by fabuła
zmierzała tam, gdzie chciałby autor, choćby powieściowa materia
się opierała). Dlaczego na przykład upiór kończy żywot tak a
nie inaczej w takim właśnie momencie? To
jedna z rzeczy, które mnie przy lekturze najbardziej zastanawiały.
Cała reszta: zapadnie, sztankiety, orientalne dodatki w postaci
tajemniczego Persa i historii o różowych chwilach Mazandaranu –
to jednak głównie sztafaż, który można wziąć za dobrą monetę,
można też jednak spokojnie pominąć. Bo dla mnie „Upiór Opery”
to historia (niespełnionej) miłości do opery – jako sztuki i
jako instytucji. I jako taką serdecznie ją polecam.
 
 
Wpadnijcie koniecznie w Halloween, pojawi się tu autor o bardzo krótkim nazwisku.
 

23 Replies to “Z miłości do opery albo o „Upiorze Opery” G. Leroux”

  1. „Upiór w operze” podobał mi się jako musical, książki niestety nie dałam rady skończyć. Nudziła mnie, w dodatku dowiedziałam się, że tłumaczka B. Sękowska dokonała dużych skrótów i różnych zmian, słowem: poprawiała po autorze. A ja bardzo nie lubię, gdy tłumacz ingeruje w oryginał. 🙂

    1. Ja z kolei widziałam musical tylko w tej najnowszej wersji, z Gerardem Butlerem jako upiorem i niewiele pamiętam (ale lubię słuchać muzyki, ta uwertura Lloyda Webbera jest naprawdę niesamowita i zawsze mam ciarki). Co do skrótów: tego nie wiedziałam! Kurczę, szkoda, ale z drugiej strony będzie okazja, żeby zajrzeć do książki jeszcze raz, a z chęcią to zrobię, bo może znajdę więcej smaczków dotyczących funkcjonowania opery ;-)?

    2. Och, a widziałaś druga część musicalu, "Love Never Dies"? To moje guilty pleasure, ale pięknie rozgrywa ten motyw zależności Christine od mężczyzn.

    3. Nie! Nawet nie wiedziałam, że powstała. Czy dobrze rozumiem, że tym razem zamiast opery jest lunapark?

    4. A znacie może "Upiora Manhattanu" Forsytha? To pierwotnie miała być podstawa do sequelu musicalu, ale Weberowi nie podobał się kierunek, w którym poszła fabuła.

    5. Ja nie, nawet przyznaję się bez bicia, nie słyszałam o "Upiorze Manhattanu". Czyli to coś w rodzaju kontynuacji, napisanej przez Forsythe'a na motywach powieści Leroux? Podejrzewam, że tego, co w "Upiorze Opery" mnie najbardziej ujęło, czyli tego portretu świata opery/teatru tam już nie ma (a skąd uzasadnienie nazwiska upiora? on sam mówi w powieści, że nie ma nazwiska, a i imię jest zmyślone).

  2. O zaciekawił mnie fragment o podporządkowaniu się któremuś z kochanków – ze względu na film, którego nie znoszę, a który wywołuje we mnie bardzo głębokie emocje. W filmie ten motyw jest równie wyraźny, tylko że twórcy udają, iż wszystko jest w porządku. I Raoul jest tym dobrym, a upiór jest zły tylko dlatego, że morduje ludzi.

    I tutaj moje pytanie: czy tutaj Kryśka też jest taka… niestabilna psychicznie i emocjonalnie? Porównując sceny filmowe i teatralne (kiedyś szykowałam na ten temat notkę, ale coś nie wyszło ;)), doszłam do wniosku, że to kwestia przede wszystkim słabej gry aktorskiej filmowej Christine. A jak to wygląda w książce? 🙂

    1. No tak, ona jest niestabilna, tyle że to moim zdaniem nie wynika z bohaterki, ale z tego, jak autor chce nam zaprezentować upiora (Pers ma ten sam problem, bo nie umie wyjaśnić, czy właściwie go nienawidzi, jest mu obojętny, fascynuje go i tak dalej). I w związku z tym Krystyna ma problem, bo jest gotowa rzucać Erika i go nienawidzić albo popełnić samobójstwo, a chwilę później chce z nim zostać, słuchać jak śpiewa, docenia geniusz i tym podobne.

    2. To dobrze, brzmi dużo lepiej niż w przypadku filmu 🙂

    3. Książkę polecam przede wszystkim ze względu na opisy funkcjonowania opery, to coś, czego w filmie jednak uchwycić się chyba nie da (a może się da, tylko że skupia się raczej na zakrętach fabuły, Leroux miał ten komfort, że nie musiał aż tak ;-)).

  3. Czy to jest właśnie ta książka, do której nawiązywał Pratchett? Bo fabuła brzmi podejrzanie znajomo, a on często wykorzystywał znane teksty, by tworzyc coś w rodzaju ich parodii w realiach Świata Dysku. A ja niestety nie zawsze wiedziałam, co to są za teksty, bo nie jestem aż tak obeznana w literaturze angielskiej.

    1. Tak, w "Maskaradzie" :-). Przyznam, że aż mam ochotę sobie powtórzyć, bo wtedy radość jest większa, jak się pamięta/zna pierwowzór ;-).

