Tutejszy Vincent albo o „Cieniu Gildii” A. Janusz

Muszę się
przyznać, że mało co sprawia mi podczas lektury tak dużą
przyjemność jak powrót po jakimś czasie do świata
przedstawionego, który wciąga i w którym aż chce mi się
przybywać, i ponowne spotkanie z bohaterami, za którymi już się
trochę stęskniłam.

W „Cieniu Gildii”
Aleksandra Janusz zapewniła mi oba te elementy, a do tego całość
zaczyna się bardzo przyjemnie, bo od kawy i rogalików. A potem jest
tak, jak nas do tego autorka już przyzwyczaiła w dwóch poprzednich
tomach: można myśleć, że wszystko jakoś się ułoży, ale im
dłużej się o tym myśli, tym więcej przeszkód piętrzy się
przed naszymi bohaterami.

Kiedy rozstawialiśmy
się z Vincentem, Amandine, Kathryn i pozostałymi bohaterami w
„Utraconej Bretanii” miało się wrażenie, że cała historia
ładnie się domknęła, i chociaż nowe wyzwania zostały
zasugerowane, to zasadniczo wszystko przecież wiadomo. Dlatego „Cień
Gildii” doskonale się czyta, bo powolutku odmyka pozasuwane
szuflady, w których, jak to w szufladach, znajdą się zapomniane
fakty z przeszłości (i osobistej bohaterów, i bardziej, powiedzmy,
państwowej), problemy przykryte przez inne rzeczy, tak żeby nie
było ich widać, a proste relacje i zwroty okazują się być dużo
bardziej problematyczne, kiedy im się dokładniej przyjrzeć. Pojawi
się zatem pewna tajna organizacja, która działa na zasadzie
„ujawnimy wam straszny sekret świata – nie szkodzi, że naukowcy
obalili nasze twierdzenia dawno temu, bo wiecie, jest to straszny
sekret”, nasi bohaterowie będą musieli się zetknąć z mniej lub
bardziej meandrującą polityką, a cały świat przedstawiony
zacznie zyskiwać więcej barw.

Bo jak zwykle bywa,
wraz z trwaniem sag fantasy światy, w których się
rozgrywają, zwykle zyskują więcej barw. U Aleksandry Janusz po
pierwsze możemy dowiedzieć się nieco więcej o Arborii – jej
ustroju, sąsiadach, sposobach życia różnych klas społecznych.
Przyglądamy się grupom, z którymi nie mieliśmy wcześniej za
wiele styczności, bo siedzieliśmy głównie w Bretanii (co jest
zresztą bardzo ciekawe, bo egzotyzacja idzie tu dla czytelnika w
odwrotnym kierunku – to, co arboriańskie, jest mu bowiem nieco
bardziej obce niż to, co bretańskie, choć to i owo oczywiście
wiemy), co daje zresztą asumpt do tego, by nieco bardziej
usteampunkowić niektóre elementy świata. Mnie się ten zabieg
bardzo podobał, bo wyraźniej zaczęłam widzieć niektóre okolice,
gdzie rozgrywała się akcja. Do tego dochodzi też polityczna
zawierucha – posunięcie logiczne wobec tego, co tak właściwie
stało się w „Utraconej Bretanii” (nie będę tutaj
spojlerowała, sami sprawdźcie) i to ponownie jest bardzo dobre
posunięcie, bo sprawia, że pewne mało przyziemne problemy stają
się znacznie bardziej przyziemne, a bohaterowie muszą zacząć
zdawać sobie sprawę z tego, jakie skutki mają akcje na pozór
bardzo „magiczne” i „bohaterskie”. A skutki te są często
dość, no właśnie, przyziemne.

Coś dla oderwania oczu od tekstu.

A jak już przy tym
jesteśmy, to gdybym miała się czepiać, to mogłabym zauważyć,
że w życiu bohaterów stała się w poprzednim tomie rzecz bardzo
ważna: uczestniczyli w wojnie, krwawej i paskudnej. Tymczasem,
chociaż pewne napomknienia oczywiście się pojawiają, to głównie
pod kątem „czekamy, aż coś się wreszcie stanie w związku z…”
– i jeśli chodzi o same rozwiązania, to po pierwsze są
pokrzepiające, po drugie pozostawiają czytelnika przyjemnie
zaciekawionego i wzmocnionego przed kolejną częścią, ale, po
trzecie, można się zastanowić, czy to jednak nie powinien być
temat mocniej wyeksponowany. Także czepiam się, ale tak dość
zachowawczo, bo widzicie, co się będę kurczę krygowała:
przyjmuję „Cień Gildii” z całym dobrodziejstwem inwentarza, z
prostego powodu, po prostu mi się on podoba. Inną rzeczą, która
wzbudziła moje ciepłe uczucia, jest możliwość – ale nie
konieczność – odczytywania pewnych wydarzeń lub elementów
świata jako aluzji do naszego „tu i teraz”. Możliwość jest
bowiem zawsze pewną szansą i kuszeniem czytelnika – konieczność
zaś sprawia, że taka treść może się dość szybko
zdezaktualizować.

