W tej dziwnej krainie o nazwie Englia albo o „Jutro będzie koniec świata” J. Posłusznej i „Angolach” E. Winnickiej

Traf chciał, że
miałam na półce czekające na przeczytanie dwie książki o
podobnej tematyce. Przeczytałam je więc i pomyślałam, że może
zamiast rozbijać na dwa wpisy, skomentuję je wspólnie. Pierwsza z
nich to powieść, debiut Justyny Posłusznej, druga to uznany
reportaż Ewy Winnickiej. Obie autorki łączy temat: życie polskiej
emigracji na Wyspach Brytyjskich.

Może najpierw
krótko o czym jest „Jutro będzie koniec świata”.
Paweł, anglista w gimnazjum, rzuca pracę i wyjeżdża do Londynu
pracować za większe pieniądze niż pensja nauczycielska. W kraju
zostawia matkę i niedoszłą dziewczynę, która, tak się składa,
jest z nim w ciąży. Bohater ma ewidentny problem z budowaniem więzi
– czemu się tak dzieje, dowiadujemy się w trakcie trwania akcji,
gdy na jaw wychodzą mroczne sekrety jego przeszłości – co
objawia się również w jego kontaktach z nowo poznanymi w Londynie
ludźmi. A są wśród nich współlokatorzy z wynajmowanego
mieszkania, uczennica, niezależna businesswoman
Nina
i Henry, straumatyzowany staruszek, którym Paweł ma się
zaopiekować. A o
czym są „Angole”?
Ewa
Winnicka chce stworzyć obraz „polskiej inwazji” na Brytanię,
jaka dokonać się miała po wejściu do Unii Europejskiej. W
krótkich obrazach, poprzedzonych minimalnym wstępem, oddaje głos
ludziom, z którymi rozmawiała, pochodzącymi z najróżniejszych
warstw społecznych: są więc lekarze, akademicy, pracownicy
budowlani, prowadzący
drobne i większe biznesy przedsiębiorcy, pielęgniarki, sportowcy,
bezdomni. Co
ich łączy? Fakt przyjazdu – kiedyś, kiedykolwiek – na Wyspy
Brytyjskie, przy czym część rozdziałów dotyczy również
Irlandii, nie tylko Północnej.

***

Oczywiście
jedna i druga książka ma swoją specyfikę, dlatego że pierwsza to
beletrystyka, druga zaś reportaż. Posłuszna konstruuje świat
przedstawiony, Winnicka go rekonstruuje. Ale w tym drugim przypadku
mam odrobinę więcej wątpliwości. Pozwólcie więc, że najpierw
napiszę kilka słów o „Jutro będzie koniec świata”, a potem
przejdę do „Angoli”. Powieść Justyny Posłusznej jest taką
książką, o której mówi się, że jest w porządku. Nie
wstrząśnie czytelnikiem, ale i nie znudzi, nie objawi nowych prawd,
ale też nie sprawi, że będziecie bili głową w ścianę krzycząc
„kto mi odda te godziny mojego życia?!”. To
może nie jest najgorętsza rekomendacja roku, ale powiem szczerze,
że będę się z chęcią przyglądać kolejnym powieściom autorki,
bo dostrzegam tu pewien potencjał. Przede wszystkim, co się chwali,
w powieści właściwie nie ma prostych rozwiązań (może poza pewną
kąpielą w zimnym morzu, która wzbudziła moje wątpliwości), co
przy skomplikowanej materii powieściowej nie jest wcale takie łatwe.
Bo autorka piętrzy problemy stojące przed Pawłem: dowiadujemy się
o jego niełatwej rodzinnej historii (przy okazji zaś nienachalnie
na postać najlepiej lawirującą w tej rzeczywistości wyrasta matka
bohatera i aż szkoda, że nie ma jej więcej – to
taka postać, którą na pewno kiedyś spotkaliście, czyli starsza
pani, która za dużo bardziej oczywiste bierze pewne ułatwienia
rzeczywistości i korzysta z nich, bo po prostu tam są),
indywidualnej
traumie, kwestiach związanych z zapatrywaniami na świat. Paweł nie
jest więc takim ot sobie przezroczystym głównym bohaterem – na
szczęście, choć aż by się prosiło o kilka scen więcej z jego
życia jako nauczyciela anglisty. Ta część przeszłości bohatera
jest najrzadziej przywoływana, częściej jest nawet mowa o
studiach, a wydaje się, że jednak to ta niedawna praca powinna na
nim odcisnąć jakieś większe piętno.

