Jesień składa się z dwóch części albo o „Pożegnaniach” S. Dygata (Pikniki z Klasyką #31)

To było moje drugie
– po „Jeziorze Bodeńskim” – spotkanie z twórczością
Stanisława Dygata. Jak wypadło, zapytacie?

Może na początek
krótko, o czym rzecz. Nasz
bezimienny pierwszoosobowy narrator to chłopak z dobrego
warszawskiego domu, problem polega na tym, że jest koniec lat
trzydziestych i świat jest ogólnie podły. Poznajemy narratora,
kiedy ratuje bitego Żyda (na uniwersytecie obowiązuje już getto
ławkowe), później zniesmaczony przygląda się, jak starsi w
salonie prowadzą niezobowiązujące, lekkie rozmowy, aż w końcu w
nocnym lokalu poznaje Lidkę-Genowefę, którą chciałby uratować
przed moralnym i cielesnym upadkiem. Jest wiosna, spacerujemy po
Warszawie i Podkowie Leśnej, później na chwilę zaglądamy do
Paryża, skąd narrator wraca do stolicy Polski 31 sierpnia 1939
roku. Druga część powieści rozgrywa się jesienią 1944 w
podwarszawskich miejscowościach Komorów, Podkowa Leśna, wspomniany
zostaje Brwinów i Pruszków
– widać stamtąd dymiące ruiny Warszawy – i zimą, kiedy powoli
przez Wisłę przebija się ofensywa wojsk radzieckich i polskich.
Całość skomponowana jest tak, by obie te części dopełniały
się; łączy je jednak nie tylko miejsce, nie tylko atmosfera pewnej
schyłkowości i końca znanego świata, ale również postaci, które
powracają, by zagrać jeszcze raz tę samą, choć nieco inaczej
ustawioną, rolę.

To
jest taka nieśpieszna powieść, w której się dzieje i się nie
dzieje. Wiem, to nie jest bardzo pomocne określenie, ale gdybym
miała powiedzieć, na czym polega jej urok, to chyba bym celowała
właśnie w nastroje – „Pożegnania” bowiem to powieść w
dużej mierze, jak to się mówi, „klimatyczna”. Dygat trochę
ironizuje i drwi, wyśmiewa dość bezlitośnie i swojego narratora,
który by chciał naprawić świat, ale świat za bardzo naprawić
się nie da, więc popada w melancholię, znajduje się w sytuacjach,
w których najlepszym wyjściem jest jednak położyć się na łóżku
i czekać (ale że to mężczyzna dobrze wychowany, to nawet jak leży
w butach na łóżku, to opiera stopy na poręczy, by niczego nie
pobrudzić), i ten świat, w którym przyszło mu żyć. Są tu więc
wielkie paryskie damy, które w gruncie rzeczy stosują jedną i tę
samą wyświechtaną metodę podrywania młodych chłopców. Są
profesorowie, którzy w momencie, gdy rzeczywistość staje się zbyt
poważna, nie umieją się w niej odnaleźć. Są
zrujnowani arystokraci, szczycący się swoją ruiną, bo przecież
zawsze trzeba coś posiadać, choćby poczucie, że kiedyś coś się
miało (i może będzie miało ponownie, trzeba tylko wykręcić
odpowiedni numer). To świat
absurdalny, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że odchodzi, więc
stara się funkcjonować tak jak dotychczas – a niechby i wytworni
goście spali na siennikach w przedpokoju, byleby nikt nie stłukł
talerzyka od kompletu i byleby chwalił gospodynię za jej dobre
serce.

Jedna z willi w Podkowie Leśnej, zdj. Jakub Skowron (źródło).