Zresztą byłam
pełna bardzo dobrych wrażeń po dwóch pierwszych tomach i
zdecydowanie jestem za kierunkiem, w którym seria podąża. Świat
robi się coraz bardziej skomplikowany, bohaterowie niejednoznaczni
(pojawia się też kilku nowych, a kilku starych poznajemy z nieco
innej strony), akcja trzyma w napięciu i to w taki sposób, że
kiedy przechodzimy od jednego bohatera do drugiego myślimy „o,
nie, ja przecież chcę wiedzieć, co dalej z tym bohaterem”, po
czym kiedy akcja do niego wraca, płaczemy, bo o tym właśnie
opuszczanym też już chcemy teraz zaraz wiedzieć, co dalej. Jest
nieco więcej intryg, a trochę mniej magii. Poprzednio trochę
wyrażałam żal, że z chęcią poznałabym lepiej Arborię –
teraz już nie muszę wyrażać żalu, bo mamy akcję w Arborii, więc
może pomarudzę, że trochę więcej miejsca na „jak oni czarują?”
pozwoliłoby jeszcze bardziej podkreślić wyjątkowość tego
systemu magicznego. Zwłaszcza że rysują się tu ciekawe problemy,
związane z tym, kto właściwie ma lub może mieć dostęp do magii,
w jaki sposób, i jak to się tak naprawdę wiąże z ustrojem
społecznym. No, nie powiem, bardzo wyczekuję kolejnego tomu i
bardzo jestem ciekawa wszystkich kolejnych rozwiązań fabularnych. I
z miłą chęcią powrócę ponownie do bohaterów i do świata
przedstawionego!

I może na koniec:
muszę przyznać, że lubię sposób, w jaki autorka pisze. Fraza
jest płynna, czyta się ją bardzo dobrze, a do tego można natknąć
się na wyrazy, których dawno się nie słyszało, a mają taką
ładną melodię (salaterka) oraz odkryć, że niektóre z nich przez
całe piśmienne życie nieprawidłowo się pisało (klępa).

A za
książkę dziękuję Naszej Księgarni, polecając się równocześnie
przy kolejnych tomach.

5 Replies to “Tutejszy Vincent albo o „Cieniu Gildii” A. Janusz”

  1. Kolejna polsko-fantastyczna zaległość do nadrobienia. Ale chyba z wpierw chcę skończyć ledwo co zaczęty Meekhan.

    1. Zdecydowanie (bardzo czekam, aż nadrobisz i napiszesz, co myślisz!), zwłaszcza że wpasowuje się w ostatnie Twoje fantastyczne lektury, autorstwa pisarek :-).

  2. Pyzo!
    Tak jak kiedyś Kroniki Amberu, tak teraz Kroniki Rozdartego Świata pochłonęły mnie bez reszty (obie z twojego polecenia!). Przebieram niecierpliwie nóżkami w oczekiwaniu na kolejny tom, bo te wydane mam za już sobą. Miła była to podróż.
    Inny system magiczny – nie mam problemu z tym, że nie jest do końca wyjaśniona mechanika, bo mnie jara to, że nie jest to "zwykłe" hokus-pokus.
    Początkowo z tyłu głowy szło: "ale czemu autorka-kobieta pisze o jakimś Vincencie? nosz kurde belek, gdzie moje dziewczyny, dziewuchy, kobiety, no!" i się doczekałam. 🙂
    Tak jak piszesz, to tło staje się coraz bardziej wyraźne, widać też zmiany w funkcjonowaniu świata, postawie i zachowaniach bohaterów etc. i dobrze, bo gdyby kolejne tomy przedstawiały te same osoby w trochę innych dekoracjach stałoby się to po prostu nudne.
    Na koniec coś o humorze: nie ma tu zbyt dużo, ale szczerze uśmiałam się w momencie
    – UWAGA SPOILER –
    gdy dziesięcioletnia Liliana stwierdziła, że mordowanie ludzi poprzez spalenie jej nie zaszkodzi, bo i tak ma traumę (przez babkę).
    – I PO SPOILERZE –

    1. I żeby nie było – mam wrażenie, że autorka pisała to na serio, bo humoru w książkach jak na lekarstwo, a że ja sobie przy tym pośmieszkowałam… no cóż.

    2. Ależ wspaniale, to jest nas już więcej! Ja też nie mogę się doczekać, co będzie dalej (i jestem przeszczęśliwa, że mam taką fantastyczną serię, gdzie czekam na wydanie kolejnego tomu, to jednak przyjemna rzecz :-)).

      To prawda, że sam fakt, że nie mamy do czynienia z prostym "oni czarują jakoś tam" jest ogromnym plusem, ale przy każdym kolejnym tomie moja ciekawość wzrasta — a że świat przedstawiony nam wyraźnieje, to liczę, że i więcej dowiemy się o tym "jak" oni czarują.

      Tak! Super jest to, że więcej dowiadujemy się o bohaterkach (osobiście bardzo podoba mi się, jak rozwija się Amandine. Chyba dlatego, że nie jest klasyczną postacią silnej czarodziejki (albo w jakiś sposób mogącą realizować taką historię) i ciekawa jestem, co z nią dalej będzie.

      Co do humoru: no, mnie bardzo rozbawiły kapustki :-D. Bo zwykle to jest taki żart, który w zamierzeniu ma być zabawny, a wychodzi dość sztucznie, a tutaj było naturalnie i pan handlarz idealnie odegrał swoją rolę ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.