Zgubne skutki studiowania filozofii (naturalnej) albo o „Frankensteinie” M. Shelley

No więc, przyznaję bez bicia: Wiktor Frankenstein awansował do czołówki mojego prywatnego rankingu najbardziej denerwujących bohaterów romantycznych wszech czasów.

O czym jest
„Frankenstein” – historia potwora stworzonego z ludzkich zwłok
i jego twórcy – nie będę Wam pisać, bo to wszyscy mniej więcej
wiedzą. Zamiast tego chciałabym się na naszym piknikowym spotkaniu
skupić na trzech kwestiach: samym Frankensteinie, relacji
stworzyciela ze stworzonym i kwestii urody. To co, zaczynamy?
Nic
na to nie poradzę: im bardziej Shelley skupiała się na
cierpieniach Wiktora – narracja jest pierwszoosobowa, więc głównie
słuchamy jojczenia Frankensteina pod tytułem „o, ja taki
szlachetny, żywot mój zmarnowan przez nieopatrzne stworzenie
potwora” – tym bardziej miałam ochotę potrząsnąć bohaterem.
Widzicie, co bowiem robi Wiktor, kiedy potwór budzi się do życia?
Idzie spać. Potem wychodzi z domu. Zachowuje się jak duże,
rozkapryszone dziecko, któremu wszystko do tej pory się udawało, a
teraz nagle coś mu nie wyszło, więc zamyka
oczy, licząc, że to „coś” zniknie albo ktoś za niego rozwiąże
problem. Potem oczywiście biega i odgraża się, czegóż też on
nie zrobi potworowi, ale bez przesady, Wiktorze, wszyscy widzieliśmy,
że głównie chodzisz spać albo się odgrażasz. Przy czym autorka
w kółko wkłada wszystkim usta zapewnienia o szlachetności
Wiktora, jego mądrości i wielkich predyspozycjach. W zestawieniu z
zachowaniem Wiktora zapewnienia te wypadają głównie denerwująco.
Dla ochłodzenia emocji fotografie lisów polarnych. A poza tym powieść zaczyna się i kończy wśród lodów, także czuję się usprawiedliwiona.
Kiedy
dochodzi do pierwszej konfrontacji Wiktora z potworem, to ten drugi
okazuje się być sensowniejszy. Zgadnijcie bowiem, co robi wówczas
Wiktor? Jojczy. Tymczasem potwór stara się wyłożyć swoje racje
(powikłane), przez co przez resztę powieści Wiktor będzie
wszystkich ostrzegał, że potwór
umie dobrze mówić i żeby się nie dali przekonać. No po prostu
touché,
Wiktorze.
Nie mogłam przez cały czas oprzeć się wrażeniu, że nasz
tytułowy bohater jest straszliwym bubkiem – i oczywiście,
rozumiem romantyczną konwencję, potrzebę rozdzierania przez niego
szat i zachwyt otoczenia, a jednak zgrzytałam zębami przez całą,
przeciągającą się z tych wszystkich powodów, lekturę
„Frankensteina”.
Sama
relacja Wiktora z potworem przypomina mi za to nieco to, co można
zaobserować na linii Jekyll-Hyde u Stevensona. W jaki sposób?
Oczywiście i Frankenstein, i Jekyll są naukowcami, którzy
sprowadzają na siebie nieszczęście. Ale czy to jest nieszczęście
nieintencjonalne? Rozmawialiśmy o tym przy okazji Nabokoviady
– dla Jekylla Hyde jest dobrą wymówką, by czynić zło i oddawać
się wszystkiemu, co nie wypadało dżentelmenowi z „pewnej sfery”.
Myślę, że można „Frankensteina” odczytywać w podobnym
kluczu: potwór jest odbiciem wszystkiego, co w jego stwórcy
paskudne, widać to na pierwszy rzut oka z powodu jego nienaturalnej
brzydoty, powoli więc ginie w nim to, co dobre, kiedy po raz kolejny
i kolejny jest odtrącany przez ludzkość. A
przecież w Wiktorze drzemią takie instynkty zła: wtedy jaśniejsze
stają się jego narzekania na to, że jak to się stało, że on
taki szlachetny, a jednak coś go popchnęło do stworzenia potwora.
Potwór jest Wiktorowi potrzebny, może nawet bardziej niż Wiktor
potworowi. Choć, oczywiście, jest to relacja zwrotna.
Natomiast
to, co jeszcze zwróciło moją uwagę w trakcie lektury, to fakt, że
choć wychodzi z dobrych przesłanek, potwór jest odtrącany,
ponieważ jest brzydki. Wszystkie pozytywne postaci – rodzina
Frankensteinów i jej przyjaciele – są natomiast piękni, mają
wymowne oczy, ładne włosy i tak dalej. Ba, Wiktor dziwi się, że
jest źle traktowany (czy raczej: obojętnie) w więzieniu, do
którego w pewnym momencie trafia – a przecież taki z niego
szlachetny gość (nadużywam tego przymiotnika, ale też i często
się on w powieści pojawia). Tu
po raz kolejny zgrzytam zębami. Bo chociaż w powieści motyw
„brzydala o dobrym sercu” pojawia się i przewodzi przez jakiś
czas linii fabularnej potwora, to w kontraście z tą całą
szlachetnością Frankensteinów (której nie widzimy, rodzina wszak
jest zupełnie zamknięta w swoim własnym kręgu) zaczyna
zastanawiać.
I
na
koniec jeszcze słówko o wydaniu – bo jakkolwiek zżymałam się
na Wiktora,
to czytanie było przyjemne wizualnie. Nie dość, że powieść
uzupełniają świetne, ekspresjonistyczne a la drzeworyty Lynda
Warda, to do powieści dołączona jest cała masa dóbr w aneksie:
inne utwory, które powstały podczas legendarnej szwajcarskiej nocy
z duchami, ciekawe posłowie od tłumacza, Macieja Płazy, przez co
można zanurzyć się w całym kontekście literackim, z którego
wyłonił się „Frankenstein”. Także jeśli czytać – polecam
z czystym sumieniem to wydanie (i dziękuję wydawnictwu Vesper, że
mi je podesłało, a wiedzcie, że nie było to łatwe, bo poczta
namiętnie gubiła tę paczkę).
Koniecznie zobaczcie, co napisała Tarnina
i zapraszamy do dyskusji. Czy tylko mnie Wiktor tak doprowadzał do
białej gorączki? A może generalnie uważacie, że co tam Wiktor,
potwór jest ciekawszą postacią i nie ma się co roztkliwiać?

43 Replies to “Zgubne skutki studiowania filozofii (naturalnej) albo o „Frankensteinie” M. Shelley”

  1. O zdecydowanie potwór jest postacią, która wzbudza więcej sympatii. A właściwie: potwór wzbudza sympatię, a Wiktor nie. Zresztą w ogóle bohaterowie są tu słabo rozwinięci, co jest zresztą przypadłością literatury typu "przypowieść": jeśli losy bohaterów mają obrazować pewne idee, to nie troszczymy się zbytnio o ich osobowość, wyposażając ich jedynie w z góry zadeklarowane przymioty, typu szlachetność, dobroć, czy na drugim biegunie nikczemność itd. Jeśli chodzi o bohaterów, to "Frankenstein" nie porywa.

    Wracając do tej zadeklarowanej "szlachetności" Wiktora Frankensteina, zadeklarowanej nie tylko przez niego samego, ale też przez Waltona, który tak o nim pisze, czy sądzisz, że takie jest też zdanie autorki? W końcowym fragmencie powieści Wiktor jeszcze raz mówi, że nie znajduje w sobie winy i to stwierdzenie zapada przez nikogo nie kwestionowane. A jednak z całej powieści wynoszę inne wrażenie: Wiktor jest winny. Nie tego, że rzucił wyzwanie Naturze, ale przede wszystkim tego, że nie przyjął odpowiedzialności za to, co stworzył.

    1. Widzę, że wybrałyśmy podobną ścieżkę czytelniczą: miast mierzyć się z nawałem dziejów, skupić się na odczuciach z lektury tu i teraz :-). Choć przyznam, że posłowie Macieja Płazy podsuwa sporo ciekawych ścieżek interpretacyjnych: moja ulubiona to chyba ta o powstawaniu potworów i doświadczeniu macierzyństwa.

      No tak, bohaterowie faktycznie szwankują i bardziej mają cechy na papierze niż rzeczywiście się nimi jakoś w świecie przedstawionym wykazują. Zresztą potwór i tu ma pecha, bo choć może opowiadać, co czuje i jak go się niesprawiedliwie traktuje i tak wszyscy będą mówić o nim per "nikczemny".

      Mnie się wydaje, że — przynajmniej w tej wersji — autorka staje po stronie Wiktora. Przynajmniej intencjonalnie. W kółko wszyscy go bowiem oczyszczają z winy (bo jest "szlachetny"), sam Wiktor też, bo uważa, że słusznie postąpił — bo teoretycznie istniała groźba, że potworka by mogła wykazywać ze skłonności. No, ale nie wydają mi się te argumenty jakoś bardzo przekonujące. A Ty jak uważasz?

    2. Sądzę, że jednak nie. To, że Wiktor nie znajduje w sobie winy, że inni bohaterowie, zresztą w relacji samego Wiktora przecież, wciąż się nad nim użalają, i że Walton – który sam jest bardziej przyziemną i mniej fantastyczną wersją Wiktora – jest nim zafascynowany i z pewnością bardziej skłonny do współczucia niż potępienia nie oznacza jeszcze, że taki jest również stosunek samej autorki do Frankensteina. W powieści jest wyraźny rozdźwięk pomiędzy tymi deklaracjami bohaterów co do "szlachetności" Frankensteina i "nikczemności" jego stwora a wydarzeniami fabuły. Nie wydaje mi się, żeby było to niezamierzone. Wiktor w swojej opowieści stara się usprawiedliwić, ale mu się to nie udaje. Jego postępowania nie da się obronić. Odrzucił swoje "dziecko" bez powodu, a właściwie, jak zauważyłaś, wyłącznie z powodu jego brzydoty (która przecież była spowodowana przez samego Wiktora). Następnie do końca powieści nie robi nic innego, jak tylko ucieka (w końcowej fazie goni, ale ta pogoń też jest swego rodzaju ucieczką). To nie jest bohater pozytywny. Jeśli mam wybrać, w czyją – Wiktora czy stwora – relację wierzę, stawiam na stwora. Ponadto to potwór daje prawdziwe dowody szlachetności, przez wiele miesięcy pomaga rodzinie De Lacey. W zasadzie z dobroci serca. Czy Wiktor zdobył się na choć jeden podobnie altruistyczny akt? Właściwie Wiktor przedstawiony jest jako straszliwy egoista, nie sądzisz?

    3. Hm, ale czy to jest zamierzone, czy tak wyszło? Bo nie jestem pewna, wyglądało to raczej tak, jakby w pewnym momencie autorka straciła do potwora serce i kiedy zaczął mordować, stał się "nikczemny". Co do brzydoty: no właśnie nie do końca to była wina Wiktora, przecież mówi on, że wybrał piękne rysy twarzy i w ogóle, tylko po ożywieniu okazało się, że oczy paskudne, rysy twarzy się rozjeżdżają i tak dalej.

      Przy czym, co do wiary w słowa Wiktora lub potwora: to bardzo mi się podobało, że nie wiadomo, komu wierzyć. Bo przecież my tak naprawdę dostajemy te historie opowiedziane przez bohaterów, a nie widzimy, jak się dzieją: więc co się naprawdę działo, jak przebiegały dane wydarzenia — tu musimy wierzyć na słowo danemu bohaterowi ;-).

    4. Ja myślę, że możemy wierzyć obu (do pewnego stopnia). Ich opowieści nie wykluczają się wzajemnie, tylko uzupełniają. Myślę, że żaden z narratorów nie wprowadza umyślnie w błąd i jeśli chodzi o przebieg wydarzeń, to wydaje mi się, że możemy przyjąć, że jest zgodny z tym, co zostało przedstawione. Pozostaje jednak kwestia, czy motywacje Wiktora i potwora były takie, jak oni je przestawiają. Być może stwór jest rzeczywiście sprytnym i do szpiku kości złym manipulatorem, być może wcale nie pomaga rodzinie zza ściany bezinteresownie, a jedynie w celu zdobycia ich zaufania, które w przyszłości będzie mógł "nikczemnie" wykorzystać? Muszę jednak przyznać, że to stwór sensowniej przestawia swoje pobudki.

    5. Do mnie potwór też przemówił bardziej — ale pod wpływem naszej rozmowy tutaj zaczęłam się zastanawiać, czy to tylko histeria Wiktora ("on jest nikczemny i podstępny, ten potwór!"), czy może jednak autorka pokazuje nam tutaj, że pod obiema historiami w istocie czai się coś więcej? U Wiktora obstawiałabym wyrzuty sumienia: od niespełnienia naukowego począwszy, na rodzinnym skończywszy (to jego życzenie, by duchy bliskich go ochraniały). U potwora — nie wiem, próba zdobycia akceptacji?

  2. Dla mnie do tej pory trwa walka: Wiktor czy Werter? Nie wiem, który gorszy. Nienawidzę tych romantycznych bzdur. Kiedy bohater cierpi, to mnie przechodzą dreszcze odrazy zamiast współczucia 😉 Ale właściwie to cieszę się, że przez tę książkę przebrnęłam i mam pełny ogląd sytuacji. Wiem już, że nigdy więcej nie sięgnę po nic, co zrodziło się w epoce romantyzmu.

    1. No dobrze, ale to, czy nam się Wiktor podoba, czy nie i sposób opisywania jego przeżyć (czytaj: styl epoki) to są jednak kwestie całkowicie drugorzędne.

    2. Mam podobny dylemat, jeśli chodzi o wybór postaci ;-). Natomiast nie zgodzę się, że styl epoki zawsze powoduje zgrzytanie zębami: owszem, taki Vilem z "Maja" cierpi, ale sensownie (no, może strażnik więzienny uciekający z rozpaczy, jak też Vilem cierpi to przesada, ale pozostawmy to na marginesie ;-)). Konrad z "Dziadów" ma w sobie coś mistycznego i nie denerwuje. Jeszcze mogłabym wymieniać :-). Natomiast cóż, niby we "Frankesteinie" to potwór, a nie Wiktor, czyta Goethego, ale mimo wszystko… 😉

    3. Dlaczego kwestie drugorzędne? Przecież dzieło jest dziełem kiedy mamy jego cały obraz, a nie kiedy wybierzemy sobie to co nam akurat pasuje. W tym przypadku kwestia tego, że jest to romantyzm ma ogromne znaczenie. Ta sama historia napisana w innych czasach mogłaby mieć kompletnie inny wydźwięk i może wtedy nie miałabym ochoty pomoc Wiktorowi w samobójstwie 😉

    4. PS Mnie tam Konrad też denerwuje, tak że myślę, że tu akurat kwestia człowieka i osobistych uczuć każdego. Jasne, dobrze jest tego typu dzieła znać i orientować się co tam w trawie piszczy, ale to nie znaczy, że każdy musi się tym zachwycić 😉

    5. To, że parę stuleci temu ludzie inaczej wyrażali swoje myśli niż obecnie, nie oznacza, że te myśli były nic niewarte. Dlatego uważam to za kwestie drugorzędne. Mnie też "Frankenstein" jako czytadło nie zachwyca, z całą pewnością wolę Stephena Kinga 🙂

    6. A ja nawet nie mówię, że ma zachwycać, raczej że romantyzm jest dość różnorodny, jakby tak pogrzebać głębiej znalazłoby się kilku nie denerwujących bohaterów :-).

    7. Dla mnie to nie do końca sposób wyrażania myśli, tylko kwestia myślenia samego w sobie. Trochę w myśl zasady "Cierpię, więc jestem". Mi taki sposób spojrzenia na świat nie odpowiada, niezależnie od tego czy to romantyzm czy właściwie już zapomniane Emo 😉 Zwróć uwagę, że nigdzie nie napisałam, że to jest nic niewarte. To zwykła subiektywna opinia – ja tego nie znoszę, ale tak jak mówię, żeby czegoś nie znosić dobrze się z tym najpierw zapoznać – mam to już za sobą i na całe szczęście starczy mi tego poznawania! 😉 Haha A co do nie denerwujących bohaterów – na pewno tacy są, ale niech sobie siedzą i nie denerwują mnie z daleka 😉

    8. A ja nie twierdzę, że Wiktor Frankenstein nie jest denerwującą postacią (bo jest, co zostało już tu dowiedzione 🙂 tylko że nie należy się zatrzymywać w odbiorze całej powieści na tej akurat kwestii.

  3. Ha! Ja głosuję za Werterem. Głównie ze względu na to, że w jego "Cierpieniach" poza jojczeniem nic innego nie ma. We "Frankensteinie" jest przynajmniej jeszcze potwór. 😉

    Ciekawe jest pytanie czy autorka usprawiedliwia Wiktora czy nie… mhm… ponad rok od lektury ciężko mi sobie przypomnieć szczegóły, ale wciąż pamiętam swoje wrażenie, że to on był de facto gorszym monstrum. Oczywiście, taki odbiór postaci może wynikać z moich ososbistych preferencji i wbrew intencjom autorki. 😉

    1. Nie no, jest romans przecież, jest Lotta, są pistolety Alberta ;-). Ale fakt, głównie Werter jojczy :-).

      No właśnie cały czas się zastanawiam, jaka mogła być intencja autorki: ale jaka by nie była, liczba możliwych ścieżek do odczytania zachowania Wiktora jest spora :-).

    2. Z tego, co Maciej płaza pisze w posłowiu na temat zmian wprowadzonych w tekście przez autorkę, w późniejszej wersji Wiktor jest bardziej "igraszką losu" niż jednostką o swoim losie decydującą. Jednak w tej pierwotnej wersji widać wyraźnie, że Wiktor ma wybór. Niestety najczęściej wybiera opcję: "nic nie robić, czekać aż sytuacja sama się rozwiąże". Prawdopodobnie stosunek autorki do tej postaci ewoluował, ale mam wrażenie, że w tej wersji ona jednak nie okazuje mu szczególnej sympatii.

    3. Z ciekawości sprawdziłam, jaką wersję czytałam: otóż poprawioną, z roku 1831 r. I pewnie trochę sobie tutaj dopowiadam, ale może w pewnym sensie to tłumaczy, że Wiktor jako postać był dla mnie trochę z boku (skoro był igraszką losu to jego jojczenie jest jakoś bardziej usprawiedliwione).

      Dodam, że czytałam w oryginale i byłam zachwycona językiem, który po 200 latach wciąż mi się podobał i był zrozumiały.

      A co powiecie na wątki autobiograficzne w tej powieści? 🙂

    4. Jeśli będziemy szukać źródeł powieści w osobistych przeżyciach autorki, to ciekawe, że prawie wszystkie pokazane rodziny są pozbawione matki (tak jak Mary Shelley): umiera pani Frankenstein, matki nie ma w rodzinie De Lacey, nieszczęsna Safi, córka zdradliwego Turka, również wychowuje się bez matki (zastanawiam się, czy Henryk Clerval miał żyjącą matkę?) – i we wszystkich tych przypadkach brak postaci matki jest dla rodziny głęboko odczuwalny. W tym ujęciu głównym tematem jest rodzicielstwo, a właściwie macierzyństwo, jeśli przyjmiemy, że Shelley użyła zawoalowanej formy, żeby opisać te swoje doświadczenia (w wieku osiemnastu lat miała już za sobą dwie ciąże), o których nie mogła pisać wprost. Teraz przyszło mi do głowy, że w takiej interpretacji dziwna reakcja Wiktora po ożywieniu stwora jest jednak zrozumiała, jeśli w jego miejsce wstawimy kobietę w depresji poporodowej.

    5. A czy w wersji poprawionej nadal pozostała scena, gdy po stworzeniu potwora Wiktor idzie spać licząc, że potwór sam się sobą zajmie? Podoba mi się Twój, Tarnino, pomysł na interpretację tej sceny, wówczas nie jest ona tak dojmująco dziwaczna.

      Co do wątków autobiograficznych, bardzo mi się podobały tropy podsunięte przez Macieja Płazę w posłowiu — to, o czym pisze Tarnina, czyli nagminny brak matek w tej historii (a który — tak sobie myślę — "rekompensuje" Wiktor tworząc potwora).

  4. Zacznę od tego, że powieść bardzo mi się podobała i cieszę się, że ją wreszcie poznałam, odcinając się od ekranizacji. Wiktor był dla mnie postacią negatywną, na wskroś nieodpowiedzialną i po prostu złą. Jak opisałaś jego działania to faktycznie pomyślałam, że był denerwujący, ale w trakcie lektury tego nie odczuwałam. Bardziej skupiłam się na tym, że działania Wiktora przynosiły ogromny ból jego bliskim i nie żałowałam bohatera, bo zasłużył sobie na taki los. Potwór jest dla mnie równie ciekawą postacią i masz rację, że skupienie na wyglądzie było dość widoczne, ale znów, odebrałam to po prostu jako pokazanie strachu przed innością.

    1. Tak, ja też muszę powiedzieć, że po ekranizacjach miałam zdecydowanie inne zdanie o samej historii i ten powrót do jej korzeni dobrze mi zrobił :-). Co do Wiktora: oczywiście masz rację, jego działania najgorzej wpływają na jego rodzinę (inna sprawa, że ta rodzina też jest dość specyficzna — Maciej Płaza dobrze to ujął w posłowiu: zamknięte, hermetyczne środowisko, nawet żona Wiktora musi być już "z rodziny"). Przy czym wielu z tych sytuacji dałoby się pewnie uniknąć, gdyby Wiktor nie działał wedle dobrze znanego schematu "mam mroczną tajemnicę, której skutków udałoby się uniknąć, gdybym komukolwiek o tym powiedział".

    2. Tak, jego rodzina jest delikatnie mówiąc osobliwa, ja nazwałabym ją nawet toksyczną ze względu na to jaką rolę odgrywała jedyna kobieta w tym "stadzie". A to prawda, zgadzam się, ten schemat jest bardzo widoczny.

    3. A ja muszę powiedzieć, że nie dostrzegłam niczego szczególnie niepokojącego w rodzinie Frankensteinów, żadnego śladu opresyjności. To znaczy wszystko mieści się w granicach norm epoki. Choć autorka wskazuje, że te normy nie są sprawiedliwe – widać to, gdy Elżbieta boleje nad tym, że tylko Wiktor ma możliwość rozwijać się i podróżować. Ona – jako kobieta – ma siedzieć w domu i czekać.

    4. No właśnie dla mnie niepokojące było ciągłe powtarzanie, jak szczęśliwa była to rodzina, jak jej było ze sobą dobrze i jak się wszyscy w niej spełniali — a potem okazuje się, że może Elżbieta wcale nie jest taka zadowolona, jak by się mogło wydawać. Zresztą to "przeznaczenie do małżeństwa" małych, blisko ze sobą spokrewnionych dzieci, dzisiaj już w ogóle stopniuje grozę nie do końca w stronę "historii o potworze", ale raczej właśnie tego, co w klasycznej grozie mnie zawsze uderza: losu kobiet.

  5. Mi "Frankenstein", jako powieść, bardzo się podobał – to jest tak pięknie napisane, że niektóre fragmenty, stricte opisowe, aż sobie popodkreślałam i powypisywałam. Z tym, że Wiktor Frankenstein jest nieodpowiedzialny i trudno go uznać za postać pozytywną, trudno polemizować; też zdecydowanie większą sympatią darzyłam jego "potwora" i w sumie trochę nawet trzymałam za niego kciuki ;). Na to, że wszyscy "dobrzy" są tam tak piękni, nie zwróciłam jakoś uwagi, za to uderzyło mnie to, że ta ich dobroć jest w zasadzie tylko deklaratywna – no, bo jaki prawdziwie dobry człowiek na widok brzydkiego stwora, który nic złego mu nie robi, będzie usiłował go zabić? Tylko dlatego, że jest brzydki, a jak brzydki, to musi być zły? Po Wiktorze i jego otoczeniu niczego lepszego się nie spodziewałam, ale ta rodzina, którą "potwór" podglądał, bardzo mnie rozczarowała. Wielka mi dobroć, być miłym dla najbliższych krewnych…

    Ale nie wiem, czy zgodzę się z Twoją interpretacją tego, jak swoich bohaterów traktowała sama autorka. Drugi typ cytatów, które sobie powypisywałam, to wszystkie te teksty, którymi określają swoją sytuację "potwór", Frankenstein, a miejscami nawet narrator (ten żeglarz/odkrywca); i one są do siebie miejscami tak podobne, że jeśli wytnie się imię tego, kto daną kwestię wypowiada, ciężko domyślić się jej autora. Czytałam toto parę miesięcy temu, jakoś na początku roku, i poważnie, jak dziś patrzę na te cytaty, to przy niektórych naprawdę nie wiem, który to powiedział ;). I wydaje mi się, że to podobieństwo jest zamierzone, co traktowałabym jako dowód na to, że autorka wcale nie stała "po stronie" Frankensteina – że bardziej chodziło jej o zastanowienie czytelnika, zmuszenie go do przemyślenia utartych poglądów etc. Nawet to "jojczenie" Wiktora wydawało mi się prześmiewcze, bo przecież wszyscy widzimy (i autorka też musiała to chyba widzieć?), że Wiktor, za przeproszeniem, dał dupy uciekając przed swoim "dzieckiem", więc to jego użalanie się nad sobą i swoim straszliwym losem jest dość żałosne.

    1. To prawda, rodzina De Lacey jest rozczarowująca w swoim finalnym zachowaniu, ale to trochę analogia do rodziny Frankensteinów: znowu, żyjąca razem, w odosobnieniu, ale przynajmniej narzeczona Felixa nie jest ich krewną. Ale wydaje mi się, że przerażenie wynikało nie tylko z tego, jak potwór wyglądał — w końcu kiedy zbliżył się dostatecznie do nestora rodu, ten, choć niewidomy, przeraził się (choć może nadinterpretuję: mógł się wystraszyć słów potwora po prostu).

      Nie wiem, naprawdę trudno mi się zdecydować, co autorka myślała o swoim tytułowym bohaterze. Z jednej strony takie sceny jak ta w więzieniu, gdzie Wiktor się użala, że nikt nie jest dla niego miły, wyglądają jakby obserwowała go z ironicznym uśmiechem — inne z kolei (pod tytułem "Wiktor dzielnie nie tworzy drugiego potwora, bo uważa, że tak ocali ludzkość") wyglądają zupełnie serio.

    2. Ha, ale jeśli uznamy interpretacje "Frankensteina" jako powieści o "strachu przed kobiecą seksualnością" za zasadne, to przecież odmówienie stworzenia potworowi towarzyszki wcale nie przedstawia się w pozytywnym świetle.

    3. Mnie akurat ta interpretacja w ogóle nie przekonuje (zresztą, mnie chyba żadna interpretacja "Frankensteina" nie przekonuje – wszystkie wydają mi się na siłę dorabiać głębokie znaczenie do w sumie prostej historii). I chyba też inaczej niż Wy patrzę na tę odmowę stworzenia potworzycy przez Frankensteina: widzę w tym w sumie jedyny moment, w którym Wiktor zaczyna myśleć i zachowuje się odpowiedzialnie. Nie na tyle, żeby poczuć się do odpowiedzialności za przeszłe czyny, bez przesady, ale za przyszłe już tak. Może dlatego nie przeszkadza mi to "Wiktor dzielnie nie tworzy drugiego potwora, bo uważa, że tak ocali ludzkość" – bo też myślę, że… No, może nie że ocala ludzkość, ale że dzięki tej decyzji nie doprowadza do potencjalnie niebezpiecznej sytuacji. Więc akurat to, że autorka w tym momencie traktuje go serio, pokrywa się z moim odbiorem sytuacji :).

    4. Tylko że Wiktor argument o złym charakterze potworzycy kuje na bieżąco, nie ma żadnych dowodów — wie, że potwór był z zasady dobry, zepsuło go odrzucenie i zgorzknienie. Raczej sam usprawiedliwia się, że może stałoby się tak a tak, gdyby ją stworzył, więc tego nie zrobi — a potem przedstawia to niemal jak czyn heroiczny, podczas gdy idzie mu głównie o obrzydzenie, jakie czuje przy tej paskudnej pracy.

  6. Oglądałaś może "Penny Dreadful" aka "Dom grozy"? Polecam. Tam dupkowatość Wiktora też jest ładnie pokazana. Na dodatek spotyka on kogo? A jakże, dr Jekylla 🙂 No i jest świetny wątek "tworów" Frankensteina 😀

    1. Nie widziałam (trochę się boję — co innego horror literacki, co innego na ekranie ;-)). Ale chyba jest na Netflixie, nie wykluczam, może się skuszę :-).

    2. To zasadniczo nie jest horror i nastawiałbym się raczej na obrzydliwości (sceny gore), niż prawdziwy strach. Ale moim zdaniem warto, choćby dla świetnych postaci pani i pana Frankenstein (nie Wiktora, który wkurza, jak śmiem sądzić po Twoim wpisie, na równi z książkowym). Szczególnie tego drugiego 🙂

    3. No właśnie, obrzydliwości to moja pięta achillesowa, bo sam strach jak strach, w kontrolowanych warunkach da się przeżyć. Natomiast sceny gore to to, co mnie faktycznie od ekranowych (i nie tylko) horrorów często odstręcza.

    4. Sam nie bardzo lubię, bo po pewnej przygodzie z dzieciństwa źle znoszę widok krwi. O dziwo, zasadniczo cudzej 😛 I choć serial porzuciłem gdzieś w połowie 2 sezonu, to przecież oprócz wad widzę też jego zalety. I śmiem twierdzić, że wyszłaby Ci po jego obejrzeniu doskonała analiza porównawcza z literackim pierwowzorem 😀 Może warto się przemóc? 🙂

    5. Kusisz! 🙂 Będę to miała na uwadze, kiedy znów w domostwie rozlegnie się głos "chyba nie mamy już co oglądać, prawda?" ;-).

    6. Wiem, ze takie wodzenie na pokuszenie, to rzecz niewybaczalna, bo seriale potrafią wciągnąć i długie noce nie puszczać (to wtedy mam czas na), ale co mi tam. Jeden grzeszek w tę czy w tę 😛 Sam ostatnio skończyłem drugi sezon "Mr. Robot" i ciągle pozostaję we wkurzu. Bo z jednej strony denerwuje mnie droga, którą kroczy fabuła, ale z drugiej chciałbym się dowiedzieć co dalej. A tu trzeba dłuuugo czekać. ech! 🙁

    7. Wtedy dobrze być takim typem jak ja: najpierw ze dwa dni cierpię, że trzeba czekać, a potem zapominam i budzę się tuż przed premierą z radosnym "o, to już" ;-).

    8. Mój sposób 😀 Niestety działa tylko wtedy kiedy czekam na coś sam. Jak z dziećmi, to nie ma najmniejszych szans, żeby się sprawdził 😛

    9. Bo to chyba tak jest w ogóle, jak się czeka z ludźmi, którzy nie należą do tego typu, niezależnie od wieku ;-).

    10. 😀 Całe szczęście obydwoje z Kitkiem jesteśmy właśnie tym typem i dlatego z radością powitaliśmy ostatnio fakt, że pojawił się nowy sezon "oranżady", jak nazywamy serial o pewnym więzieniu. Swoją drogą, też polecam 🙂

    11. Kolejny serial, który kiedyś napoczęłam, ale tak jakoś — bez wyraźnego powodu — nie skończyłam :-). Trzeba będzie wrócić! 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.