  4. Przyznam, że sama powieść przeczytałam kilka lat temu, ale głownie po to, żeby przekonać się, jak bardzo ewoluowała od korzeni do najnowszej interpretacji. I to w sumie z jednej strony fascynujące, jak bardzo zmieniło się postrzeganie samego Upiora oraz jak mało zmienił się wątek romansowy.
    Kiedy czytałam "Upiora…" miałam też wrażenie, że sama Krystyna jest tutaj w gruncie rzeczy nieistotnym artefaktem. Nie jest osobą, a jedynie kompilacją klisz i cech niezbędnych do pchania fabuły dalej. No ale może ongiś tak pisano.
    I te dodatki z tajemniczym Persem i orientalnym pochodzeniem też mi się zdają pasoać jak kwiatek do korzucha – ot, żeby uwczesnemu odbiorcy powieść wydawała się bardziej atrakcyjna, trzeba było wcisnąć do niej odrobinę orientu…

    1. Mnie się Pers kojarzył z hrabim Monte Christo, który też odbył wojaże po Bliskim Wschodzie, zanim wrócił straszyć w Paryżu. To rzeczywiście musiała być moda (niepotrzebnie mącąca w fabule, współczesne adaptacje obywają się bez tego).

    2. Bo też chyba dlatego, że upiór jest najciekawszą postacią — nie łudźmy się, ani Krystyna, ani Raoul niespecjalnie przykuwają uwagę. Krystyna, tak jak piszesz, ma niewiele charakteru (chociaż można między wierszami wyczytać sporo jej motywacji innych niż "kocham tego i tego" — najszczersza wydaje się, gdy mówi, że nigdy nie wyjdzie za mąż i poświęci się muzyce, już bez względu na groźby upiora; przy czym warto zauważyć, że ostatecznie i upiór, mimo że podziwia jej talent, pragnie jej za "normalną żonę", jak sam mówi), Raoul głównie ma odgrywać miotanego zazdrością kochanka. Swoją drogą to jest ciekawe, ile miejsca w powieści zajmuje motyw "jestem brzydki" oraz "jaka ona piękna": w dużej mierze działające jako oś napędowa sporej części działań bohaterów.

      Zgadzam się z Wami, że te orientalne dodatki są bardziej dla ubarwienia tej "tajemniczej" części fabuły, Pers jest dodatkowo wprowadzony po to, żeby wyjaśnić część zagadek (dlatego dostaje kilka rozdziałów będących jego zapiskami).

    3. Tak mi teraz przyszło do głowy, ze Krystyna to taka typowa kobieta-dziecko (chyba nawet bardziej dziecko. Ile ona tam miała lat? 16? 17?). CO w sumie ze współczesnej perspektywy trochę mnie uwiera, bo współczesnemu czytelnikowi nasuwa się interpretacja dwóch zaborczych mężczyzn, którzy niewinne i naiwne (aż do poziomu upośledzenia umysłowego czasem…) dziewczę wykorzystać do swoich celów. (I, w sumie jak piszesz, jedyną różnica między nimi jest to, że jeden jest młody, przystojny i w miarę normalny, a drugi nie).

    4. Ano właśnie, próbuje się co prawda autorowi wymknąć od czasu do czasu (kiedy staje raczej przed dylematem kariera-wszystko inne niż wybrać kandydata numer jeden czy numer dwa), tyle że ostatecznie jednak zostaje wierzchołkiem trójkąta miłosnego. Zresztą znamienne, że pod koniec tylko dowiadujemy się, że wyjechali, a nie widzimy już Krystyny w działaniu. Choć na korzyść bohaterki trzeba przyznać, że nie jest jedynie damą w opresji, ale sama stara się sobie radzić w tejże opresji, mimo mizernych skutków.

  5. nawiasem autor popełnił też inny znany choć zapomniany utwór "tajemnice żółtego pokoju " tu z kolei pobawił się znanym motywem zbrodni w zamkniętym od środka pokoju nawet dobrze napisane 🙂

    1. No tak, jest cała seria detektywistycznych powieści Leroux, jestem ich nawet ciekawa po spotkaniu z "Upiorem…", zapewne przy jakiejś okazji sięgnę :-).

  6. "Upiór…" bardzo mi się podobał. Owszem, najpierw widziałam ekranizację, książkę zdobyłam i przeczytałam znacznie później. Jeśli o mnie chodzi, podobała mi się kreacja Upiora, to połączenie zła i geniuszu, które wpływało na jego zachowanie i działania.

    1. U mnie podobnie, wiedziałam mniej więcej "z czym to się je", bo oglądałam film, także nie byłam jakoś bardzo zaskoczona fabułą, ale wszystkimi tymi niuansami świata opery — i tą czułością, z jaką Leroux je opisuje — już tak i to mi się bardzo podobało :-). Co do upiora, to cały czas się zastanawiam nad tym jego złem — bo geniusz niewątpliwie, zresztą Pers nie pozwala nam o tym zapomnieć, ale wolałabym, by postać miała jeszcze jakąś motywację poza "jestem tak bardzo brzydki".

  7. Ach, od razu przypomniała mi się "Maskarada" Terry'ego Pratchetta, która zresztą z "Upiorem" ma sporo wspólnego.

    1. Tak, Bukowina wyżej już ją także przywołała — nic zresztą dziwnego, "Upiór…" to tekst tak obrosły w konteksty, że one czasem przychodzą do głowy przed samym odniesieniem do oryginału ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.