W wirze wydarzeń albo o „Zadzwoń, kocham cię” A. Łaciny

Jak wiecie, jestem
fanką powieści obyczajowych Anny Łaciny. Jak tylko zatem
dowiedziałam się, że w sierpniu ukaże się „Zadzwoń, kocham
cię”, szykowałam się na lekturę. I jak wrażenia, zapytacie?
Ano, już mówię. Spojlerów zasadniczo brak.

To
może dla porządku najpierw o czym to jest? Weronika,
nastolatka spod Poznania, w trakcie ulewy poznaje Wawrzyńca, z
którym kiedyś chodziła do przedszkola, potem zaś straciła
chłopaka z oczu. Młodzi spotykają się, zaczyna między nimi
iskrzyć, ale są wakacje, więc rozjeżdżają się w różne
strony. Weronika na zagraniczne wojaże z rodziną, Wawrzyniec
szykuje się na Światowe Dni Młodzieży. W międzyczasie są zaś,
jak zwykle w historiach miłosnych bywa, problemy, kłody pod nogi i
różnej maści komplikacje.

Tak można by
pokrótce zarysować fabułę najnowszej powieści Anny Łaciny.

To, co zawsze mi się podobało w powieściach autorki, to
różnorodność bohaterów – oni mają swoje poglądy, często
wynikające z tego, jaka jest ich historia i, co nie zawsze się
udaje, nawet jeśli wypowiadają kwestie, z którymi się mocno nie
zgadzamy, nie zżymamy się na autorkę, ale na postaci. W „Zadzwoń,
kocham cię” jest jednak pewien problem: otóż tak na dobrą
sprawę to z dwójki głównych bohaterów pełnokrwistą postacią
jest w zasadzie tylko Wawrzyniec. Łacina pokazuje nam, jakie
okoliczności miały wpływ na chłopaka, który jest rodzajem
szaławiły o dobrym sercu – fajnie wykorzystany jest też motyw z
imieniem bohatera, który dostał je po Wawrzku z „Historii żółtej
ciżemki”. To raptus, popękany psychicznie, skonfliktowany
wewnętrznie, z poważnymi rodzinnymi problemami. Do tych ostatnich
jeszcze później nawiążę, ale co się tyczy samej postaci jest
przekonująca, chociaż, muszę przyznać, dość toksyczna. Wiecie,
jeśli potencjalny ukochany/a ostrzega na samym początku, że
niszczy wszystko, na czym mu zależy, to jak radzą poradniki
dotyczące życia w stadle domowym, lepiej uciekać. No, ale to ten
typ zbuntowanego chłopaka z
mroczną przeszłością,
który stanowi wdzięcznego bohatera do historii miłosnej.

Natomiast z
Weroniką mam problem.
To
trochę taka bohaterka bez właściwości – owszem, pojawia się co
prawda historia o szkolnych prześladowaniach (trochę za mało, moim
zdaniem, rozwinięta, przez co sprawia dość pretekstowe wrażenie),
ale generalnie wszystko, co kształtuje Weronikę, dzieje się
dopiero na kartach powieści. Ależ Pyzo, powiecie, to źle, że
widzimy, jak bohaterka ewoluuje? No właśnie nie, tyle że to nie
tyle jest ewolucja, co… Hm, jakby to nazwać? Nasiąkanie? Autorka
poddaje bohaterkę różnym próbom – może jest ich aż nazbyt
wiele w tak krótkim czasie. Owszem, Weronika może po prostu mieć
talent do bycia niewłaściwą osobą w niewłaściwym czasie lub do
znania takich osób (autorka zresztą stara się jak najwiarygodniej
zahaczyć wszystkie te wydarzenia w świecie powieściowym), ale z
drugiej strony niemal nic nie wiemy o niej jako o niej samej poza
tym, że chciałaby się wyrwać z domu.
Wiemy natomiast o niej jako o uczestniczce danych wydarzeń. Nie
wiem, czy to kwestia przytłoczenia bohaterki przez bądź co bądź
barwnego Wawrzyńca, czy właśnie natłok wydarzeń.
 
 
Taka ilustracja do wpisu, skoro Weronika dużo podróżuje.
 

Przy czym, muszę
otwarcie powiedzieć, najbardziej lubię te powieści Anny Łaciny, w
których wszystko dzieje się w mikroskali
,
gdzieś w Polsce tej mniej bywającej na nagłówkach gazet, małych
miastach, o których
generalnie wie się, że gdzieś tam istnieją, i tyle. Tutaj zaś
ocieramy się razem z bohaterami o wielki świat, pierwszoplanowe
wydarzenia, i może gdyby to było takie jedno wydarzenie, silnie
wpływające na nich, nie miałabym podobnych wątpliwości, jak mam
teraz. W poprzedniej książce
autorka wysłała swoich bohaterów na wakacje w egzotyczne kraje i
kazała zderzyć się z innością w sobie i w drugim człowieku –
i to zadziałało. W „Zadzwoń, kocham cię” jest jakby ociupinę
za dużo wydarzeń, a za mało bohaterki. Przy czym od razu dodam, że
Weronika ma jeden znakomity wątek, bardzo zresztą ważny, który
pokazuje, że w pewnych przypadkach nie warto czekać aż „samo
przejdzie”, ale trzeba szukać fachowej pomocy psychologa.

Najciekawszy,
moim zdaniem, wątek rodzinnych perypetii Wawrzyńca

(zapowiadałam, że do tego wrócę) i związany z tym wątek
sąsiadów chłopaka – to są takie obrazy zwyczajnego, nieraz
trudnego życia, za które powieści autorki cenię – choć ładnie
się rozwija, zostanie dość cierpko ucięty. A aż by się chciało,
żeby chłopak zaczął rozumieć, że pewne decyzje podjęte przez
jego rodziców owszem, miały akurat dla nich negatywne konsekwencje,
nie znaczy to jednak, że może od razu ustawiać się na moralnym
piedestale i bardzo surowo ich (i
przy okazji wszystkich w podobnej sytuacji) osądzać.
Tego, przyznaję, trochę
żałuję, bo to była
ciekawa kwestia do pogłębienia. Satysfakcjonujący
był za to dla mnie rozwój wątku rodziców Weroniki, który na
początku wyglądał jak klasyczny układ dwójki ludzi, którzy
przestali się lubić, ale autorka narysowała z tego interesującą
historię.

No dobrze,
kończąc już:
sięgać po
„Zadzwoń, kocham cię”? Jeśli ma to być dla Was pierwsza
powieść autorki, radziłabym jednak zacząć od innej, chyba
że macie ochotę na taką trochę mroczną historię miłości
dwójki młodych ludzi.
Jeśli jesteście już w twórczość Anny Łaciny wciągnięci,
warto poznać, żeby przekonać się, co tym razem przygotowała dla
swoich bohaterów. No a ja czekam na kolejną powieść, oczywiście!

Książka
przywędrowała do mnie od Naszej Księgarni, bardzo dziękuję!

2 Replies to “W wirze wydarzeń albo o „Zadzwoń, kocham cię” A. Łaciny”

  1. Książka jednak nie dla mnie, ale miły akcent ze Światowymi Dniami Młodzieży. To było wspaniałe wydarzenie, które będę bardzo długo wspominać <3. Tej autorki jeszcze nie znam.

    Marta

    1. W takim razie będę Cię zachęcać do innych powieści autorki (o kilku tu już nawet pisałam), myślę, że mogą Ci się spodobać :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.