Prawie jak GRRM albo o „Świetnej i Najświetniejszej” N. Rolleczek

Tak, zaraz się
wytłumaczę z tytułu posta. Ale tak w jednym zdaniu, jakie uczucia
towarzyszyły mi po zamknięciu książki? „No, to przeczytałam!”
oraz „Ale właściwie… Co ja takiego przeczytałam?”.

O czym to
historia?
O Aleksandrii w
czasach panowania w Egipcie Rzymian – cesarstwo się zaczyna,
Antoniusz z Kleopatrą pokonani, Rzymianie panoszą się wszędzie i
zaprowadzają swoje rzymskie prawa, porządki i obyczaje, a Egipt
chyli się ku upadkowi, produkując głównie zboże dla Rzymu i
szkarłatną farbę do barwienia rzymskich szali. Tytułową „świetną
i najświetniejszą” jest właśnie Aleksandria i jeśli mam być
szczera, to chyba też i miasto jest tu głównym bohaterem. Bo
owszem, mamy bohaterów ludzkich: biednego farbiarza Uniego pnącego
się po szczeblach kariery, piękną Greczynkę Ammonię i jej
sprytnego braciszka Apiona, którzy po śmierci rodziców muszą
ciężko pracować, Enuma, syna Tety, syna Totmesa, dziedzica
ubożejącego egipskiego rodu, zakochanego w książkach, mieniącego
się kuzynem Hannibala Fenicjanina Himilkona, który przehandlowałby
duszę swoją i swojej babki za korzystny obrót losu, są też
rzymscy oficjele, przedstawiciele
nizin społecznych, uciskający i uciskani, pracownicy Wielkiej
Biblioteki… Generalnie szeroka panorama społeczna miasta. Ale,
jakby się tak dłużej poprzyglądać, to losy bohaterów Rolleczek
obchodzą mniej niż losy miasta.

Czemu tak uważam?
Tu dochodzimy do tytułu posta.
Widzicie, „Świetna i Najświetniejsza” to jest powieść
Rolleczek, która w mym domu rodzinnym była od zawsze – nigdy co
prawda wcześniej się na nią nie skusiłam, ale stała na półce
Mamy i kojarzy mi się w związku z tym bardzo przyjemnie jako ta
wyraźna część księgozbioru, którą kiedyś planowałam
przeczytać. Byłam więc, jak rozumiecie, dość podekscytowana
perspektywą dotarcia na mojej liście lektur do tej właśnie
pozycji – tymczasem sam proces czytania zabrał mi tu dość sporo
czasu, bo od połowy września powoli i mozolnie posuwałam się
naprzód. Nawet nie dlatego, że – jak trafnie zauważa Anna
– sporą część powieści zajmuje detaliczne malowanie miejskich
i podmiejskich pejzaży, bo to mi zasadniczo rzadko kiedy
przeszkadza. Ale widzicie, nie pomaga na pewno wprowadzanie dużej
ilości nowych bohaterów co chwila. Ale okej, bohaterowie
wprowadzeni, w porządku. Idźmy dalej. Fabuła rozwija się na kilka
wątków – bohaterowie spotykają się i przestają się spotykać,
aż w końcu dociera do nas straszna prawda: nie wiadomo, co z nimi
począć. Autorka więc dość niemiłosiernie i czasami ze szkodą
dla fabuły (bo wątek urywa się w miejscu, w którym nie bardzo
wiadomo, co z nim zrobić) ubija tych, których już nie potrzebuje.
Do końca dożywa ich co prawda kilku, każąc jednak zadać sobie
pytanie: czy ich wątki do czegoś nas doprowadziły? Oprócz tego,
że pozwoliły pokazać to czy tamto miejsce w mieście? I czy nie
dało się tego zrobić inaczej?
 
 
Właściwie gdybym miała wskazać ulubione sceny w powieści to byłyby nimi te, w których bohaterowie czują nad sobą ciężar przemijania, historii i pytanie, co właściwie z tego wszystkiego zostanie zapamiętane. I czy coś w ogóle.
 

Ale, co muszę
sprawiedliwie oddać autorce, to zdecydowanie powieść historyczna.
Jeśli denerwują Was
bohaterowie osadzeni w przeszłości, a zachowujący się jak postaci
z XXI wieku, możecie śmiało sięgać po „Świetną i
Najświetniejszą”, tego tam nie znajdziecie. Bohaterowie są
zdecydowanie ludźmi swoich czasów i chociaż czasami może się nam
to nie podobać (bo niektóre ich obyczaje są uniwersalne – inne
na szczęście pozostały w swoim czasie i miejscu, i kultywowane już
zazwyczaj nie są), bo są przez to antypatyczni, są również
wiarygodni. Gdyby tylko jeszcze za rysunkiem miasta i bohaterów
stała historia… Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że autorce po
prostu wielką frajdę sprawiało pisanie o tym czasie i miejscu,
przez to wątki nieco się porozchodziły w szwach. Brakuje więc
„Świetnej i Najświetniejszej” zgrabnej konstrukcji, a klamra w
postaci wątków Ammonii i Uniego niestety nie jest takim
zamknięciem, które powodowałoby westchnienie ulgi i poczucie
harmonii w czytelniku, który przez całą powieść towarzyszył
snutej narracji. Przy czym
Rolleczek przyznaje, że z materiałów źródłowych korzystała
czasem dość dowolnie, przemieszczając postaci w miejscu i czasie
dla dobra fabuły – równocześnie zaś zwraca uwagę, jak mało
źródeł na temat tego okresu, który opisuje, w ogóle jest. I jako
taka impresja na temat życia tam i wtedy powieść jest ciekawym
eksperymentem.

Jeśli
kusi Was sprawdzić samodzielnie – rekomenduję, bo wydanie jest
bardzo przyjemne (i chyba jak zwykle w przypadku powieści Rolleczek
– tylko jedno), ilustracje oddają ducha upadającego Egiptu, no a
sceny w bibliotece będą miłe sercu każdego mola książkowego.
Tylko linii fabularnej żal.

***

Ponieważ
lato minęło to na „Świetnej i Najświetniejszej” kończę
tegoroczną przygodę z powieściami Natalii Rolleczek. Ponieważ
zostały mi jeszcze cztery – wrócę
do nich przyszłego lata, także jeśli macie ochotę, jak zwykle już
zapraszam do dołączenia. Pojawi się też pewnie jeszcze jeden
autor (taki jest plan) i to będą takie łączone wakacje z
autorami, ale zobaczymy. W końcu najpierw trzeba przetrwać jesienne
szarugi, nie dać się zasypać śniegom w zimie i nie zmęczyć
wiosennym przesileniem. A po drodze niejedna jeszcze akcja
czytelnicza się zapewne trafi!

17 thoughts on “Prawie jak GRRM albo o „Świetnej i Najświetniejszej” N. Rolleczek

  1. Z dzieciństwa pamiętam tę książkę jako przygodówkę z pościgami, do tego stopnia nie kojarzyć o czym jest powieść? Ale powtórkę i tak zrobię.
    I w kwestii wydań: były trzy, wszystkie w tej samej szacie graficznej, stąd może wrażenie niewznawiania. Trzy córki króla wydano raz, bo znienacka czasy zrobiły się niesprzyjające.

    1. Hm, właściwie pościgów tam specjalnie nie ma (owszem, jedne postaci chodzą czasem za drugimi postaciami, ale nie nazwałabym tego pościgiem), a i z przygodowością właściwie słabo ;-). Najbardziej to jest właśnie taka nieśpieszna opowieść obyczajowa o życiu w mieście (tym, co prawda, jednym konkretnym, ale zawsze).

      A, to wiele wyjaśnia.

    2. Tu nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, bo nie czytałam. W ogóle z Nowackiej nie mogę sobie przypomnieć, czy czytałam najsłynniejszą chyba (?) "Małgosię contra Małgosię": dziwne, bo pamiętam, gdzie dokładnie stała w mojej bibliotece szkolnej i fakt brania jej do ręki, ale czy czytałam — nie umiem zupełnie skojarzyć! A pomysł na maraton bardzo zacny, będę rozważała :-). Chociaż pomysł na autora na przyszłe lato (po skończeniu dorobku Rolleczek) już mam :-).

    3. Sprawdziłam sobie jej bibliografię i wygląda zaiste bardzo smacznie — wpisałam sobie "Dzień, noc…" na listę "do przeczytania", żeby mi nie umknęło, myślę, że z dostępnością w bibliotece nie powinno być problemu :-).

  2. O, szkoda, że nie dojechałaś do Trzech córek króla, ciekawa jestem opinii ^^
    A, zaczęłam właśnie czytać Bogatego księcia. Jest ciekawie, ale i ponuro bardzo 🙁

    1. Po prostu proces czytania się wydłużył, planuję je za rok przeczytać i wtedy zdam relację ;-). A "Bogaty książę" jest faktycznie dość ponury — ale ma jaśniejsze momenty, zaczekaj, aż zaczną dzwonić z biura do spraw polskich ;-).

  3. Ja mam jeszcze na półce "Trzy córki króla" i "Małego proboszcza" oraz trylogię o Kubie i postaram się je niebawem przeczytać. Ciekawa jestem, co szykujesz na nowy rok. Ja mam tyle swoich wyzwań, że nie wiem, czy znowu dołącze, tym bardziej, że docieranie do starych książek było, w moim przypadku, bardzo kłopotliwe.

    1. U mnie "Trzy córki…" i "Mały proboszcz" zawitają, jak planuję, za rok — ale bardzo jestem ciekawa Twoich wrażeń z lektury! Natomiast trylogia o Kubie jest cudowna, mam nadzieję, że będziesz nią równie oczarowana i chętnie porównam odczucia :-). Bardzo Ci dziękuję za tak aktywny udział w akcji!

    2. Ależ nie ma za co, bardzo lubię takie akcje. Wiele lat temu, było takich wyzwań w blogosferze wiele, a teraz nikt już niemal nie chce w nich brać udziału. Ja sobie sama swoje realizuję, ale jak mogę gdzieś dołączyć, to próbuję.

    3. Myślę, że wakacyjne czytanie Natalii Rolleczek wyszło bardzo przyjemnie i liczę, że może na kolejne lato też jeszcze kilka osób się skusi :-).

    1. Ubijanie postaci z niczego nic plus wykręcanie w ten sposób wątku pod tytułem "a jednak to wcale tak po bożemu nie prowadziło tam, gdzie czytelnik myślał, że prowadzi" ;-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *