Upiorny lunapark albo o „Jakiś potwór tu nadchodzi” R. Bradbury’ego


Jak to czasami przewrotnie bywa. Książka, która posiada wszystkie (a przynajmniej większość) elementów, które powinny sprawić, że podczas lektury opadałabym na fotel z jękiem zachwytu, pozostawiła mnie z raczej mieszanymi uczuciami.

O
czym to jest?
„Jakiś potwór
tu nadchodzi” to historia dwójki przyjaciół, Willa i Jima,
urodzonych na sam koniec października niedaleko północy w
Halloween. Will mieszka z rodzicami, matką i starszym ojcem, obok
Jima, który ma tylko matkę – jego ojciec i rodzeństwo nie żyją.
Ojciec Willa pracuje jako dozorca w miejscowej bibliotece. Chłopcy
bawią się razem, rozmyślają o przyszłości – Will weselej, Jim
bardziej ponuro, bo też i Jim jest z tej dwójki tym bardziej
ponurym – aż tu pod koniec października, niedługo przed ich
urodzinami, do miasteczka przyjeżdża dziwny lunapark. Zaludniające
go dziwolągi chodzą tak, jak podyktuje im to dwójka demonicznych
właścicieli upiornego wesołego miasteczka: Człowiek Ilustrowany,
pan Dark i rudowłosy pan Cooger. Kiedy
ludzie zaczynają znikać, a Will i Jim są coraz bardziej osaczeni
przez dziwne figury, najwyraźniej pragnące zrobić im krzywdę,
zaczyna się wyścig z czasem i z samym sobą. Bo czy Jim tak
naprawdę nie chce przejechać się na żonglującej czasem karuzeli
do taktu „Marsza żałobnego” Chopina? A Will, co on tak
właściwie wie o swoim ojcu?
 
 
Ponieważ przez większą część lektury myślałam o przedostatniej serii „Sailor Moon”, gdzie do miasta przybywa demoniczny cyrk, nie mogłam się oprzeć zilustrowaniu wpisu screenami z tejże serii. Źródło.
 

No
to co mi się podobało?
Zacznę
może od tego, bo od pierwszych stron lektury towarzyszyło mi miłe
wrażenie, że mniej więcej tak zapewne chciałby pisać Neil Gaiman
– tyle że Bradbury jest troszkę bardziej uporządkowany i może
ciut bardziej poetycki, jeśli chodzi o język. Ale klimat, pomysły,
bohaterowie, to wszystko bardzo przypominało mi niektóre pomysły
Gaimana (chociażby z „Księgi cmentarnej” – zresztą
podejrzewam, że Gaiman się Bradburym, jednak bądź co bądź
klasykiem, inspiruje). Z tym
że – będę jednak musiała do każdego kufelka miodu wkładać
naparstek dziegciu – ten język się nie zawsze sprawdza; czasem to
pewnie kwestia przekładu (powtarzany ciągle
„pięćdziesięcioczterolatek” nie brzmi po polsku zbyt
naturalnie), czasami wybujałych metafor. Jednych ciekawszych –
szeleszczące liście jak frytki skwierczące w oleju, czasami zbyt
piętrowych: wedle konstrukcji „coś czegoś jak coś czegoś”, a
z każdym kolejnym dookreśleniem dość, przyznać muszę, choć ze
smutkiem, pretensjonalniejących.

No,
ale dobrze, miało być o podobaniu się. „Jakiś potwór tu
nadchodzi” to w gruncie rzeczy straszna, choć nie z powodów,
jakich można by się spodziewać, historia o tęsknocie – za
dorosłością albo za młodością, w zależności od tego, o jakim
bohaterze mowa. Upiorna karuzela jest taka straszna, bo zamiast
przybliżać do celu, do którego „naturalnie” dążymy, oddala
nas od niego. I chociaż kulminacyjna scena wyjaśnień w bibliotece
jest trochę mało przekonująca (a wielki monolog ojca Willa nie
sprawia, że drżałam z emocji), to rozegranie tego, co właściwie
strasznego jest w dziwnym lunaparku i zaludniających go potworach
całkiem dobrze się sprawia jako taki przewrotny morał całej
historii. Przy czym to jest historia z klimatem, pomysły na
dziwolągi z wesołego miasteczka Bradbury ma świetne, a i
balansowanie na linii „czy tak jest – czy tylko tak się wydaje
małym chłopcom” poprowadzone jest tu znakomicie. Naprawdę, to
jeden z najsilniejszych elementów całej historii.
 
 
Zresztą wychodzi na to, że demoniczne cyrki i parki rozrywki chodzą w parze z dylematami „odmłodnieć czy zestarzeć się”? Źródło.
 

No
to na co będę narzekała?
Ano
na taki dziwny posmak tej historii, w której wciąż narzekający na
starość ojciec Willa mi, przyznaję, wadził. Rozumiem jego rolę w
całości – i to, że czytelnik powinien kibicować wzmacnianiu się
więzi ojca i i syna, ale ta postać mnie głównie denerwowała.
Ojciec Willa bowiem albo jęczy, albo snuje głębokie myśli,
dzieląc się nimi ze światem, resztę bohaterów traktując raczej
pretekstowo. Szkoda, że tak
zmarginalizowane zostały matki chłopców. Może wtedy całość nie
miałaby tego wydźwięku „chłopackiej” przygody – nie mam tu
nic do chłopackich przygód, ale ciągłe powtarzanie „nie bądź
jak baba” tudzież mądrości
ojca Willa o kobietach mnie dość mocno konfundowały, bo też i
niespecjalnie były w tym wszystkim potrzebne. No
i jeszcze scena, w której ojciec bije Willa, żeby przestał płakać,
a zaczął się śmiać, scena bardzo istotna dla rozwoju fabuły,
ale pod spodem to jednak – odrzuciwszy metafory – cały czas
scena, w której ojciec bije syna, by ten stał się wesołym
chłopcem, jak przystało w jego wieku. Być może się czepiam,
powiecie, i być może faktycznie się czepiam. Ale Bradbury, przez
to właśnie, że tak świetnie balansuje pomiędzy „dzieje się”
a „wydaje się, że się dzieje”, wręcz zmusił mnie do czytania
pomiędzy wierszami. A tam, nie wiem, na ile celowo, dzieje się dużo
dziwnych rzeczy.

Czy
czytaliście może „Jakiś potwór tu nadchodzi”? Z dużą ochotą
porozmawiałbym o wrażeniach, przede wszystkim zaś właśnie o tych
„międzywierszach”.
 
 
A do sięgnięcia po powieść zainspirowało mnie hasło miesiąca w wyzwaniu.
 

11 Replies to “Upiorny lunapark albo o „Jakiś potwór tu nadchodzi” R. Bradbury’ego”

  1. Gaiman chyba nawet niespecjalnie ukrywa, że inspirował się Bradburym. Na pewno się z tym spotkałam w jakichś wywiadach.

    1. No tak właśnie pomyślałam, że pewnie to żadna tajemnica, zresztą to jest dość mocno widoczne :-).

  2. Akurat tego nie czytałam, więc nie porozmawiamy:( Widzę że pewnie język, jakim posługiwał się Bradbury, będzie taki sam jaki znam z jego opowiadań. Atmosfera również. I to już mi się podoba. Natomiast co do reszty – musiałabym przeczytać. Niestety podejrzewam, że moja przygoda z "Klasyką horroru" w tym miesiącu ograniczy się do kilku opowiadań, tradycyjnie z braku czasu:(

    1. Myślę, że też światy przedstawione Bradbury'ego się ze sobą łączą, choćby poprzez bohaterów (zdaje się, że Człowiek Ilustrowany pojawia się i poza "Jakiś potwór…"). Sama też nie wiem, ile uda mi się przeczytać, ale chciałabym chociaż kilka opowiadań Poego poznać lepiej, bo to dobra okazja :-).

  3. No więc ja czytałam po angielsku i zdaje się, że co po angielsku brzmi poetycko, po polsku może brzmieć pretensjonalnie. Obraz karuzeli zostanie ze mną na zawsze – Bradbury jest w dużej mierze odpowiedzialny za moją fascynację Halloween.

    A jeśli już szukamy inspiracji, to co z Kingiem i jego opowieściami o chłopcach? Mam wrażenie, że jest to spory nurt w literaturze (w kulturze całej) w USA.

    1. sam cyrk jako mocno nie fajne miejsce też ma dłuższą historie już nie będę pinokia przywoływał ale w filmie czyż nie mieliśmy serii horrorów universalu jeszcze chyba przed wojną o mocno podejrzanym cyrku i jego mieszkańców 🙂

    2. @Rusty Angel, no właśnie tak myślałam, to zresztą trochę widać spod polskiego tłumaczenia, jaka fraza była w oryginale i że nie brzmiała zapewne tak nienaturalnie, jak po polsku. A co sądzisz o wątku ojca Willa? Jeśli chodzi o inspiracje u Kinga, to tutaj czerpię wiadomości z drugiej ręki (nadal nie czytałam Kinga), ale upiorny lunapark z dziwadłami i chłopcy ukrywający się w kanałach są też, zdaje się, w "To".

      @Robk, o właśnie, "Pinokio", zapomniałam o nim zupełnie, a ślady Collodiego zdecydowanie w "Jakiś potwór…" widać!

  4. Sailor Moon 🙂 Tez ogladalas, Pyzo?
    Ach, nostalgia…

    1. Oczywiście, po wielokroć i nadal bardzo lubię :-). Mangę zresztą również. Tylko "nowe" wcielenie, czyli "Sailor Moon Crystal", wywołuje we mnie ciarki ;-).

    2. Tez zupelnie nie moglam sie do niego przekonac.

    3. Mnie w nim przede wszystkim denerwuje bylejakość: animacji, nie myślenie o tym, że przekładanie mangi na anime 1:1 nie musi wyglądać dobrze, bo dynamika obrazów jest inna, a wszyscy poza Usagi dysponują zbiorowym umysłem i wygłaszają jedną kwestię rozbitą na pięć głosów ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.