Rozprawmy
się też
od
razu z blurbem (Momentami
gorzka, momentami zabawna opowieść z życia londyńskiej emigracji,
nieodparcie przywodząca na myśl znakomity film „Nietykalni”
).
No więc nie, nie przywodząca – jeśli szukacie powieści w stylu
„Nietykalnych”, to się rozczarujecie, bo co łączy oba te
światy przedstawione? Młody człowiek opiekuje się starszym
człowiekiem. Pochodzą z różnych sfer. Tyle. Posłuszna prezentuje
nam świat, w którym Henry nie jest specjalnie nawet Pawłowi
wdzięczny i pełni raczej rolę złośliwego starszego chochlika niż
mentora czy przewodnika (Tomasz pisze co prawda, że Henry jest w jakiś sposób sympatyczny, choć
mnie nadal chochlik wydaje się najodpowiedniejszym porównaniem)
– Paweł zaś owszem, pomaga mu, ale też nie wynosi jakoś
przesadnie dużo z tej relacji. Więcej zdaje się uczyć ze
związku-niezwiązku z Niną. Także
w mojej opinii taka zajawka raczej powieści nie pomaga: jest to
zresztą powieść bardziej gorzka niż zabawna – a gdyby chcieć
ją opisać jakoś bardziej jednoznacznie, to takie (późne) coming
of age story
.
Bo przede wszystkim bohater musi tutaj pogodzić się ze sobą,
światem, zmianami – podobne
wyzwania stoją przed Henrym – i tu troszkę zawodzi końcówka, bo
aż by się chciało trochę więcej zobaczyć tej konfrontacji
bohaterowie—świat, a
powieść po prostu się kończy.

***

O
ile
Londyn w powieści Justyny Posłusznej jest miejscem, gdzie ma się
dokonać życiowa przemiana bohaterów, o tyle w reportażach Ewy
Winnickiej Wyspy Brytyjskie mają kilka innych postaci. Mój
największy problem z „Angolami” to ich wewnętrzna niespójność,
nie umiem bowiem powiedzieć, o co chodziło autorce. Co jest
wspólnym mianownikiem zaprezentowanych nam historii: to, że
bohaterowie są emigrantami (jak wspominałam, część z nich w
Irlandii, nie w Wielkiej Brytanii)? To, że mają
złe doświadczenia, nawet jeśli starają się robić dobrą minę
do złej gry? A
może, no właśnie, mają ich łączyć relacje z „Angolami”?
Tutaj pojawia się moje największe zwątpienie w stosunku do
zaprezentowanego materiału: choć przekrój rozmówców jest bardzo
duży, właściwie wszyscy będą używali terminu „Angole”.
Także tam, gdzie on tak niespecjalnie pasuje – i nie mogłam się
oprzeć wrażeniu, że zastąpiono nim część „Anglików” tak,
by wywołać jakieś wrażenie spójności. Ale właśnie: wywołać,
bo ono nie wyłania się z tekstu samoczynnie, ale jest wywoływane
na powierzchnię jak kobra z koszyka.

Z

kobrą to ja tak niezupełnie od czapy wyskakuję, bo nie pierwszy
raz mam wrażenie, że reportaż podsuwa mi jakąś niby
zrekonstruowaną, a w gruncie rzeczy jednak skonstruowaną wizję
rzeczywistości i tak hipnotyzuje, i hipnotyzuje. Bo
łatwo się tej narracji dać uwieść, Winnicka nie pretenduje
bowiem ani do pokazania jakiejś (no właśnie, ponownie: jakiej?)
całości, wybiera poszczególne historie, zestawia je tak, by
czasami ze sobą współgrały – czy to dlatego, że jeden rozmówca
zna innego, czy że są podobne w tonie, czy że dotyczą wspólnych
zagadnień – a czasami nie. I tu znowu mam kłopot: czemu niektórzy
pojawiają się dwa razy? Czemu ta Irlandia? Mogłabym te pytania
mnożyć, ale co z tego wynika? Moim zdaniem „Angolom” trochę
brakuje głębi: to pokazuje już kłopot z tytułem, o którym
pisałam wyżej. Wszystko jest tutaj na pierwszy rzut oka w porządku,
a potem się okazuje, że jednak się wcale tak nie składa, jakby
się wydawało. Aż
żal, że autorka nie pociągnęła swoich rozmówców bardziej za
język, jeśli chodzi na przykład o religijność, kontakt z polską
emigracją wojenną i solidarnościową, warunki pracy. Wszystkie te
elementy w „Angolach” niby są, ale pozostaje jakiś niedosyt.
Wydawało
mi się zawsze, że z reportażu ma się wyłaniać jakaś myśl,
którą nie autor wpycha czytelnikowi, ale czytelnik sam wyciąga na
własny rachunek. A tymczasem z „Angoli” dowiedziałam się
głównie, że gorzej mówiący po angielsku emigranci dostaną w
przychodni paracetamol, a ci lepiej – inne leki. Ciut przymało.

