Słowianin Słowianinowi wilkiem albo o „Wilimowskim” M. Jergovicia

Widzicie, pożyczanie
mi książek bywa niebezpieczne. Miałam do tej pory stosik z
książkami pożyczonymi, ale coś mi nie szło regularne
zmniejszanie jego objętości, w końcu stosik przerodził się w
półkę i zaczęło mi iść lepiej, ale i tak pożyczony rok temu
(!) „Wilimowski” dopiero ją opuścił. No, a skoro przeczytałam,
to może i kilka słów Wam o tej powieści/obrazku/szkicu
powieściowym napiszę.

O czym to w ogóle
jest?
Profesor krakowskiego
uniwersytetu, Tomasz Mieroszewski, postanawia pod wpływem nagłego
impulsu wyruszyć do Jugosławii ze swoim niepełnosprawnym synkiem
Dawidem, cierpiącym na gruźlicę kości. Niedługo zaczną się
Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, jest rok 1938, Polska zagra z
Brazylią. Profesor chce wysłuchać relacji z meczu, wierzy, że
może polska drużyna dostanie się do finału, a on uporządkuje
sprawy ze swoim synem: cały węzeł tych spraw, od emocjonalnych,
przez rodzicielskie, aż po zwykłe (a może właśnie niezwykłe)
etyczne, płynące z tego, że jest się człowiekiem. Dziwny więc
orszak, złożony z obu Mieroszewskich, seniora i juniora,
guwernantki i nauczyciela Dawida, przybywa do pięknie położonej w
Chorwacji wsi, budząc zdumienie i przestrach wśród miejscowych.

Zacznę
może od tego, że dość trudno jest mi uporządkować moje wrażenia
z tej lektury. Z jednej bowiem strony Jergović porusza w tej
historii masę interesujących wątków. Jest i przenikający przez
historie wszystkich bohaterów motyw narodowościowo-religijnej
obcości. Obcy dla chorwackich mieszkańców wsi są przybyli Polacy,
obca jest prowadząca górski hotel Niemka; ona obca jest także dla
teoretycznie swoich, wszak nazizm święci wtedy swoje tryumfy, więc
nie popierając go automatycznie staje się kimś nie-swoim; obcy
jest jej mąż, choć Chorwat, to jednak mąż Niemki, sam czujący
od lat – po felernej historii z upadkiem z drzewa w dzieciństwie –
że żyje życiem nie do końca zasłużonym. Obcy jest wreszcie
profesor Mieroszewski w swojej namiętnej miłości do dużo młodszej
żony, żydówki Estery. I obcy jest jego syn, w swoim powykrzywianym
przez chorobę ciele uznawany przez mieszkańców wsi za demona,
wieszczącego nieszczęście. Wszystko, co obce, jest uznawane za
zapowiedź zguby, co Jergović cudownie zresztą puentuje historią o
dzikim przestrachu, jaki w pamiętających dziwny orszak mieszkańcach
wsi wywołała wieść, że papieżem został Polak.

Postacie te, z tureckiego teatru cieni, odgrywają pewną rolę w powieści. I to kolejny przykład, w którym to, co teoretycznie pochodzi z jednego kręgu kulturowego, przenika do drugiego, w pewien sposób bywając zniekształcane. Źródło.


obcość autor pokazuje bardzo zręcznie. Dawid sam wobec siebie
czuje się obcy, gdy w śnie zobaczy się w ciele wybitnego piłkarza
Wilimowskiego. Zresztą to piłkarz właśnie – wymieniony już w
tytule – staje się jakby apoteozą tej inności. Z jednej strony
pochodzi z Górnego Śląska, wówczas niemieckiego – z drugiej:
gra w polskiej reprezentacji. Do czasu, bo w trakcie wojny, także by
uratować matkę, będzie grał „dla Niemców”. Po wojnie nie
będzie mógł wrócić do Polski. Tak rozpięty między sztywnymi
narodowościowymi kategoriami nigdzie nie będzie „swój” ani „u
siebie”. Staje się więc rodzajem emblematu, za którym chowają
się inni bohaterowie – zasłuchani w jego wyczyny na boisku,
śniący o nim, zastanawiający się, jak właściwie to wszystko
wyglądało (a szerzej tematem sportu w powieści zajęła się Naia,
więc ja na tym wycieczkę sportową zakończę).

To,
co bardzo mi się podobało, ale i budziło nieco mieszanych uczuć,
to rola narratora w „Wilimowskim”. Z jednej strony jest to
narrator wszechwiedzący, wskazujący nam, że opowiadana historia
może być prawdziwa, ale nie musi, coś się wydarzyć mogło, ale
niekoniecznie się wydarzyło. Dopowiada dalsze losy postaci,
wspomina, co działo się z nimi wcześniej. A jednak to taka „luźna
nitka” wisząca z tego dywaniku opowieści, który tka Jergović.
Bo jego narrator to straszny wygodniacha: wyprawia się w różnych
kierunkach, kiedy mu wygodnie, kiedy nie chce, udaje, że jest tylko
tu i teraz, i że to tylko one go tak zajmują. Zastanawiam
się, czy wynika to z zamierzonej konstrukcji, w której miało
zostać tyle niedopowiedzeń, ile się da, czy po prostu tak jakoś
wyszło w praniu i ten dywanik się nieco skurczył i nadpruł. Bo
też, widzicie, ja tu o tej obcości, ale tak naprawdę „Wilimowski”
to jest też próba zmierzenia się z tematem żałoby, z kwestią
tego, jak żyje się z ciężko chorym bliskim człowiekiem, z tym,
jakie miejsce zajmuje się w społeczności i jak nas – w związku
z tym wszystkim, tak właściwie – widzą inni.

Nie
wspominając już o tym, że to też historia o nadchodzącej wojnie,
o przemijającym świecie, który – tak jak właściciele górskiego
hotelu – ma już trochę poczucie, że odchodzi do miejsc i czasów,
z których już się nie wraca. Że w opowieści o tym, jak wyglądał,
wkrótce nikt nie uwierzy, bo będzie to zupełnie niemal
niewyobrażalne. I tutaj doceniam maestrię, z jaką Jergović
wykorzystuje wątek tej dziwnej pielgrzymki Mieroszewskich, jak go
wykańcza i zamyka. Co mogę dodać na koniec? Polecam sprawdzić –
historia mieści się na niespełna dwustu stronach, bylebyście nie
zwlekali jak ja z zabraniem się za nią rok, a przeczytacie w kilka
godzin. Można je sobie dawkować i „Wilimowski” nic na tym nie
traci.

2 Replies to “Słowianin Słowianinowi wilkiem albo o „Wilimowskim” M. Jergovicia”

  1. Mam jeszcze zapas Książkowych Klimatów z ich Rewersu bookrage'owego, ale po "Wilimowskiego" chciałbym sięgnąć. W ogóle ciekawi mnie biografia samego Wilimowskiego – dopiero całkiem niedawno dowiedziałem się o jego dwudzielnej narodowości.

    1. Już nie pamiętam, kiedy ani jak dowiedziałam się o samym Erneście Wilimowskim, ale nie był dla mnie postacią obcą przed lekturą. Za to bardzo ciekawie było obserwować, do czego wykorzystał takiego akurat bohatera Jergović :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.