Jak nie zostałam Lovecfratianistką albo w poszukiwaniu dziwności

Na pytanie, co
czytać z nurtu weird,
dostałam mnóstwo odpowiedzi, w których nazwisko Lovecrafta
zajmowało znaczące miejsce. Cóż więc było robić, po co się
opierać, powędrowałam do biblioteki, zostałam źródłem
zdziwienia dla pani bibliotekarki („dlaczego mamy Zew
Cthulu
w
magazynie?”) i zasiadłam do czytania.

To,
co akurat mieli w bibliotece (a konkretniej mówiąc: w magazynie) to
starsze wydanie opowiadań Samotnika z Providence (no jak nie użyć
tego sformułowania, no chociaż raz trzeba!), w dość dziwnym
miejscami tłumaczeniu Ryszardy
Grzybowskiej.
No, ale zawszeć to klimat: stare wydanie, ponura okładka, wyblakły
druk. Zaczęłam od historii
Zew
Cthulu
,
bo w końcu chciałam na własnej skórze przetestować, o co chodzi
z Wielkimi Przedwiecznymi. No, może nie aż tak bardzo na własnej,
ale w każdym razie wiecie, o co mi chodzi. Trochę żal, że nie
przeczytałam tego w ramach poszukiwania horrorów marynistycznych,
bo jest tu wszystko, czego człowiek na morzu bać się powinien:
piraci, straszliwy zapach ryb i wodorostów, niesamowite wyspy
wynurzające się nie wiadomo skąd, straszliwy zapach ryb (i
wodorostów), morskie potwory, dużo macek i – jak wspominałam –
unoszący się nad wszystkim straszliwy zapach. Tak, jeśli by się
dłużej zastanowić, jakimi środkami Lovecraft operuje, żeby
wzbudzić w czytelniku trwogę – odarłszy je z metafizycznych
uniesień – pozostają nam: wielkie rozmiary wszystkiego, zapach i
zapewnianie, że coś jest straszne.

Widzicie,
to jest całkiem ciekawe i nie jakieś zapewne specjalnie odkrywcze:
groza
literacka (i nie tylko)
często tak działa, że każe się nam bać czegoś bardzo dużego
albo czegoś zupełnie małego. Innymi słowy: ach, te wielkie
potwory i niebezpieczne małe mikroby. Lovecraft
zdecydowanie wybiera skalę dużą, jeśli nie ogromną: boimy się
czegoś, co wykracza poza znaną nam geometrię, granice
wszechświata, czy nawet okres czasu, jaki możemy objąć umysłem
(ulubione słowo: eon). W
tym wszystkim jest jednak coś, co mnie osobiście denerwuje:
zapewnianie nas przy każdej okazji, że jest to straszne, schorzałe
i potworne. Po lekturze opowiadań stwierdziłam, że tak właściwie
najbardziej się bałam tam, gdzie akurat narrator nie zdążył
wtrącić swoich trzech groszy informując mnie, że bać się
powinnam. Jasne, wiedziałam, że specjalnością Lovecrafta były
przymiotniki (jest ich faktycznie dużo) i
nie mam mu za złe tych opisowych, ale ileż razy można się
dowiadywać, jaką niesamowitą grozą coś zieje. No, ale dobrze.
Zew
Cthulu
daje
nam pewien wgląd w sprawę kluczową, czyli wiarę w pradawne,
złowrogie bóstwo – czczone wszędzie w podejrzanych
okolicznościach. Lovecraft musiał być ogromnym fanem Frazera, bo
swoim narratorom-antropologom często daje sposób rozumowania
brytyjskiego etnografa (to samo jest w Szepczących
w ciemnościach
).
Nie
do końca rozumiem fenomen tego opowiadania, ale czytałam dalej.

Złowrogie góry, dla ilustracji.

Jako
weird
z
prawdziwego zdarzenia poleca się Muzykę
Ericha Zanna
.
Oto nasz, a jakże, pierwszoosobowy narrator, tym razem na szczęście
nie antropolog, chce odnaleźć uliczkę, na której mieszkał. Nie
ma jej jednak nigdzie na mapie, nie ma jej w zaułkach miasta – a
przecież pamięta, co przeżył w domu przy tej ulicy. Mieszkał tam
pewien skrzypek, tytułowy Erich Zann, grywający w swoim pokoju na
ostatnim piętrze dziwne, porywające melodie. Powiem Wam, że sam
koncept jest świetny, wykonanie w dużej mierze też – jeden
szkopuł mnie jakoś wybił z nastroju. I może to jest mój problem
z Lovecraftem: snuje on swoją historię, jest zajmująco, ciarki na
plecach i nagle pojawia się coś, co mnie rozstraja. Nie mówię, że
to uniwersalna kwestia przy lekturze pisarza, wręcz przeciwnie,
myślę, że to niekompatybilność moja i twórczości autora. W
Muzyce
Ericha Zanna
to
był – dobór muzyki. Bo póki było tajemniczo, było świetnie.
Ale kiedy Zann zaczął grać coś, co wedle wszelkiego
prawdopodobieństwa było tańcem węgierskim Brahmsa – którego
skądinąd lubię i słucham często – cały nastrój wyparował. I
tak już widać mam z opowiadaniami Lovecrafta. Czuję się trochę
tak, jak w dzieciństwie, kiedy opowiadało się sobie z przyjaciółmi
straszne historie i nagle ktoś wchodził, zapalał światło, żeby
zobaczyć, czy dzieci śpią, nastrój pryskał i tyle.

No,
ale nie poddałam się, postanowiłam przeczytać jeszcze Szepczących
w ciemnościach
(a
może Szepczącego w ciemnościach? Właściwie nie wiem, czy to ma
mieć po polsku liczbę mnogą czy pojedynczą,
obie pasują, że tak powiem, fabularnie). Opowiadanie
faktycznie wzbudza grozę – opuszczone góry, dziwne stworzenia
żyjące wśród nich, tajemnice, których poznanie skutkuje czymś
gorszym od śmierci – ale ponownie: klimat jest niesamowity, ale
sama historia bardzo mocno przewidywalna. Widzicie, narrator wykazuje
się bardzo wysokim stopniem naiwności, tak wysokim, że człowiek
tłucze w książkę, krzycząc „jak mogłeś się, narratorze, nie
zorientować?!”. Jasne, łatwo oceniać post
factum
,
kiedy i sam narrator zostawia nam od początku wskazówki, że coś
może być nie tak, ale mimo wszystko rozpisanie na wiele stron
bardzo prostej intrygi sprawia, że czyta się właśnie bardziej dla
niesamowitości i tych ciarek na plecach, niż dla rozwikłania samej
zagadki.

Ale
jest coś w tych opowiadaniach Lovecrafta – nawet nie pomysły, nie
historie, nie bohaterowie, ale właśnie ta atmosfera, która
sprawia, że chce się sięgnąć po kolejne i zobaczyć, jakie
będzie. Trochę
więc odpowiedziałam sobie na pytanie, co przyciąga w twórczości
pisarza. Czy straszy – tego, szczerze mówiąc, nie wiem, bo
potwory Lovecrafta tam, gdzie stają się widzialne, przestają być
straszne, ich gargantuiczne rozmiary lub zapewnianie o grozie, jaką
wywołują, mnie do końca nie przekonuje. Ale czy będę czytała
dalej? Zakładam, że tak.

Macie
swoje ulubione opowiadanie pisarza? Z chęcią wymienię się
doświadczeniami czytelniczymi!

39 Replies to “Jak nie zostałam Lovecfratianistką albo w poszukiwaniu dziwności”

  1. Moje ulubione opowiadanie Lovecrafta to "Haunter in the Dark". W ogóle pan HPL lepiej mi wchodzi po angielsku niż w tłumaczeniach.

    1. Muszę wypróbować w oryginale, ciekawa jestem, jak ten styl wypada (ach, te przymiotniki ;-)!).

  2. Ja kocham wszystkie 🙂
    Mój mąż przeczytał jego ceglastą biografię, męcząc się niemiłosiernie, ale się uparł. No i przebrnął 😛

    1. Widziałam tę biografię, wygląda kusząco — bo mam wrażenie, że życie Lovecrafta musiało bardzo wpłynąć na legendę jego twórczości (a przynajmniej takie odniosłam wrażenie z przedmowy do opowiadań, które czytałam).

  3. O, trochę mi lepiej na duszy, gdy się dowiedziałam, że nie tylko do mnie twórczość Lovecrafta nie trafia. Szczerze mówiąc w ogóle nie czuję atmosfery grozy, tylko znużenie, gdy go czytam 😉

    1. Tak, chyba należymy tutaj do podobnej grupy czytelników :-). Aczkolwiek na "Szepczących…" się bałam, nie będę udawała, więc to chyba też zależy od opowiadania :-).

    2. Możliwe 🙂 Ja przeczytałam kilka i jakoś nic mnie nie ujęło 🙁

    3. Hm, może nie natrafiłaś na "swoje" opowiadanie? A czytałaś może "Muzykę Ericha Zanna"? Bo może to by Ci przypadło do gustu? Nie ma w nim Cthulu :-).

  4. Nie umiem czytać Lovecrafta bez chichrania się,takie to wszystko pompatyczne i plugawe 😜za to przemawia do mnie stworzona przez niego mitologia,stąd lubię grać we wszelakie planszówki,oparte na jego twórczości,czy też czytać innych autorów,wykorzystujących elementy tejże mitologii,jak choćby Gaiman.

    1. No właśnie mam bardzo podobnie: wszystko jest zwyczajnie za duże i za bardzo nas autor usiłuje przekonać, że jest straszne. Ale tak, sama mitologia — i sposób, w jaki się rozrastała, a potem przeszła do popkultury, to arcyciekawa sprawa :-). Chociaż jeszcze nie wiem, czy sam mit Cthulu do mnie przemawia: póki się sam Cthulu nie pojawił, było znacznie ciekawiej. A potem wiadomo: wszystko zrobiło się Ogromne i Straszne ;-).

    2. I Plugawe, nie zapominajmy o Plugawym 😉

    3. No nie da się zapomnieć ;-).

  5. Mam generalnie olbrzymi problem z estetyką grozy, bo zwyczajnie nie jestem w stanie przejmować się nawet najbardziej grozowatymi fabułami książkowymi. A w przypadku Lovecrafta dochodzi jeszcze ten aspekt autorski, gdzie nijak nie jestem w stanie oddzielić osoby pisarza (który totalnie przyjmuje w mojej wyobraźni kształt dzisiejszego nerda komiksowego) od jego tekstu, i zwyczajnie przeszkadza to w zagłębianiu się w lekturę opowiadań z unwiersum Cthulhu 🙂

    1. Gdyby miało mi coś w osobie pisarza przeszkadzać, to akurat nie to, Lovecraft-pasjonat — i jego zawiła sieć korespondentów — to jest ta otoczka wokół, która do mnie przemawia. Właściwie trudno mi skomentować, czemu bycie lub kojarzenie się z byciem fanem komiksów może być czymś negatywnym. Natomiast widać w opowiadaniach, w "Zewie Cthulu" na przykład, przejawy niespecjalnie przyjemnego stosunku do "niższych" klas społecznych i to już się mi czyta średnio.

  6. No to ja akurat będę Lovecrafta bronić, bo to jeden z moich ulubionych pisarzy. Jasne, że jego opowiadania epatują przymiotnikami – wszystko jest mroczne, plugawe i wydziela obrzydliwy fetor. Przy tym jego styl już za życia autora uznawano za mocno archaiczny. Lovecraft jest specyficzny, to prawda. I wydaje mi się, że albo ktoś to kupuje, albo nie.
    Ale poza tym Samotnik z Providence pokazuje w swoich opowiadaniach coś jeszcze – pierwotny, ludzki strach. I nie chodzi tylko o ogromnego Cthulhu z mackami. W uniwersum Lovecrafta człowiek jest niczym wobec wszechświata, a jego życie wśród eonów to mniej niż mgnienie oka. I owa miałkość człowieczeństwa jest istotą strachu u Lovecrafta. Polecam "Kolor z przestworzy" – modelowe pod tym względem dzieło pisarza.
    I jeszcze w kwestii tłumaczeń – polecam te przygotowane przez Macieja Płazę. Starsze tłumaczenia, w tym Grzybowskiej, raz, że zawierają błędy, dwa, nie oddają elegancji i poetyckości stylu Lovecrafta.

    1. Ja go też zresztą jakoś specjalnie nie atakuję, zastrzegłam się nawet, że to nie uwagi natury ogólnej, a raczej na linii twórczość autora – mój odbiór :-). Oczywiście widzę ten cel, który sobie stawia HPL, ów strach podstawowy, wynikający z tego, że w pewnych najprostszych warunkach nic nie możemy zrobić (Cthulu jest trochę jak katastrofa naturalna, której nie da się przewidzieć i nie da się jej przeciwdziałać). "Kolor z przestworzy" na pewno przeczytam, tylko właśnie, muszę się rozejrzeć na innym wydaniem. Sądzę, że nieadekwatne tłumaczenie podbija jeszcze te nie najlepsze strony warsztatu Lovecrafta, zamiast akcentować to, co warte podkreślenia :-).

    2. W sumie nie do końca zdawałam sobie sprawę z wagi tłumaczenia do momentu, gdy usiadłam z dwoma wersjami "Zewu Cthulhu" – Grzybowskiej i Płazy, i porównałam oba. Różnica kolosalna. Rozglądaj się więc za "Kolorem z innego wszechświata" 😉

    3. Tak zrobię w takim razie :-)!

  7. Nie czytałam, ale ostatnio widziałam w księgarni i zastanawiałam się, czy nie kupić "Zewu Cthulu". Zachęciłaś mnie i chyba to zrobię. Wprawdzie mnie raczej też nie przestraszy, ale przeczytam dla samej niesamowitej atmosfery oraz rzecz jasna dla mitologii Cthulu – ostatnio mnie zaciekawiła. 🙂

    1. Tylko uważaj na tłumaczenie, w razie czego, bo faktycznie trzeba tu być ostrożnym, jak się okazuje :-). A dla atmosfery warto, w razie czego z chęcią przegadam wrażenia :-)!

    2. Dobrze że to napisałaś – ja zapewne bym sięgnęła po tłumaczenie Grzybowskiej, a potem żałowała tego, więc w takim razie poszukam tłumaczenia Macieja Płazy. Choć to takie cegły, że pewnie miesiąc będę to czytać, więc nie wiem, czy w takim razie nie zostawię sobie tego jednak na jakieś dłuższe wolne, aby poszło mi trochę szybciej. Ewentualnie będę czytać ratami. Ale gdy skończę – kiedykolwiek to będzie 😀 – też z chęcią przegadam wrażenia. 😀

    3. Zawsze można czytać sobie po jednym opowiadaniu raz na jakiś czas: to dobra metoda, bo pozwala właściwie na wyzyskanie w stu procentach zalet, jakie ma taka forma, jak opowiadanie, dla czytelnika. I w ten sposób i opasłe tomisko niepostrzeżenie się skończy ;-).

    4. No tak, masz rację. 🙂

  8. Obejrzenie filmiku "The Adventures of Lil' Cthulhu" (dostępny na You Tube) spaczyło mi Lovecrafta na resztę życia 😀 A tak poważnie, to przeczytałam jakieś dwa zbiory jego opowiadań i szczerze mówiąc, gdybym strzelała sobie kielicha przy każdym użyciu przez autora sformułowania "plugawe bluźnierstwo" (?!) albo przy każdym razie, kiedy dziesięciu chłopa zbiorowo mdleje albo ląduje w psychiatryku na widok jakiejś figurki, skończyłabym z ciężkim kacem, jeśli w ogóle przytomna.

    1. No tak, HPL ma dużo ulubionych sformułowań, które często się powtarzają :-D. Przy samym zapewnianiu o straszności i bliskim obłędzie można się znaleźć niebezpiecznie blisko krawędzi ;-). Ale, jak zauważa niżej Inaya, sam autor chyba zdawał sobie z tego sprawę ;-).

  9. Lovecraft sam chyba zdawał sobie sprawę z kłopotliwości tych przymiotników, bo w listach ze wskazówkami dla innych pisarzy zaznaczał właśnie, żeby unikać pisania "groźne" czy "straszne". Tyle że sam się do tego nie stosował 😉 Poza tym fakt, że większość przekładów na polski boli, ale zdarzają się wyjątki. Najpiękniej poetykę języka Lovecrafta oddała moim zdaniem Violetta Dobosz, tłumacząc "W poszukiwaniu nieznanego Kadath" – tam naprawdę widać urok oryginału.

    1. Czyli szewc bez butów chodzi ;-)? Ciekawe, może po prostu taki styl u niego samego go nie denerwował albo po prostu uznał to za jakiś swój znak rozpoznawczy? Ciekawe, czy jakiś biograf się nad tym pochylił.

  10. Lubię Lovecrafta, choć bardzo się zgadzam, że na dłuższą metę działa nużąco. Ale ma w sobie coś, ta tajemnicza groza, o której ciągle pisze i która zdaje się wychylać ze wszystkich kątów, w końcu zaczyna działać na człowieka.
    Pamiętam, że po przeczytaniu jego zbioru opowiadań "Droga do szaleństwa" (niektóre były słabe, niektóre dobre, wiadomo) też miałam wrażenie, że zaczynam wariować ^^
    Słyszałam właśnie, że bardzo pomagał młodym pisarzom i pozwalał im pisać do swojego uniwersum – innym słowy, lubił fanfiki 🙂 Za to go bardzo cenię. Niestety, był też antysemitą nastawionym negatywnie do imigrantów, bardzo to rzuciło się w oczy w opowiadaniu "Ulica". Choć ponoć później wstydził się tego opowiadania.
    Moje ulubione opowiadania, które najbardziej zapadły mi w pamięć, to "Widmo nad Innsmouth", "Przyszła na Sarnath zagłada", "Grobowiec", "Szepczący w ciemności" (to mnie nawet przestraszyło!), opowiadanie, w którym ważną rolę pełnią koty skaczące z dachów na księżyc, było cudne, ale zapomniałam tytułu.

    1. No właśnie, myślę, że opowiadanie co jakiś czas powinno być akurat: nie męczyć, a dawać wgląd w tę atmosferę. Co do nastawienia do imigrantów: słyszałam o tym dość pobieżnie, a jestem ciekawa, jak to wyglądało — bo w "Zewie Cthulu" są ciągle nie-biali ludzie, którzy występują w rolach "tych złych" (ale już w "Szepczących…" tego nie ma, więc może chodziło o "ludy prymitywne" jako takie, w tej antropologii, którą uprawiają bohaterowie HPL to by miało swoje odbicie).

      "Szepczący…" są straszni! Muszę przeczytać resztę polecaną przez Ciebie :-). Które z nich oprócz "Szepczących…" wydało Ci się najstraszniejsze :-)?

    2. O, fajnie, że nie tylko mnie przestraszyli ^^ Poza tym dreszcze miałam przy opowiadaniach "Coś na progu", "Kolor, który spadł z nieba" i "Szczury w murach", a z wymienionych wcześniej zdecydowanie "Grobowiec". "Widmo nad Innsmouth" też ma swoje momenty, naprawdę lubię to opowiadanie. "Przyszła na Sarnath zagłada" to trochę wariacja na temat Atlantydy. Znalazłam tytuł tego opowiadania z kotami, to "W poszukiwaniu nieznanego Kadath". Ono nie jest straszne, za to jest bardzo oniryczne, zresztą inspiracją do niego był ponoć sen Lovecrafta 🙂
      Z tych niestrasznych lubię też "Sny w domu wiedźmy" i "On", za klimat 🙂
      Teraz poczytałam trochę o autorze i wychodzi na to, że sny (własne lub cudze) zainspirowały kilka jego opowiadań. A w przedmowie do jego biografii S. King pisze, że chciał kiedyś napisać opowiadanie zaczynające się od tego, że ktoś kupuje poduszkę, na której H.P.L. śnił swoje mroczne sny, ale w końcu tego nie napisał ^^
      No i oczywiście ciekawa jestem wrażeń po dalszej lekturze : )

    3. Ponieważ mam już w swoich łapkach tom opowiadań HPL w przekładzie Macieja Płazy, będę się za niego wkrótce pomału zabierała i donosiła, jak wrażenia :-). Podobno "Szczury…" są obrzydliwe (jak wiadomo ja się tego boję jak ognia ;-)), ale będę testowała ;-).

  11. ja świruje na filmowych horrorach ale z książkami to już niezbyt ;)nawiasem to a.merrita miał taki podobny do lovecrafta styl z tym że mam wrażenie bez nadużywania słów plugawy i straszny 😉

    1. No mnie akurat styl Lovecrafta męczy, raczej właśnie chodzi o klimat. Ale jak mi twórczość Merritta wpadnie kiedyś w ręce, nie omieszkam sprawdzić :-).

  12. Dawno nie sięgałem po Lovecrafta, choć był czas, że miałem go w rękach często i porównywałem z naszym Grabińskim (IMO miejscami lepszy). Za to od jakichś 4 dni zbieram się do rozpoczęcia samotnej kampanii przeciw Azathothowi w "Znaku Starszych Bogów". Elementy rozłożone na stoliku, tylko ciągle czasu nie ma i zmęczenie nie daje. Może dziś? 😀
    Swoją drogą uniwersum HPLa jest bardzo często eksploatowane w popkulturze 😛

    1. Przyznaję, ja Grabińskiego bardzo, bardzo lubię (jasne, ma słabsze opowiadania i tak, nie sięgałam jeszcze po powieści — takiego "Klasztoru i morza" nigdzie nie mogę znaleźć), ale nie porównywałabym go z Lovecraftem, z którym się raczej oswajam powoli ;-). Ale ciekawa jestem, co masz na myśli przez porównywanie?

      A ja jeszcze nie miałam okazji grać w nic inspirowanego HPL-em (chociaż dużo dobrego słyszałam na przykład o karciance "Cthulu", ja się nie umiem długo opierać grom z negatywną interakcją, jak wiadomo ;-)). Trzymam kciuki za "Znak Starszych Bogów" (powiedz potem, czy warto inwestować!).

    2. A bo ja wiem, co miałem na myśli porównując, jak to było dobre dwie dekady temu? 😛 Pewnie, który lepiej straszy. Albo po prostu lepiej pisze 🙂
      HPLa można spotkać coraz częściej, nawet w strefie dziecięcej – http://wydawnictwo-tadam.com.pl/jak-wytresowac-cthulhu/ 😀 A ze Znakiem…, to nie wiem, bo jestem dziś umówiony ze Starszym na drugi scenariusz Unlock (tym razem gramy bez podpowiedzi), a poza tym Młodszy gra dziś turniej w gałę. Sama widzisz jak to z tym czasem jest 🙁

    3. To jednak Grabiński podnosi tu poprzeczkę bardzo wysoko :-P. Co do gier: no właśnie, ja mam wrażenie, że jeszcze jeśli gra ma dużo elementów, czas rozpoczęcia grania w nią staje się coraz dłuższy i dłuższy ;-). Chyba że ekipa jest na tyle rozegrana/zdeterminowana, że i to nie przeszkadza (my tak ostatnio ciągle gramy w "Martwą Zimę" — nie Lovecraft co prawda, ale przynajmniej zombie ;-)).

  13. "to samo jest w Szepczących w ciemnościach"
    Szepczący jest jeden. Wystarczy sięgnąć po tytuł oryginału: "The Whisperer in Darkness". Singularis.
    Pozdrawiam, 😉

    1. A widzisz, najciemniej pod latarnią! 😀 Oczywiście, że najprościej zobaczyć, czy jest "s", czy go nie ma, podczas gdy oddałam się rozmyślaniom, czy chodzi tylko o głównego atakowanego protagonistę, czy o cały potworny gatunek z gór ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.