Dickensem podszyta albo o „Kobiecie w bieli” W. Collinsa

Nie powiem, że nie
czerpałam żadnej przyjemności z tej lektury. Ale albo trafiła u
mnie na zły czas, albo za bardzo przypominała mi rozwiązania,
które znałam już z innych klasyków – nie była ani tak zła, by
ją porzucić, ani tak dobra, by czytać z wypiekami na twarzy. Była
w porządku.

O czym to jest?
Napiszę dla porządku, z czym
mamy do czynienia. „Kobietę w bieli” nazywa się często
pierwszą powieścią kryminalną: jej głównym bohaterem jest
William Hartright (nazwisko nieprzypadkowe, oczywiście, i,
oczywiście, znaczące), malarz, który przypadkowo wplątuje się w
tajemniczą intrygę. Na gościńcu nocą spotyka roztrzęsioną
kobietę w bieli, uskarżającą się na jakiegoś baroneta, który
miał ją skrzywdzić. Pomaga kobiecie dotrzeć do Londynu, po czym
sam obejmuje posadę nauczyciela rysunku w pewnym dworze w
Cumberland, gdzie spotyka Laurę Fairlie i Mariannę Halcombe.
Pierwsza jest delikatną pięknością, dziwnie podobną do spotkanej
na drodze do stolicy nieznajomej, druga to przedsiębiorcza i
całkowicie oddana przyrodniej siostrze wybitna indywidualność
epoki. Hartright i Laura
zakochują się w sobie, niestety dziewczyna jest zaręczona.
Marianna usiłuje pójść za głosem rozsądku i doradzić obojgu
jak najlepiej. Dalej może nie będę streszczała, bo jednak
pozbawiać nikogo przyjemności śledzenia fabuły nie chcę, dodam,
że pojawia się jeszcze zły artystokrata, mroczny dwór, demoniczny
hrabia i zawikłana sprawa
kryminalna.
[Dalej
nie obiecuję, mogą być pewne, choć niezbyt poważne, spojlery].
Collins
w bardzo ciekawy sposób pisze tę historię. Narratorem głównych
części jest William, spisujący całe dochodzenie post
factum
,
ale przy tych wydarzeniach, przy których nie był obecny, prosi o
pomoc inne osoby. Dostajemy więc całą gamę świadectw spisanych
przez innych bohaterów, które świetnie pokazują talenty pisarza:
są różnorodne, ich styl odpowiada charakterowi postaci, a
te zmiany nie pozwalają też czytelnikowi się nudzić. Chociaż
całość jest dość potężna (moja e-bookowa wersja miała niemal
osiemset stron) i można tu i ówdzie zarzucić Collinsowi pewną
rozwlekłość, to stara się on napisać wszystko tak, żeby co
jakiś czas czytelnik mógł poczuć się zaskoczony (końcówka
pamiętnika Marianny to taki moment, który przypominał mi koniec
wyjątkowo emocjonującego odcinka serialu).

Dla ilustracji obraz „Symfonia w bieli nr 1 (Dziewczyna w bieli)” Jamesa Whistlera z 1862 roku.
To
czemu tak na początku na tę powieść narzekam? Bo moim zdaniem
dość mocno przypomina ona znane klasyki: niektóre rozwiązania
wątków i charakterystyki bohaterów biegną prostą linią do
Dickensa, inne – do George Eliot. Dla porządku: „Kobieta w
bieli” wychodzi w roku 1860, „Samotnia” Dickensa w 1853,
„Miasteczko Middlemarch” Eliot w 1872 roku. Czyli pierwszy zarzut
mogę sobie snuć, Collins znał Dickensa, drugi zaś wynika z mojej
kolejności lektur i jeśli ktoś tu do kogoś nawiązywał, to Eliot
do Collinsa. Rozprawię się więc najpierw z tym argumentem: otóż
Collins, podobnie jak Eliot, postanawia utrudnić część romansową
powieści, wydając heroinę za mąż za Straszliwego Człowieka (w
„Kobiecie w bieli” czytelnik bardzo szybko wie, że ma do
czynienia ze Straszliwym Człowiekiem, ale bohaterowie jakimś cudem
się nie orientują, dopóki
nie jest za późno), równocześnie jednak bohaterka nie prowadzi z
nim życia seksualnego, więc w rezultacie, kiedy Straszliwy Człowiek
zostanie usunięty i bohaterka może wyjść za mąż za swoją
Prawdziwą Miłość, punkt wyjścia, jeśli chodzi o tę
specyficznie ujętą warstwę moralności, pozostaje do konsumpcji
między nią a jej Prawdziwą Miłością. U Eliot nie jest to
powiedziane wprost – choć do dziś zajmuje to wielu jej
czytelników i interpretatorów – u Collinsa mamy jedną linijkę
dialogu, która potwierdza, że Straszliwy Człowiek i bohaterka nie
sypiają ze sobą.
Jeśli
chodzi o podobieństwo do Dickensa, tutaj można znaleźć już
więcej podobieństw, przy czym wynikają już one z chronologii
powstawania dzieł, a nie mojej ich lektury. Jeśli znacie
„Samotnię”, może Wam to nieco popsuć zabawę przy czytaniu
„Kobiety w bieli”. Mamy tu i demonicznych prawników, i
denerwujące do absurdu postaci, które chcą się wydawać kimś
innym, niż są, i zamiany tożsamości, i dzieci z nieprawego łoża,
zapadanie na choroby w wygodnych momentach fabuły, że o pozbyciu
się bohatera reprezentującego ową Prawdziwą Miłość przez
wysłanie go na niebezpieczną wyprawę za
góry i morza, ze sprezentowaniem mu nieszczęśliwych acz groźnych
wypadków w pakiecie. Collins
nieco inaczej to ustawia – nieco też, muszę dodać, mniej
szczęśliwie niż Dickens i bardzo widać, kiedy musi się jakiegoś
bohatera pozbyć na jakiś czas (sam narrator zresztą w pewnym
momencie się z tego spowiada, zakrzykując, że robi to gwoli
ścisłości opowiadania, a wszystkie postaci są cały czas obecne,
tylko nie chce o nich tak non stop wspominać). A
jak już przy podobieństwach jesteśmy, to trzecia część „Kobiety
w bieli” w układzie, nazwijmy go, mieszkaniowo-sytuacyjnym
przypomina z kolei „Szarą damę” Elizabeth Gaskell (choć tu
znowu: raczej Gaskell inspirowała się Collinsem lub oboje
korzystali z podobnych źródeł inspiracji – „Szara dama”
wychodzi bowiem w rok po, równie kolorowej, „Kobiecie w bieli”).

Tajemnice,
summa summarum,
do których zgłębiania zachęca „Kobieta w bieli”, okazują
się dość mało ekscytujące. Tam, gdzie już ma się pojawić
jakiś zawijas i mroczna akcja Collins przywołuje na pomoc
tajemnicze stowarzyszenia, tak tajemnicze, że niczego się właściwie
o nich nie dowiemy. Nawet
obrazków z życia codziennego nie ma w powieści za wiele. Co zatem
wydało mi się interesujące (oprócz sposobu napisana „Kobiety…”,
o którym już wspominałam)? Dwie postaci. Po pierwsze, Marianna,
która dostaje absolutnie świetną scenę szpiegowsko-garderobianą,
choć na początku w dość denerwujący sposób podkreśla, że nie
lubi kobiet, bo kobiety są słabe i woli mężczyzn: na szczęście
po tych deklaracjach autor prowadzi ją tak, by przez nią samą
pokazać, że nie ma tu różnicy płci, a różnica ludzkiego
charakteru. Po drugie, demoniczny hrabia – przez cały czas
widziałam tu Stephena Fry – napisany tak, by fascynować,
denerwować, a równocześnie nie być karykaturalnym złym
charakterem. W końcu, jak zauważa narrator, skoro ludzie dobrzy nie
są tacy zupełnie dobrzy, to czemu ci źli mają być tak do końca
źli? I
jeszcze, na koniec, coś, co Collins akcentuje mocno i bezpośrednio,
czyli motyw zniewolenia kobiety – przez prawo, zwyczaje, „dobre
wychowanie”. Od którego nie ma się do czego odwołać, choć w
teorii istnieją prawa je chroniące, łatwo je jednak obejść.
Widać to nie tylko w fabule – w ostatnim nie pisanym przez
Hartrighta rozdziale zostaje powiedziane wprost: pewne rzeczy są
możliwe dlatego, że istnieje dla nich przyzwolenie społeczne i jak
długo będzie istniało, tak
długo nie ma co się dziwić, że będą się działy.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.