Za
„Jutro będzie koniec świata” dziękuję pani Karolinie z
wydawnictwa Media Rodzina, a za pożyczonych dawno temu „Angoli”
mojej najlepszej pani bibliotekarce (a nie mówiłam, że pożyczanie mi
książek to niebezpieczna sprawa, zwłaszcza swoich?).

8 Replies to “W tej dziwnej krainie o nazwie Englia albo o „Jutro będzie koniec świata” J. Posłusznej i „Angolach” E. Winnickiej”

  1. Nie słyszałam o tych tytułach.Wydają się być ciekawe.
    Pozdrawiam.
    czytanestrony.blogspot.com

    1. To oczywiście zależy od tego, czego szukasz :-). O "Angolach" było swego czasu dość głośno, natomiast debiut Posłusznej jakoś tak cicho przemknął.

  2. Jesli jest to Irlandia Polnocna to jak najbardziej jest czescia Wielkiej Brytanii przynajmniej formalnie. To wciaz bolesne dla Irlandczykow i w niektorych dzielnicach Belfastu ponoc nadal mozna oberwac jesli sie czlowiek nieostroznie wypowie po niewlasciwej stronie barykady.
    Irlandia to Republika Irlandii i jesli sa w tej ksiazce jej mieszkancy to rzeczywiscie duzy blad rzeczowy i brak wrazliwosci kulturowej u dzienikarki nazywac ich Angolami. Widzialam ich w akcji kilkakrotnie – wezma poprawke na akcent i dadza ci szanse na wejsciu bo Irlandczycy po prostu tacy sa – ale ZAWSZE cie poprawia, jesli nazwiesz ich Anglikami.

    Po drugie reportaz i kazdy dokument jest procesem selekcji i wyborem autora (takze artystycznym czy powiedzmy przynajmniej stylistycznym) wiec dla mnie zawsze jest skonstruowany, nigdy nie stanowi pelnej rekonstrukcji jesli dobrze rozumiem w jakim znaczeniu tego uzywasz.

    1. Jasne, co do Irlandii Północnej zdaję sobie jak najbardziej sprawę i tych fragmentów (bo są reportaże dotyczące na przykład specyfiki Belfastu i życia tam) się nie czepiam. Ale są też takie, które obejmują Republikę Irlandii (pojawia się Dublin) i tu mam też taką wątpliwość, że wrzucamy do jednego worka specyfikę migracji do Wielkiej Brytanii i do Irlandii, a one chyba jednak czymś się różniły — chociaż może się i mylę. No, ale właśnie, trudno mówić o "Angolach" w Irlandii.

      No oczywiście, że to proces selekcji (i mimo wszystko w związku z tym nie jest tak, że reportaż jakoś zupełnie wiernie pokazuje rzeczywistość), problem polega na tym, kiedy trudno z tego obrazu coś odtworzyć dla siebie. A tutaj zetknęłam się właśnie z takim problemem, że nie wiem za bardzo, co ma wynikać z tak zaprezentowanego procesu wyboru.

    2. Nie no, różnice są i to duże. Nie tylko formalnie. Pomijając nawet oczywisty kontekst historyczny znam ludzi, którzy mają za sobą doświadczenia Wielkiej Brytanii i Republiki Irlandii i mówią oni, że to inne podejście do rzeczywistości zupełnie, więc takie generalizacje są naprawdę nie na miejscu.(W Irlandii mówi się o Irolach, choć osobiście nie używam, bo nie lubię. I ja pracuję w międzynarodowej firmie, paradoksalnie Irlandczyków najmniej, gdzie nie spojrzysz Holendrzy i Skandynawowie, Polacy i Chorwaci 🙂

    3. Ano właśnie, tak też podejrzewałam. Swoją drogą ciekawe, że te pejoratywne określenia się oba kończą na -ole, chociaż przecież i Anglik, i Irlandczyk są nazwami tworzonymi trochę inaczej. Może tutaj szukać, jeśli już, jakiejś analogii…?

  3. "Angoli" chciałbym przeczytać i ciekaw jestem, jak będzie mi się czytało jako angielskiemu filololowi.

    1. To jeśli wpadnie Ci w ręce "Jutro będzie koniec świata", też polecam, wszak główny bohater jest filologiem angielskim właśnie :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.