Ni tak, ni siak albo o „Gangu panny Teodory” N. Rolleczek

To jest bardzo
dziwna powieść: trochę w niej jeszcze słychać echa poczynań
Judyty Jelonek, a trochę miało być – zdaje się – poważniej.
Jak wyszło? Powiedziałabym: specyficznie.

O czym to jest?
Danuta Pętlikówna, córka
przeżywającego kryzys małżeństwa fryzjera Waldemara, po nocach
klejącego torebki damskie i Adeli, na co dzień pracującej w
gazowni, po godzinach szyjącej sukienki, żeby uzbierać na
wymarzony telewizor, spędza lato w Krakowie i okropnie się nudzi.
Czternastolatka, na którą uwagę zwraca bodaj tylko przyszywany
wuj, bileter kinowy, postanawia zemścić się na nieznośnej nudzie
i na znajomych, którzy rozjeżdżają się w różne strony świata
na wakacje: zaczyna udawać, że jest członkinią gangu,
wymierzającego „małą sprawiedliwość” tam, gdzie wymiar
sprawiedliwości nie może dotrzeć lub nie jest zbyt szybki. Ta
niewinna początkowo mistyfikacja przeradza się jednak szybko w ciąg
nie zawsze szczęśliwych wydarzeń. Każąca się nazywać Teodorą
gangsterka-teoretyczna
musi zatem spijać ojców rodzin, kraść samochody i prześladowana
przez tajemniczego Mola odpierać
ataki swoich, wierzących w istnienie gangu, zleceniodawców.
W ramach ilustracji: ananasy na plaży.
Jakie to jest? To
już trudniejsze pytanie. Widzicie, Rolleczek po raz kolejny
zdecydowała się na narrację pierwszoosobową. Danuta miała być
postacią zagubioną, a przez to często mylnie postrzegającą
rzeczywistość jako wrogą, oceniającą po pozorach, z głębi
swojego dość nieszczęśliwego życia domowego wyrażającą opinie
nieprzystające czternastolatce. Tylko że wyszło dość dziwnie.
Czemu? Głównie dlatego, że cały czas „Gang panny Teodory” nie
jest powieścią o trudnej młodzieży, ale powieścią dla młodzieży
utrzymaną w podobnie groteskowym tonie, co przygody Judyty. Humor
zaś – zamiast dawać wytchnienie i utrzymywać równowagę w
budowaniu nastrojów – rozbija te partie, w których już-już
myślimy, że dojdzie do jakiejś sceny komentującej zachowanie
Danusi, pokazującej, co jest nie tak, et
caetera
.
Tymczasem czegoś takiego właściwie się nie doczekamy, nawet ów
prześladujący dziewczynkę Mól okaże się być co prawda kimś,
kto mógłby jej wskazać „właściwą drogę”, ale rozwiązanie
to trąci dydaktycznym zapaszkiem. Rozczarowujący
jest też wątek miłosny, wprowadzony jak rażenie gromem na sam
koniec i teoretycznie rozwiązujący większość problemów
bohaterki, bo chłopiec jest staroświecki i dobrze ułożony (sic).
Kilka
słów o bohaterach.
A
na początku – o bohaterce. Ponieważ książka ta, jak już
zaznaczyłam, stoi w rozkroku między poważną a zabawną i do końca
trudno stwierdzić, z czym mamy do czynienia, kilka wątków wypada
dość dziwnie. Niedawno skarżyłam się, że Judyta dostaje ciągle
propozycje małżeństwa, a jest dopiero przed maturą. Co jednak
powiedzieć o czternastolatkach (!) umawiających się z niemal
trzydziestolatkami na randki (jest co prawda jedno zdanie każące
się zastanowić, czy owi trzydziestolatkowie traktują tę „randkę”
jako „randkę”, dodam gwoli ścisłości)? Co o jednej z
bohaterek, Romie, również lat czternaście, podrywającej facetów
w wieku jej ojca? Co wreszcie o samej Danucie, namiętnie stosującej
wybieg „na Lolitę” przez
całą właściwie powieść? Na początku sama nie bardzo
wiedziałam, czy to ma pokazać, że mamy do czynienia z bohaterką,
która ma problem z rozróżnianiem, co jest dobre, a co złe, bo
nikt nie miał czasu jej tego nauczyć. A fragmenty są faktycznie
konfundujące:
[Konduktor] Stoi tuż
przy mnie. Podnoszę głowę, spoglądam mu prosto w oczy, uśmiecham
się, mrużę powieki i spuszczam wzrok. Z tramwaju – biegiem do
szatni. Po drodze rozcieram siniak na ramieniu. Konduktor uszczypnął
mnie po kryjomu. Głupi dureń myśli, że to nie boli. Ale za to
obeszło się bez biletu.
Posłałam mu słodki
uśmiech i pokręciłam biodrami w jedną i drugą stronę. […]
Pewnie pomyślał sobie, że jestem taka Lolita. To żadna sztuka być
Lolitą.
Puścić oczko,
pokręcić biodrami. Facet roześmieje się, klepnie albo uszczypnie.
I po przygodzie.
Gdybym miała
wskazać bohatera literackiego najbardziej zbliżonego do Danki,
pokazałabym na Ropucha z „O czym szumią wierzby”. Nie tylko
przez wzgląd na bardzo podobne wrażenia, jakie oboje odnosili w
trakcie jazdy autem (te opisy są serio jakoś zbliżone do siebie).
Ale także dlatego, że jedno i drugie krzywdzi innych, bo nie zdaje
sobie sprawy z tego, co tak właściwie robi. Nie zmienia to faktu,
że wszystkie te „manewry na Lolitę” właściwie nie zostają w
powieści skomentowane.
Kilka słów o
domu.
Bo to, co najmocniej
wybrzmiewa w „Gangu panny Teodory” (choć, znowu gwoli ścisłości,
to nie jest najlepiej poprowadzony wątek tego typu, jaki czytałam),
to że problemy domowe wpływają na zachowanie dzieci. Danka
teoretycznie ma wszystkie podstawowe potrzeby zaspokojone: nie za
wiele obowiązków domowych (od pewnego momentu), rodzice chcą ją
wysłać na wakacje do Zakopanego, dostaje psa (po dość paskudnej
scenie, w której informuje czytelników, że jej poprzedni psiak
został wywieziony, a nikt jej o tym nie powiedział). To skąd
twierdzenie, że „dom nie jest od dawania przyjemności”?
Sama orientuje się w końcu, że z rodzicami coś jest nie w
porządku, oni sami muszą z tym jednak dojść do ładu –
teoretycznie to kontrapunkt do „wymierzania małej
sprawiedliwości”, bo trzeba zająć się tym, co nam szczególnie
bliskie, ale jak wspominałam wątek ten raz wraca, raz niknie – a
jednym z czynników rozbijających pożycie domowe jest ów wuj
bileter, o którym pisałam na początku. Tu jednak pojawia się
pewien problem – przyszywanego wuja, który odbiera ojcu uczucia
matki mieliśmy już w „Kochanej rodzince…”, wuj z „Gangu…”
przechodzi jednak specyficzną ewolucję: od kogoś, kto widzi, że z
Danką dzieje się źle, do niszczyciela rodziny. Trochę jakby
pomysł na poprowadzenie fabuły zmieniał się autorce w trakcie
pisania.
I słówko o
realiach.
Narzekam i narzekam,
ale czy jest coś, co mi się w „Gangu panny Teodory” podobało?
Tak: opisy wsi. Są napisane naprawdę świetnym językiem i są
bardzo plastyczne. Poza tym dostajemy ciekawy opis uczty po
świniobiciu, jeśli czytaliście Hrabala, warto się skonfrontować,
tłuszcz aż kapie ze stron książki. Natomiast inne sceny
pokazujące realia wczesnych lat sześćdziesiątych (książka
została napisana w 1963 roku) bywają dość – że ponownie z
braku innego lepszego użyję tego słowa – konfundujące. Psa
wystawia się na balkon, kiedy wychodzi się z domu. Czternastolatki
piją kieliszkami wódkę na przyjęciu rodzinnym, a starsi tylko im
dolewają. Sprawa staje się wiarygodniejsza, jeśli wymaga dania
łapówki. Generalnie, obserwacje te często bywają trafne, ale
sposób ich podania wzmaga zdumienie, kiedy w żaden sposób nie
zostają skontrapunktowane.
Nie wiem więc, co
tak do końca myśleć o „Gangu…”. To chyba taka powieść w
pół drogi między dość abstrakcyjną miejscami Judytą a magicznym „Kubą znad Morza Emskiego”.
No cóż, poczytamy, zobaczymy. Sprawdźcie też, co na temat powieści napisał Zacofany w Lekturze!

8 Replies to “Ni tak, ni siak albo o „Gangu panny Teodory” N. Rolleczek”

  1. Okropnie dogłebnie podeszłaś do tej krotochwili, ale mogę tylko przytaknąć. Z jednym się chyba nie zgodzę: "Danuta miała być postacią zagubioną, a przez to często mylnie postrzegającą rzeczywistość jako wrogą, oceniającą po pozorach, z głębi swojego dość nieszczęśliwego życia domowego wyrażającą opinie nieprzystające czternastolatce." Moim zdaniem to za mocne, Danka nie jest nieszczęśliwa i zagubiona, nie wygląda mi na to. Ma po prostu nadmiar nierozładowej energii i jednak jeszcze zielono w głowie. Mogłoby być tak, że jej wyskoki są wołaniem o pomoc i interwencję Mola przyjmie z ulga, ale chyba jednak nie. To raczej postać zabawna niż tragiczna.

    1. No właśnie im dalej czytałam, tym bardziej Danusia wydawała mi się takim wzorem zagubionej nastolatki, która pakuje się w kłopoty, żeby uciec od złej atmosfery w domu (złej relatywnie, bo niby nic takiego się nie dzieje, a jednak — w końcu po to jest cały wątek "mówiła na mnie Darek" i próba odnowienia związku rodziców), która nie do końca wie, co robi, ale jak już w coś zabrnęła, ciągnie to mimo woli (scena z wujem i tramwajem, rozjechanie psa).

    2. Mamy zupełnie odmienny odbiór w takim razie. Dla mnie to była postrzelona dziewczyna, która za bardzo – z dobrego zresztą serca – namotała i sprawy ją przerosły. A że przypadkiem otarła się niemal o kryminał (samochód!), to zwykły w takich przypadkach rezultat. Judyta nawywijała podobnie, ale jej nie sugerowałaś chyba problemów rodzinnych? A przecież tam też atmosfera zdrowa nie była.

    3. Mamy, ale to nawet pasuje do mojej tezy, że to książka w pół drogi: można ją odczytywać tak albo tak (a pewnie jeszcze inaczej). Natomiast nie, nie uważam, że Judyta ma problemy rodzinne takie, jak Danuta, głównie dlatego, że nie umiałabym tego usytuować w tekście: narracja jest inaczej prowadzona, nawet kryzys między rodzicami jest żartobliwy, tutaj natomiast jak najbardziej poważny.

    4. A ja dalej nie uważam, żeby Danka miała kłopoty; mają je jej rodzice, chociaż też bardzo późno autorka zwraca na nie uwagę, wcześniej pokazuje raczej dom dwojga ludzi, którzy są ze sobą od lat, trochę już z przyzwyczajenia, a i wcześniej nie była to wielka miłość (ten kierownik ze spółdzielni, który wmawiał im choćby posiadanie dziecka). Autorka robi woltę, moim zdaniem. A Danka wieje z domu, bo ją ganiają do roboty i raczej nie rozpieszczają, więc się wyrywa na swobodę i spod kontroli. U mnie napisałem, że ta sytuacja rodzinna wyglada raczej na wynik niechlujstwa autorki, która sobie nie do końca na początku przemyślała sprawy.

    5. Też mam wrażenie, że kryzys w rodzinie Danki explicite pojawia się zdecydowanie za późno (ba, miałam wrażenie, że autorka zapomniała o panu Pętliku i żeby z tego jakoś wybrnąć napisała ten cały wątek). Może to nie tyle wolta, co nieudane "a teraz spójrz, czytelniku, czemu to tak wygląda"? Tak bym broniła autorskich zamierzeń, ale obawiam się, że masz tu rację i to jakiś dziwny brak konspektu całości. A to raczej powieść w odcinkach pierwotnie nie była ;-).

    6. A może i była w odcinkach, jakiś Świat Młodych czy Filipinka by to pewnie wziął 🙂
      Głupio tak oskarżać autorkę, w końcu Drewniany różaniec skonstruowany jest bardzo poprawnie i nic się tam nie sypie, ale może to był jakiś twórczy kryzys.

    7. Zgadzam się, że trochę to wygląda na kryzys, może też trochę wynikał z tego, o czym pisałeś, czyli równoczesnych prac nad Judytą i "Gangiem…". Kto wie. Dobrze, że dalej jest lepiej ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.