Jest
w tym panteonie dziwnych postaci kilka skrojonych znakomicie.
Właścicielka dziwnego, zatrzymanego w czasie pensjonatu „Quo
Vadis” w Podkowie Leśnej, dla której różne elementy
rzeczywistości są ze sobą tożsame (po co komu szczeniaczek, jak
można mieć starego kota?), drżącej w obawie przed „NIMI”, w
zasnutej pajęczynami, nieodwiedzanej przez żywego ducha willi.
Ciotka Walerka, którą
odwiedza główny bohater, zajęta głównie wychwalaniem
przyjaciółki, choć ta nie ma wcale tak realnych zalet, i
odmawiająca pomocy pieniężnej siostrzeńcowi z obawy, by ten
wszystkiego nie przepił (a ta pomoc pieniężna składa się chyba z
wszystkich walut, jakie kiedykolwiek były używane w okolicach
Warszawy), zachęcająca, by
brać udział w powstaniu, jakimkolwiek, bo przecież dziad i
pradziad brali. Wreszcie
Lidka, trochę femme
fatale
,
trochę więźniarka własnego losu – teoretycznie realizująca
pewien schemat, ale pod koniec fabuły wymykająca się
jednoznacznemu zaklasyfikowaniu. I Maryna, upadła arystokratka –
chłopomanka, i kelner, który nie potrafi zapamiętać tego, co
przed chwilą powiedział (jeśli bawiły Was przygody Franka z diabelską biurokracją w „Bogatym księciu” Natalii Rolleczek, docenicie dialogi z kelnerem!), i Feliks – służący, który ma
lepszego nosa do „prawdziwej” arystokracji niż sama ta
arystokracja… No, naprawdę, „Pożegnania” postaciami stoją.

A
równocześnie przez to, jak barwne są postaci i jak skrojony jest
świat, nasz narrator od czasu do czasu niknie nam w tle. Jak to
możliwe? W końcu cały czas jesteśmy przy nim, patrzymy przez
niego – więc gdzie znika? Dygat wyposaża go częściowo we własny
życiorys, i tam, gdzie przypomina głównego bohatera „Jeziora
Bodeńskiego” wypada, moim zdaniem, najbardziej przekonująco. Bo
tam, gdzie pojawiają się jakieś inne rysy jego charakteru –
dostajemy na przykład krótką wzmiankę o tym, że dwa lata spędził
w Oświęcimiu – coś zaczyna się chwiać. Może narrator wypiera
traumę, zapytacie? Możliwe, odpowiem, ale nie jestem taka
przekonana, bo to, co powinno podmalowywać charakter, nadaje mu
raczej niezdrowych rumieńców. 

Pozostając w nastroju powieści: zrujnowany pałac Wierusz-Kowalskich w Brwinowie, zdj. Krzysztof Dudzik (źródło).

To
jednak właściwie jedyna moja wątpliwość dotycząca powieści, w
każdym razie tak mi się teraz wydaje (nigdy nie wiadomo, co się
wydarzy w trakcie dyskusji). Jeśli czujecie potrzebę zanurzenia się
w melancholijną powieściową jesień, zajrzyjcie do „Pożegnań”.
Zobaczcie, co na ten temat myśli Tarnina – a za miesiąc powracamy
do poszukiwania polskiej Jane Austen i zamierzamy czytać „Dziennik Franciszki Krasińskiej” Klementyny Hoffmanowej (dostępny na Wolnych Lekturach). Zapraszamy!

15 Replies to “Jesień składa się z dwóch części albo o „Pożegnaniach” S. Dygata (Pikniki z Klasyką #31)”

  1. Cóż, doceniam Dygata, ale przyznam się, że jest to ten typ literatury, którego raczej nie lubię. Ta lekko surrealistyczna aura, te postaci, jak napisałaś, świetne, ale jednocześnie groteskowe, przerysowane. To jest oczywiście zabieg celowy, ale mnie to męczy. Ogólnie "Pożegnania" przypominają mi w klimacie prozę noblisty sprzed kilku lat, którego styl tak dalece nie przypadł mi do gustu, że jego nazwisko wypadło mi z pamięci 😉

    Narrator – tak, stanowi pewien problem dla czytelnika. Przede wszystkim nie wiadomo, czy można mu wierzyć. Zauważmy, że chociaż ma ku temu kilka okazji, udaje mu się uniknąć ujawnienia własnego imienia i nazwiska. Co można interpretować na kilka sposobów, np. że jest to bohater szukający własnej tożsamości, albo że jest bardziej symbolem pewnej postawy niż konkretną postacią. Albo że zwodzi czytelnia i nie należy mu wierzyć. W gruncie rzeczy nie mam pewności, czy przedstawione wydarzenia na prawdę miały miejsce, czy są raczej wytworem jego wyobraźni. Też zwróciłam uwagę na wzmiankę o Oświęcimiu. Czy Bezimienny tam był, czy konfabuluje. Równie "podejrzana" jest Lidka. Właściwie nie wiem, czy to Genowefa udająca Lidkę, czy Lidka, która wymyśla sobie alternatywną tożsamość Genowefy.

    1. "naprawdę" miałam na myśli 😉

    2. Myślę, że faktycznie dużo tutaj zależy od czytelnika, bo to taka powieść, która zostawia sporo pola do popisu: opisy niby są, ale przecież nie takie znowu klarowne, coś się dzieje, ale co właściwie, trudno czasami stwierdzić (na przykład jak interpretowałaś ostatnią scenę powieści?). Narrator faktycznie tutaj nie pomaga, ale, przyznaję, mnie się podobało to, że autor zostawia jeszcze pewną przestrzeń między nim a czytelnikiem — jak z tymi butami. Chce być nonszalancki, no ale pościeli brudził przecież nie będzie ;-).

      Podoba mi się Twój pomysł na Lidkę/Genowefę, dla mnie takim odbiciem tej postaci była jeszcze Maryna (to imię!), która też chciała równocześnie funkcjonować w obu światach, ale na swoich zasadach, co zasadniczo się nie udawało. I paradoksalnie "najprawdziwszy" pod tym względem był chyba Feliks?

    3. Feliks:
      "- Proszę jaśnie panienki – Feliks podszedł do baru i powiedział cicho – tam trójka już dawno prosi o rachunek.
      – Już idę, Feliksie – powiedziała Mika i odeszła."
      Tak, myślę, że w tym okresie przejściowym pomiędzy starym a nowym Feliks jest w swoim żywiole. Rzeczywiście jest w nim jakaś autentyczność, której brak innym bohaterom, borykającym się z dorabianymi im "gębami". Natrafiłam na portalu Polityki na tekst Justyny Sobolewskiej o "Pożegnaniach" i zgadzam się z nią, że to przede wszystkim powieść w duchu gombrowiczowskim o próbach zrzucenia "gęby" dorabianej przez społeczeństwo. Maryna też się w to wpisuje, ale chyba najdobitniejszym przykładem jest Lidka, która uciekając przed jedną maską (fordanserka, która nieuchronnie ma zostać wiadomo kim) nakłada drugą, równie jej niepasującą. Swoją drogą ten motyw fordanserki i Lidki w tej roli jest bardzo intrygujący. Lidka jest dziewczyną zabawiającą bywalców nocnego klubu, ale nie jest prostytutką i nie zamierza nią być, z drugiej strony uważa, że nieuchronnie ku temu dąży, przyjmując właśnie tę "gębę" dolepioną jej przez społeczeństwo. W ogóle portrety kobiet w "Pożegnaniach" są bardzo dziwne. Z drugiej strony – portrety mężczyzn też.
      Wracając jeszcze do kwestii anonimowości głównego bohatera. Sobolewska w swoim tekście nazywa go Pawłem z taką oczywistością, że zastanawiałam się, czy przypadkiem czegoś nie przeoczyłam w powieści, ale nie, jego imię nie pada ani razu i z pewnością nie dlatego, że autor zapomniał je wymienić. To jest z całą pewnością przemyślane. Chociażby w tej ostatniej scenie.

      Jak ją interpretuję? A masz na myśli sytuację z Lidką, czy raczej przejazd samochodu z biało-czerwoną chorągiewką? Wydaje mi się, że ta scena jest takim symbolem nadejścia nowych czasów, ostatecznego zerwania ze starym porządkiem, Mirek wyjeżdża, a pozostali mieszkańcy willi, relikty przeszłości, kryją się w piwnicy. Lidka chyba wita to nowe z nadzieją. Dla niej upadek starego świata może być szansą na bycie sobą. Ze współczesnej perspektywy, kiedy już wiemy, w co się ten świat rozwinął, nadzieja była złudna, ale tę kwestię, moim zdaniem, powieść pozostawia otwartą. A Ty jak myślisz?

    4. Bo o Dygacie się mówi jako o pisarzu kontestującym tradycję romantyczną (sama jeszcze nie wiem, co o tym myślę, stąd to "mówi się" :-)) i tu faktycznie jest im jakoś z Gombrowiczem po drodze — zresztą to powstanie, które zaleca narratorowi ciotka, to też taki przebłysk tego: gdzieś kogoś biją, nieważne, kogo, ważne, że nasi, trzeba się przyłączyć. Ale co do Lidki to mam trochę wątpliwości — nie wiem, czy ona sama ma poczucie, że "się stoczy", czy raczej wmawiają je w nią inni: narrator, jego ojciec, szef firmy, goście Cafee Clubu? Dlatego pewnym tryumfem nad tą formą jest małżeństwo z Mirkiem, chociaż ono jest — tu się zgadzam — nową formą, niespecjalnie udaną.

      A czemu uważasz, że te portrety bohaterów są dziwne? W sensie: co masz tutaj na myśli? Jeśli chodzi o imię "Paweł" — takie ma nasz narrator w filmie Hasa, może to rozwiązuje tajemnicę używania tego imienia przez Justynę Sobolewską? 🙂

      Obie te sceny, bo one jednak się łączą: pozorne zejście się bohaterów (bo może jednak Mirek wróci?) z pozornym nadejściem tych polskich żołnierzy (oni są dość późno rozpoznani, przez większą część czasu można spokojnie spodziewać się Armii Czerwonej raczej). Tak może pesymistycznie mi się ją przeczytało, bo moim zdaniem ona niewiele zmienia, nawet ci żołnierze są właśnie tacy "wymienni".

    5. A nie, bije się Moskala – w opinii ciotki. Ta romantyczna tradycja narodowa właśnie się opierała na biciu Moskala ("nie będzie Niemiec pluł nam w twarz" to dopiero później), więc to by się zgadzało. Dygat jest bardzo krytyczny wobec rzeczywistości II RP, co widać już w pierwszym akapicie powieści (choć podobno po wojnie, kiedy książka się ukazała, krytycy zarzucali mu, że potępia nie dość ostro). Jest jeszcze taki fragment na str. 13, który dosyć nieprzyjemnie skojarzył mi się z rzeczywistością dzisiejszą.

      Dziwne, czyli takie jakieś… ułomne. Co najbardziej rzuciło mi się w oczy właśnie jeśli chodzi o przedstawienie kobiet. Jakby kreślone ręką zgryźliwego antyfeministy. Najpierw ten nieszczęsny pasztet Lola (jeżeli narrator nie użył tego określenia, to chyba tylko dlatego, że wtedy jeszcze się tak nie mówiło), później Lidka, która dała sobie wmówić (zgadzam się, że tak to można określić) nie tylko to, że się stoczy, ale że już się stoczyła i że dopiero można z niej zrobić "porządną dziewczynę". Później paryżanka Dodo, która jest po prostu żeńską wersją bywalców Café Clubu i nawet używa tego samego języka (co ciekawe, narrator nie robi sobie wyrzutów, że się stoczył, mimo że praktycznie został jej utrzymankiem, jego życiorysu to nie plami, ach, te podwójne standardy!), później ciotka i te wszystkie arystokratki. Bardzo nieprzyjemne, jednowymiarowe towarzystwo. Może jedynie Mika wydaje się sympatyczna, ale z kolei ona jest typem "pensjonarki" przeznaczonym do uwiedzenia i złamania serca. Ogólnie rzecz biorąc, kpina i szyderstwo. No ale właściwie w taki sam sposób są charakteryzowani mężczyźni. Ojciec narratora, dwaj profesorowie itd. Tu nasuwa mi się kolejne pytanie:

      Jak uważasz, czy tę powieść można odbierać w kategoriach realizmu? Bo dla mnie to jest wyłącznie groteska.

    6. Masz oczywiście rację, zwłaszcza w Królestwie bije się Moskala — tutaj więc wróg jest dla ciotki zawsze Moskalem (raczej symbolicznie). A tymczasem co do krytyki tej międzywojennej Polski, to faktycznie już samo otwarcie jest bardzo mocne, bo pokazuje tę często zapominaną paskudną twarz sanacyjnej rzeczywistości. Od razu aż człowiek chce włączyć płytę Hańby, bo wszystko się ze sobą aż za dobrze składa. Natomiast że krytycy powojenni zarzucali za słabą krytykę, nie dziwię się: bo jednak Dygat portretuje tę klasę społeczną, której jednoznacznego potępienia się domagano, a on jednak to cieniuje (bo są tam portrety mniej i bardziej zjadliwe — taka Lola to jest przykład "bardziej", profesorowie — mniej).

      Myślę, że to faktycznie nie jest taki pełen realizm, za dużo tam symbolizmu (choćby to "Quo vadis" — willa i inspiracja dla Lidki i jej imienia: tak się zaczęłam zastanawiać, że może faktycznie to nie Genowefa udaje Lidkę, ale Lidka Genowefę?) i, tak jak mówisz, groteski. Z drugiej strony jednak, choć narrator szydzi, to nie stroni od portretów całkiem realistycznych (Mirek, kelner, Feliks, a choćby i Róża). Przy czym, zastanawiam się, może to wrażenie groteskowości wynika z dystansu, jaki stara się on zbudować między sobą a swoją klasą? Może w tej klasie? Rysunki upadającej arystokracji, która w sumie sama dobrze nie wie, co się dzieje, mogą mieć w sobie coś takiego (nawet w "Przedwiośniu" Nawłoć czasem daje takie wrażenie, a to przecież raptem przeczucie rewolucji, a nie już nadciągająca rewolucja, jak w "Pożegnaniach"). Jak sądzisz? Taki mam teraz pomysł na przyczynę, ale to raczej hipoteza bądź punkt wyjścia niż zdecydowana opinia :-).

      Obejrzałam jeszcze przy tej okazji film na podstawie "Pożegnań", który zrobił wraz z Dygatem Wojciech Jerzy Has i muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowana. To, co Dygat buduje narracją, w filmie jest zupełnie płaskie, choć znakomite są Hanna Skarżanka jako Maryna i Irena Netto jako właścicielka willi "Quo vadis". Ale obejrzałam głównie, by prześledzić sprawę imienia bohatera: pada raz, kiedy przychodzi do ciotki, która już słabuje, i ona wtedy faktycznie mówi do niego per "Pawle" — czego w książce nie ma. Trochę to jest tam dodane na siłę, może bohater w filmie po prostu nie mógł pozostać bezimienny? Bo zgadzam się z Tobą, że w powieści Dygat celowo ogrywa wszystkie sceny, w których narrator mógłby się przedstawić tak, by tego ostatecznie nie zrobił.

    7. Profesorowie są dosyć poczciwi i mówią bardzo ciekawe i trafne rzeczy. O nich powiedziałabym, że są potraktowani humorystycznie. (W ogóle doceniam komizm "Pożegnań").

      Mimo wszystko ja tej powieści nie odbieram realistycznie. Co dla mnie jako czytelniczki znaczy mniej więcej tyle, że nie jest to powieść, której bohaterowie są prawdziwymi ludźmi (a co za tym idzie to, co im się przydarza, też jest z lekka nieprawdziwe). Wiesz, takimi, których można sobie wyobrażać w innych sytuacjach niż te, które przedstawił autor. Oni są bardzo wyraźnie wymyśleni, a wszystko przedstawione jest z ironicznym dystansem. Właśnie ten dystans wydaje mi się kluczowy, z tym że nie chodzi tu wyłącznie o dystans narratora wobec jakiejkolwiek klasy społecznej. Dystans w ogóle. Narrator dystansuje się od opisywanego świata, a autor od narratora. Przy poprzednim pikniku mówiliśmy o chłodzie – wydaje mi się, że "Pożegnania", to jest właśnie bardzo chłodna proza. Pożywka dla intelektu, ale brak emocji. Na przykład ja w ogóle nie widzę tego jako opowieści o niespełnionej miłości – jak chcą niektórzy czytelnicy – w ogóle mnie nie interesuje, czy bohaterowie się zejdą czy nie zejdą i w ogóle ich losy przeszłe i przyszłe mnie nie wzruszają. Ciebie wzruszają? (Oczywiście jest to osobna kwestia, czy literatura ma wzruszać).

      Zastanawiam się też, czy narrator "Pożegnań" jest z założenia narratorem niewiarygodnym? Bo ja mu nie dowierzam, ale nie jestem pewna, czy taka była intencja autora. Jak sądzisz?

      Film mam dopiero w planach, mam nadzieję, że uda mi się obejrzeć i jeszcze wymienimy opinie.

    8. Rozumiem, bo faktycznie to trochę jest skonstruowane (przy oglądaniu filmu to też bardzo dobrze widać, mój Domownik, który książki nie czytał, zauważył, że bohaterowie poznają się szybko i zaraz jadą razem na wycieczkę, co nie jest specjalnie realistycznym zawiązaniem akcji). Ale ja to, przyznaję, kupuję, właśnie dlatego, że Dygat świetnie kreuje nastroje i o te nastroje chyba chodzi mu najbardziej. Zmierzch światów, najpierw sanacyjnego, potem wojennej rzeczywistości, zderzanie się różnych, często faktycznie groteskowych, przerysowań w tych światach.

      Ale czy to historia o miłości? To dobre pytanie. Bo dla mnie raczej o próbie wyplątania się z raz narysowanej linii rozwoju ("chłopak z dobrego domu", "upadająca dziewczyna"), ta miłość narratora i Lidki wcale dla mnie taka jednoznaczna nie jest. Fascynacja, owszem. Ale czy miłość?

      Hm, szczerze mówiąc im dłużej rozmawiamy, tym bardziej przychylam się do Twojego zdania, że narratorowi nie warto tak zupełnie tutaj wierzyć, bo on nas z lubością zwodzi. Ale w trakcie lektury nie miałam takiego stuprocentowego nastawienia, nie wiem, czy to jest tak do końca wpisane w samą akcję.

      O, z chęcią, bardzo jestem ciekawa, co powiesz, zwłaszcza w konfrontacji z powieścią!

  2. Ech, Ci mężczyźni tak gotowi ratować przez moralnym i cielesnym upadkiem 😉

    1. Kilku tam się znajduje w "Pożegnaniach" i okazuje się, że od nich właśnie "ratowana" powinna się trzymać jak najdalej.

  3. Długo po lekturze "Pożegnań" nie miałem za bardzo pojęcia, co mogę o tej książce sądzić – poza tym, że bardzo podoba mi się uciętość frazy Dygata. W ostatni weekend miałem trochę czasu na lekturę w pociągach i bardzo pomogła mi z zebraniem myśli na temat "Pożegnań" lektura innej powieści autora, "Podróży". Może to kwestia etapu życia, w którym się znajduję i który mi nieco przejaskrawia wszelkie przeżycia intelektualne, ale obie te powieści zdają się kreślić konkretną wizję życia człowieka – ciągu zdarzeń, mniej lub bardziej uporządkowanych, którym sami musimy nadać sens. I niech będzie to sens mieszczański, sens intelektualistyczny, sens socjalistyczny albo i romantyczny, narodowowyzwoleńczy – ale niech tym sensem będzie, bo poza nim istnieje tylko, jakkolwiek głupio, maślanie i banalnie to nie zabrzmi, bezsens.

    1. O widzisz, "Podróż" mam w planach (jakoś wychodzi, że czytam Dygata pomału, ale po kolei). Natomiast czy "Pożegnania" pokazują życie jako coś, czemu nadaje się zwrotnie sens? Mam pewną wątpliwość, bo sam narrator nie bardzo wie, co ma zrobić z tym, co mu się przytrafia: trochę przypadkiem wraca w te same miejsca, ale nie umie z tego wywnioskować czegoś konkretnego. Tak w każdym razie to odebrałam.

    2. Straszliwie nieprecyzyjnie się wyraziłem, chodzi mi dokładnie o to, o czym piszesz. Bohaterowi przytrafia się to i tamto, miotany jest jak ten liść, nie ma żadnego zaczepienia etc. – bo nie nadał niczemu sensu. Ja wiem, że z punktu widzenia literaturoznawcy moja interpretacja nie ma totalnie sensu, bo jak to tak, jedną książkę tłumaczyć przez dość odległą drugą?!, ale czuję, że taka właśnie głębsza myśl stoi za "Pożegnaniami".

    3. Wydaje mi się, że interpretowanie dzieła przez dzieło nie jest nieuprawnione w tym przypadku — mnie się na przykład wydaje, że widzę pewną spójność narratora "Jeziora…" i "Pożegnań", więc wcale bym nie wykluczała, że jest też podobna w "Podróży". No ale tutaj będę się mogła lepiej wypowiedzieć, jak przeczytam :-). Natomiast co do nadawania sensu: no właśnie, wydaje mi się, że większość bohaterów dąży ku temu sensowi, podczas gdy narrator niespecjalnie, tu się zgadzam.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.