Z mgieł albo o opowiadaniach K. Mansfield (Pikniki z Klasyką #30)

Najpierw jest mgła,
potem z mgły wynurza się krajobraz, detale stają się coraz
wyraźniejsze, aż w końcu dostrzegamy najdrobniejsze szczególiki:
kroplę wody spływającą z liścia, wilgoć na owczej wełnie,
niby-płatki kwitnącego raz na tysiąc lat aloesu. Jest w
opowiadaniach Mansfield coś filmowego, a to przechodzenie od
szerokich planów do wąskich pojawia się nie tylko w portretowaniu
przyrody, ale i bohaterów.

Wybrałyśmy wraz z
Tarniną trzy opowiadania autorki – przyznaję, że zasugerowałam
się właściwie tylko tytułami (kolejna dobra strona czytania
opowiadań jest taka, że można w ten sposób, układając lekturę
jak puzzle, natrafić na ciekawe rzeczy). „Preludium” i „W
zatoce” to historia tej samej rodziny, Burnellów. Pierwsze
chronologicznie byłoby „Preludium”: Burnellowie wyprowadzają
się na wieś i na jaw powoli wychodzą ich problemy – ze sobą
(Linda i Stanley średnio się dogadują, choć tego nie zauważają;
Beryl zaczyna mieć poczucie, że staje się starą panną; Kezia
przywiązana jest do babki znacznie bardziej niż do matki), z innymi
(służąca ma serdecznie dość Beryl, pojawiają się pewne tarcia
z krewnymi, rodziną Troutów), ze światem wreszcie, który nie jest
urządzony tak, żeby „wszystko było dobrze”, ale tak, żeby
„wszystko się jakoś toczyło”. „W zatoce” właściwie
podejmuje ten temat dalej: w życiu Burnellów pojawił się nowy
członek rodziny i mamy okazję obserwować, jak dawniej zaznaczone
konflikty dochodzą coraz mocniej do głosu – tu zwłaszcza wątek
macierzyństwa Lindy, która rodzi dzieci z konieczności – i jak
są zamiatane pod dywan lub w ogóle nie podejmowane. To opowiadanie
sporo miejsca poświęca postaci Stanleya, który jest trochę takim
„panem domu” przez zasiedzenie, teściowa, żona, szwagierka,
córki, wszystkie właściwie czekają, aż pójdzie do pracy, on
tymczasem uważa się za najważniejszą osobę i rozmyśla nad tym,
jakim rozczarowaniem dla kobiet musi być chłód z jego strony.

Garden party, bo wiadomo. Natomiast opowiadania dzieją się w Nowej Zelandii, z czego szczerze mówiąc nie zdawałam sobie za bardzo sprawy, mimo licznych opisów przyrody.
Te opowiadania to są
zacne miniatury. Teoretycznie nic się nie dzieje, a przynajmniej
niewiele. Życie „jakoś się toczy”, Mansfield portretuje swoich
bohaterów w trakcie zwykłych czynności: jedzą obiad, chodzą na
spacery, spotykają sąsiadów. Potrafi uszczypliwie komentować tę
rzeczywistość, pokazując rysujące się w niej pęknięcia. Ale
nie ma tu wielkich dramatów, tragedia zdaje się być częścią
rzeczywistości. To, że Linda nie lubi swoich dzieci, to coś, o
czym pozostali wiedzą – przystają na to, bo nic, jak zauważa
matka bohaterki, nie da się z tym zrobić. To, że Stanley jest
średnim gospodarzem i ma za dobre mniemanie o sobie, po prostu
należy do codzienności – trzeba doczekać momentu, kiedy wyjdzie
z domu, i napić się herbaty. To, że Beryl mieszka z siostrą i jej
rodziną, pragnąc wielkiej miłości – boleśnie się co do tego
zresztą rozczaruje w zetknięciu z „wielkim światem”, który
jej przez chwilę zaimponuje w opowiadaniu „W zatoce” –
wywołuje bardziej w jej wyobraźni niż w rzeczywistości obrazy
rzeczy inne od tych, jakimi jawią się pozostałym. Portret Beryl
jest zresztą bardzo przejmujący: Mansfield ustawia ją tak, że
czytelnik właściwie widzi, jak bohaterka popada w przygnębienie,
snuje marzenia, zaczarowuje rzeczywistość i rozczarowuje się nią,
powoli zdając sobie sprawę z tego, że albo wyjdzie za mąż za
jednego z niezbyt dobrze rokujących kolegów Stanleya, albo zostanie
starą panną „przy rodzinie”.
Drugi mocny punkt
tych dwóch opowiadań to portrety dzieci. Mansfield świetnie
opisuje i ich zabawy – niekiedy okrutne, jak postępowanie chłopców
z psem w „Preludium”, innym razem zabawne, jak gra w karty i
udawanie zwierzątek we „W zatoce”. Rozmowy między córkami
Burnellów i synami Troutów są rozpisane na kilka charakterów –
trudno się zgubić kto co mówi. Zresztą obserwacje autorki są
bardzo ciekawe: dzieci nie zachowują się jak mali dorośli, mają
swoje zdanie i swoje problemy. Mansfield delikatnie je zaznacza: od
małych katastrof w rodzaju kota nie chcącego siedzieć tam, gdzie
posadzi go mała dziewczynka po poważniejsze problemy, na przykład
jak zakomunikować bratu, że chce się bawić lalkami albo jak
wrócić do domu, kiedy zapadły już ciemności. Dzieci w obu
opowiadaniach mają swoje własne, osobne światy i łakną
towarzystwa dorosłych – Kezia (teoretycznie porte parole
autorki) zwłaszcza babci, jedna
z jej sióstr chciałaby zaznać czułości ze strony matki, podczas
gdy za oknami się ściemnia, bracia Troutowie cieszą się z
przybycia ojca.
Nieco
innym opowiadaniem jest „Garden Party”. Bogata
rodzina wyprawia przyjęcie w ogrodzie – dominująca nad innymi
matka kryguje się, że to moment, w którym jej córki powinny
przejąć dowodzenie, w gruncie rzeczy jednak rozstawia je po kątach.
I to nawet wtedy, gdy jedna z nich, Laura, usłyszawszy o
nieszczęśliwym wypadku w domkach miejscowej biedoty, nie tak daleko
od rezydencji głównych bohaterów, sugeruje, żeby przyjęcie
odwołać. Mansfield
portretuje ten świat w sposób gorzko-prześmiewczy, każąc się
Laurze zachwycać robotnikami stawiającymi namiot, pod którym
będzie się działa część główna przyjęcia i martwić, co może
pomyśleć pogrążona w żałobie rodzina, słysząc dźwięki
muzyki wydawane przez „małą orkiestrę”. „Mała”
ma tu oczywiście zmniejszyć poczucie winy czy w ogóle zniwelować
różnicę, Laura bowiem w ten sposób usprawiedliwia się przed
podśmiewającymi
się z niej robotnikami. Rozwiązanie
intrygi przypomina trochę „dobroczynność przez teleskop”,
jaką znamy z Dickensa, tutaj dochodzi zresztą podobny motyw
„dobroczynnej” matki uprawiającej ową dobroczynność rękoma
córki. Mansfield znowu nie
sili się na to, by jej bohaterowie popełniali wielkie gesty. W
obliczu martwego robotnika, który okazuje się być przystojnym
mężczyzną, a nie zapijaczonym gagatkiem, jak chciałaby matka
Laury, Laura umie tylko wydukać nieskładne przeprosiny za swój
zbyt ekstrawagancki strój. A jednak przez cały wieczór słuchała
komplementów z tego powodu – co Mansfield podkreśla kilkukrotnie
– nie jest więc tak, że dostajemy bezgrzeszną bohaterkę
uwikłaną w niezależne od niej problemy.

I aloes. Aloes jest ważnym bohaterem tak właściwie.
Ale
te opowiadania „czytają się” – choć z tego samego powodu
mogą być dla niektórych, jak sądzę, nieznośne – ze względu
na styl pisarki. Trochę chłodny, jakby obserwowała swoich
bohaterów tak jak przyrodę: dokładnie, od ogółu do szczegółu,
z zewnątrz do wewnątrz (nieprzypadkowo poddawana przez nią
drobiazgowej wiwisekcji Beryl tak często przegląda się w lustrze i
od swojego wyglądu przechodzi do roztrząsania swojego losu i
czarnych myśli). Tu nie ma
wielkich puent, zakrętasów fabuły czy nagłych zwrotów akcji.
Rzeczy toczą się w tym świecie i często, szczerze, nie bardzo
wiadomo, co bohaterowie mogliby zrobić, by przestały się toczyć
albo choć potoczyły się w innym kierunku. Dobrym obrazem, który
oddaje ten sposób istnienia świata i przepływu rzeczywistości
jest aloes, rosnący w opowiadaniu „Preludium” przed nowym domem
Burnellów. Niepozorny, dziwny, rzadko kwitnący – żartem, choć
nieco jadowitym, wspomina o tym Linda na pytanie córek –
przykuwający wzrok. Trochę
zakurzony.
***
Dzisiaj o opowiadaniach Mansfield dyskutujemy na blogu Tarniny, gdzie Was serdecznie zapraszam i gdzie znajdziecie również jej wpis o tym tercecie. Natomiast w
październiku spotykamy się wokół „Pożegnań” Stanisława
Dygata
, co Wy na to?
A o opowiadaniach
Mansfield pisali również autorzy blogów: Literackie skarby świata całego,
Zacofany w Lekturze
i Notatnik Kaye.
A jeśli nie zdążyliście przeczytać, ale czujecie się zachęceni,
w sieci dostępne są oryginalne wersje opowiadań w języku
angielskim dzięki Projektowi Gutenberg.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *