Ania spod Zawiercia albo o „Rufinie z przeceny” N. Rolleczek

 
Cały czas się
zastanawiam, czy to nastrój tej powieści, czy miejscami zbliżone
wątki doprowadziły mnie do wniosku, że można „Rufina z
przeceny” porównać z „Anią z Zielonego Wzgórza”. Nadal nie
wiem, niemniej w trakcie lektury mimowolnie zaczęłam dopatrywać
się podobieństw.

O czym to jest?
Do niewielkiej, zamkniętej
społeczności miejscowości Mysiegłowy nieopodal Zawiercia
przyjeżdża Rufin, nowy nauczyciel matematyki. Ponieważ nie umie i
nie chce podporządkować się regułom, rządzącym dość
drobnomieszczańską i zastałą strukturą miasteczka, jest solą w
oku jego elit. Tylko piekarz z zamiłowaniem do archeologii, pan Jan,
i Marysia, sierota wychowywana przez kostyczną Walerię, żywią do
niego nawet więcej niż cień sympatii.

Tak
najkrócej można by streścić punkt wyjścia powieści. Natalia
Rolleczek oddaje tutaj – ponownie – głos bohaterce, narracja
jest pierwszoosobowa i snuta przez wspomnianą Marysię, muszę
jednak przyznać, że fabuła jest dużo bardziej uporządkowana niż
w przygodach Judyty czy w „Gangu panny Teodory” i wątki nie
wyskakują na czytelnika z krzaków w środku dziania się akcji.
Ponieważ Marysia i Waleria
żyją z wyrobu swetrów (a kiedy nie ma na nie zbytu, łatają
firanki w przedsiębiorstwie sąsiadów), bohaterka większość
postaci postrzega przez pryzmat strojów – podobnie było z Talą i
włosami w „Drewnianym różańcu”. To ciekawa i powracająca
strategia autorki, w przypadku „Rufina…” wiele można się
dowiedzieć o modzie tego czasu, nie wspominając o rodzajach tkanin,
dla mnie miejscami mocno egzotycznych i przy których musiałam się
posiłkować pomocą wujka Google’a. Marysia
chodzi zatem do szkoły, gdzie coraz mocniej zaczyna podkochiwać się
w Rufinie – a równocześnie staje się obiektem zainteresowania
kolegi z klasy, Maćka, postaci bardzo smutnej, której w narracji
nie daje się ani cienia nadziei na poprawę losu. Maciek trafił do
Mysiegłowów z Katowic, po rozwodzie rodziców, i bardzo pragnie
wrócić do miasta, przede wszystkim zaś do swojej pasji –
pływania. Ale rozumie go tylko Rufin, tyle że nawet on pozostaje
bezsilny wobec rodziny
chłopca.

Sama
Marysia – choć to z jej perspektywy śledzimy wydarzenia – nie
jest, co ciekawe, bohaterką tytułową. Bo też i przybycie, i
poczynania Rufina poruszają akcją: każą się dziewczynie
zastanowić, czego właściwie chce, czy jest życie poza
Mysiegłowami. Duszna atmosfera małego miasteczka zostaje wprost
porównana do tej znanej z „Pani Bovary”. Rolleczek – choć
powieść wyszła w 1971
roku – zaludnia Mysiegłowy bohaterami takimi, jakby były lata
pięćdziesiąte, czas tuż po wojnie. Po miasteczku chodzi więc
dawny dziedzic, pozbawiony swoich posiadłości, ale nadal
zasiadający w kościele w pierwszej ławce. Jest i
arystokrata-hulaka, który nie ma już możliwości wyjazdów za
granicę, by bawić u wód, więc jeździ do Katowic i bałamuci
miejscowe nastolatki. Wiele
osób żyje tu wspomnieniami dawnej świetności, zabranego majątku
– ci, którzy tego nie robią, szybko dorabiają się na
„prywaciarstwie”. Mysiegłowy to trochę takie miasteczko, w
którym czas się zatrzymał. To też dosadna miejscami krytyka owego
„dorabiania się”, którą można odczytywać jako związaną z
ustrojem PRL-u, ale nie trzeba: miejsca, gdzie staje się to bardziej
widoczne, związane są z działalnością Rufina, którego spokojnie
można nazwać przodownikiem pracy. Można
też jednak czytać tę postać jako potomka wszystkich tych
pozytywistycznych siłaczy i siłaczek – kończącego jednak
inaczej, w dość słodko-gorzkim zamknięciu powieści.

Ale
wspominałam o podobieństwie do „Ani z Zielonego Wzgórza: nie
opiera się ono na wyraźnym podobieństwie bohaterek (Ania jednak ma
więcej sprawczości niż Marysia, choć trzeba przyznać, że ta
ostatnia bardzo trzeźwo analizuje otaczającą ją rzeczywistość,
z rzadka dając się ponieść fantazji, głównie pod wpływem
lektury Flauberta), bardziej na pewnych wątkach. Mała miejscowość,
która jednak przedstawiona jest bardzo nieidealistycznie, ba,
starsza pani trzęsąca Mysiegłowami w niczym nie przypomina
trzęsącej Avonlea pani Linde. Oczywiście sytuacja domowa obu
bohaterek jest zbliżona i to podstawowy punkt styku: Waleria,
nazywana przez Marysię ciocią, to bardzo zasadnicza starsza
kobieta, niezamężna, pozostająca nieco na marginesie społeczności.
Uważa, że metody, którymi ją wychowywano – pomimo zmiany czasów
– nadal są dobre. Serdeczności Marysia szuka więc u pana Jana,
starego kawalera, uważanego za dziwaka w Mysiegłowach. Przypomina
to nieco Anię, Marylę i Mateusza oraz łączące ich relacje. Nie
będę za to ukrywała, że wątek podkochiwania się w Rufinie
pozostawia nieco dziwne wrażenie, zwłaszcza w kontekście
zakończenia. Jeśli czytaliście, bardzo jestem ciekawa Waszej
opinii na ten temat!

10 thoughts on “Ania spod Zawiercia albo o „Rufinie z przeceny” N. Rolleczek

  1. Podoba mi się, że w historii jest klimat lat 50. Bardzo lubię te czasy, szczególnie w Ameryce. W "Złym" Tyrmanda jest podobnie, a to jedna z moich ulubionych książek.

    Marta

    1. No właśnie ten klimat tu jest domyślny, bo sama powieść dzieje się później — ale to ciekawe, że tak właśnie jest :-).

  2. Hmmm… Z recenzowanych jak dotąd rolleczkowych powieści ta wydaje mi się najbardziej interesująca. A do tego mam sentyment do Zawiercia, gdyż była to moja stacja przesiadkowa PKP-PKS w drodze na Jurę.

    1. O, a na stacji PKP w Zawierciu (i w pociągu Mysiegłowy-Zawiercie) dzieje się nawet jeden wątek, więc w razie czego możesz skonfrontować wspomnienia przesiadkowe ;-).

  3. Czytałam "Rufina…" w roku pierwszego wydania, mając odpowiednie -naście lat, by oceniać powieść z pozycji rówieśniczki Marysi.
    Pamiętam doskonale swoje odczucia w trakcie lektury (książkę mam do dziś). I pisząc dziś o niej wracam właśnie do tamtego pierwszego odbioru. Nie mam tego dystansu minionych lat jaki się zdarza przy powtórkach, ani barier przy aktualnym czytaniu "ramoty sprzed wieków".

    Wtedy czytałam powieść współczesną – co prawda rzeczywiście ze współczesną akcją, ale pod pewnymi względami jakoś strasznie nudną dla ówczesnej nastolatki i zapyziałą jak Mysiegłowy i większość ich mieszkańców.
    Obok dziwnych postaci, które wydawały mi się na siłę wtłoczone do fabuły, nie podobał mi się wtedy język powieści. To staromodna narracja, która co krok zgrzytała mi sztucznością i nieprzystosowaniem do tamtych naszych czasów. Myślałam "przecież my tak nie mówimy!".
    To nie był nasz codzienny język. Pamiętam doskonale (chociaż to było tak dawno)jak odczułam, że po raz kolejny trafiam na powieść dla młodzieży, której narracja jest nudna jak flaki z olejem i z daleka zalatuje "drętwą mową starych".
    Czytając czułam pióro starszej pani, a Marysia nie była w moich oczach taką samą nastolatką jak ja, tylko jakąś "starą-malutką", która gada jak sztywniaki z "Dziennika telewizyjnego" o kolejnym Plenum Partii (nigdy nie wiedziałam o co chodzi w tym propagandowym bełkocie).

    Ale jednocześnie wtedy doceniałam tło obyczajowe, te wszystkie szczegóły i szczególiki codzienności bardzo zgodne z prawdą.

    Nie sięgałam po "Rufina…" już bardzo dawno, więc może dziwne wydawać się to, że pamiętam nie tylko treść powieści, ale i swoje odczucia.
    Ale coś w tym jest, że lepiej pamiętamy takie drobiazgi z dalekiej przeszłości, niż książki współczesne czytane niedawno. Ja już ten problem zdiagnozowałam u siebie 🙂

    1. Chciałam dodać jeszcze kilka uwag, które mi umknęły wczoraj.
      Czytając "Rufina…" pierwszy raz w tamtym czasie nie czułam, że jest to powieść przeznaczona dla młodego czytelnika. Miałam takie wrażenie: autorce "wydaje się, że stworzyła powieść dla młodzieży". Tak to odczuwałam i chyba z tego powodu, że mało jest wątków młodzieżowych – raczej dominują sprawy dorosłych.

      Ale też pamiętam jak podobał mi się swoisty prześmiewczy humor w odniesieniu do mieszkańców miasteczka (trochę ironii, trochę sarkazmu), no i kilka kapitalnych sytuacji.
      Na przykład historia z różowym bieliźnianym komplecikiem w pokoju nauczycielskim, czy też z bańkami stawianymi choremu zawiadowcy (jak wiadomo wielkiemu miłośnikowi "Anny Kareniny"), a nawet dramatyczna (w oczach panny Lidii, a dość żałosna w rzeczywistości) rozmowa "w cztery oczy" z Rufinem.

      Teraz o wiele bardziej doceniam opis tamtej rzeczywistości, ale wtedy chciałam przede wszystkim czytać książki o problemach takich jak moje, o problemach moich rówieśników.

    2. Bo im więcej czasu mija od lektury, tym bardziej mam wrażenie, że to jest trochę "przypadkiem" powieść dla młodzieży. Tak samo jak — w moim odczuciu — "Gang panny Teodory" miał być powieścią o zagubieniu nastolatki, a wyszedł trochę tak, a trochę jako humoreska, tak samo "Rufin…" teoretycznie jest skierowany (przez postać bohaterki-narratorki) do nastolatek, ale tym, co bardziej Rolleczek interesuje, jest obyczajowość małego miasteczka, mit nauczyciela-siłacza w konfrontacji z siłą inercji i "obyczaju", ta pogoń za "małą stabilizacją", choćby się wszystko waliło i paliło, i demony-demoniki przeszłości. Chyba też dlatego te szczególiki obyczajowe są zwyczajnie lepsze niż cała warstwa "młodzieżowa". Zresztą to poczucie "archaiczności" z Tobą podzielam, to jest powieść z lat 70., która de facto dzieje się tak ze dwadzieścia lat wcześniej, choć udaje, że nie ;-).

  4. Ciekawe, że porównanie do Ani nie przemknęłoby mi przez głowę. Już prędzej ta pani Bovary, ale to gruby kaliber. Więc najbardziej spokrewniony Rufin wydaje mi się z Romeo, Julią i błędem Szeryfa Ewy Lach. Identyczne miasteczko, charakterystyczne typy i też obcy mają pod górkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *