Czyste sumienie, prysznic i gimnastyka albo o „Pałacu i ruderze” B. Prusa

Podobno z Prusem
sprzed jego wielkich powieści jest tak, że trudno jednoznacznie
powiedzieć, co można uznać za jego powieściowy debiut. Dlatego w
nowym wydaniu dzieł zebranych autora trzy trudne do jednoznacznej
klasyfikacji tomiki zebrano w jednym tomie. „Pałac i rudera”
otwiera go i dlatego i u mnie poszedł na pierwszy czytelniczy ogień.

O czym to
właściwie jest?
Ta ni to
powieść, ni nowela, ni szkic (porzucam tutaj terminologiczne spory,
bo i faktycznie trudno rozstrzygnąć, z czym tak do końca mamy do
czynienia) ma zasadniczo trzy przenikające się wątki. Klemens
Piołunowicz i jego wnuczka Wandzia mieszkają w tytułowym „pałacu”,
a właściwie w kamienicy wyróżniającej się na plus w nędzy
warszawskiego Powiśla. Piołunowicz wygrał niegdyś na loterii,
teraz więc może oddawać się swoim ulubionym zajęciom:
koziołkowaniu na przyrządach gimnastycznych, częstemu braniu
prysznica i organizacji wieczorów towarzystwa filantropijnego,
rozmiłowanego w odczytach. Fryderyk Hoff z córką Konstancją i
wnuczką Helenką zamieszkują z kolei tytułową „ruderę”.
Konstancja jest ciężko chora, jej córeczka ma się nie lepiej,
obie są właściwie cały czas głodne, bowiem Hoff opętany jest
ideą stworzenia uniwersalnej maszyny zastępującej… właściwie
to zastępującej wszystko. Wszystkie pieniądze przeznacza na
udoskonalanie wciąż nie funkcjonującego wynalazku. I wreszcie
trzeci wątek, rozpięty między „pałacem” a „ruderą”
opowiada o panu Wawrzyńcu – lichwiarzu z przedziwnym poczuciem
sprawiedliwości, który sam chce na miejscu „rudery” wznieść
„pałac”, przeznaczony dla jedynej osoby, którą darzy
prawdziwym uczuciem.

Jak
to zwykle z dziełami Prusa bywa
(a takie przynajmniej odnoszę
wrażenie czytając o nich)
zarzucano i „Pałacowi…” mętną konstrukcję, a do tego
melodramatyczność. Muszę przyznać, że co do konstrukcji
kłóciłabym się. Starałam się Wam pokazać w „zajawce”, że
autor porusza się pomiędzy tymi dwoma skrajnościami, które
umieścił w tytule. Wątki zazębiają się wzajemnie i chociaż –
też z racji objętości, w wydaniu Episteme dziełko ma sto
jedenaście stron – brakuje tu rozmachu (spokojnie można założyć,
że gdyby „Pałac…” wyszedł spod pióra Dickensa, samo
ujawnienie roli pana Wawrzyńca zajęłoby tyle stron), Prus bardzo
ładnie wszystko kadruje. Nie bez kozery użyłam słowa „kadruje”,
bo to opowieść bardzo filmowa. Autor prowadzi nasze spojrzenia z
miejsca w miejsce, każąc podążać za tym, co widzą poszczególni
bohaterowie. Wyobrażam sobie, że w epoce mogło to dezorientować –
bo czemu nagle wyskakuje nam jakiś pan Teofrast, żeby poobserwować
gołębie, a potem znika i generalnie nie odgrywa w tej historii
żadnej wielkiej roli.

Ano
właśnie, tyle że jeśli przyjąć taki specyficzny rodzaj
narratora
, jaki proponuję, można całkiem udanie odczytywać „Pałac
i ruderę” jako rodzaj takiego filmowego podejścia do opowiadanej
historii. Prus każe nam podążać za wzrokiem bohaterów, którzy
wzajemnie się oczywiście obserwują, i
tak rozumiana „kamera” przechodzi od jednej lokalizacji do
drugiej. Co więcej, narrator zwraca się wprost do nas, w liczbie
mnogiej, jakby zaliczając czytelników w poczet obserwatorów tego
tragikomicznego spektaklu, który roztacza się przed naszym wzrokiem
i zagaduje: „zajrzyjmy tam”, „zobaczmy”, cały czas trzymając
się blisko czasowników związanych z widzeniem. Do
mnie taki sposób prowadzenia czytelnika po tekście przemawia, ale
też i jest ze mnie czytelnik żyjący w epoce, kiedy kino i
telewizja nie są niczym dziwnym, a oglądanie ich wpływa na sposób
postrzegania. Pytanie, czy Prus miał coś podobnego na myśli, czy
zgrabnie mu wyszło? „Pałac…” napisał Prus w 1875 roku,
wynalazek kina jest, zdaje się, o dwadzieścia lat późniejszy. No,
ale przecież nie zjawisko obserwowania bohaterów zgromadzonych w
jednym miejscu.
 
 
A, to może taki widok na warsztaty żeglugi parowej na Solcu. Mniej więcej z epoki. Źródło.
 

Bo
faktycznie Prus pokazuje nam dość wąski wycinek świata:
już na
samym początku wprowadza nas między wąskie, brudne uliczki, i tam
właściwie pozostajemy – z krótką wycieczką do
Łazienek. Poruszamy się więc po warszawskim Powiślu (mniej
więcej), a wszystko jest na tyle blisko siebie, że bohaterowie –
dosłownie! – zaglądają sobie w okna i dość łatwo przychodzi
im zlokalizować, gdzie kto mieszka i jak wygląda jego dom. Ciasne
pomieszczenia i niechciana niekiedy bliskość pojawiają się przez
całą opowieść: czy to w scenie, gdy pan Wawrzyniec prowadzi swoją
gospodynię do zamkniętego pokoju, by pokazać jej pewien obraz
(scena niemal jak z Wilde’a, tylko że „tym złym” okazuje się
nie postać z obrazu), czy wtedy, kiedy pojawia się nagle mąż
Konstancji. Tutaj zatrzymałabym się na chwilę, bo widzicie,
„Pałac…” ma swoje wady. Nagłe wprowadzanie zwrotów akcji w
rodzaju „mąż bandyta wpada przez okno zrobić rozróbę” wyszło
Prusowi… Delikatnie mówiąc, cóż, zamiast dramatycznego zwrotu
akcji dostajemy dziwną scenę rodem z farsy. Autor nie ma też
problemu z wybijaniem postaci, co jeszcze tchnie nowelami, a niekiedy
sprawia wrażenie przesadnego melodramatyzmu, tak jak chcieli dobowi
recenzenci, a ja przyznaję im rację.

Widać
w „Pałacu…” wiele elementów
, które Prus później udoskonali
w „Lalce” czy w „Emancypantkach”. Bo czy gromadzący fortunę
na nie do końca jasnych interesach bohater, chcący za jej pomocą
tylko wspomóc drogą mu postać nie budzi Waszych skojarzeń? A
zebrania dobrze urodzonych, którzy może by i chcieli wspomagać
społeczeństwo, ale im nie wychodzi? To ostatnie zebranie jest
zresztą ciekawie później odbite w „Emancypantkach” w spotkaniu
pod wodzą panny Howard, podczas którego jedna z bohaterek uparcie
chce dojść do głosu, żeby powiedzieć, że w izbie się kopci.
Komizm tych zebrań jest porównywalny – w „Pałacu…”
dodatkowo dochodzi do tego cudnie nakreślona postać pana Zenona,
który za wszelką cenę chcę odczytać swój memoriał i w ogóle
jest wielkim zwolennikiem pisania memoriałów, na każdy temat.
Zresztą sami zobaczcie, bo
naprawdę warto choć rzucić okiem na sceny z jego udziałem
(przywołujące zresztą na
myśl najlepsze Dickensowskie tradycje uprawiania „dobroczynności przez teleskop”). Pyszne są
również dialogi, przez „Pałac…” właściwie się płynie,
właśnie dzięki ich naturalności i potoczystości.

Na koniec chciałam
zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz
– związaną z wydaniem, w
którym miałam okazję opowieść przeczytać, czyli wydanie dzieł
zebranych Prusa od lubelskiego Episteme. Jak być może się
zorientowaliście, bardzo lubię wydania krytyczne (a tu jest nawet
bibliografia z wymienionymi pozycjami, gdzie o danym dziele pisano),
więc była to dla mnie nie lada gratka (całość przedsięwzięcia
ma obejmować siedemdziesiąt tomów i gromadzić całość dorobku
Prusa, co zapowiada się imponująco!). Ale tym, co mnie najbardziej
ujęło w tym wydaniu, są przypisy. Nie wiem, jaki jest Wasz
stosunek do przypisów – mnie takie średnio zrobione są w stanie
zniechęcić w ogóle do zaglądania do nich, o ile nie natrafię już
na coś zupełnie niezrozumiałego. W opracowaniu Agnieszki
Kuniczuk-Trzcinowicz znalazłam tylko jedną rzecz, która mnie
trochę zdziwiła (objaśnienie do tego, czym był rubel pojawia się
bodaj za trzecim użyciem tego słowa dopiero), natomiast jestem
wielką fanką przypisów objaśniających detale związane z akcją.
Jeśli chcecie się dowiedzieć, czemu Lucyna Ćwierczakiewiczowa
zalecała sparzać ogórki albo co to takiego cyrkuł i jak na tej
podstawie określić miejsce dziania się akcji opowieści, to
zachęcam do sięgnięcia!

____________

W tomie znajdują
się jeszcze „Dusze w niewoli” i „Anielka”, o których
postaram się napisać w trakcie lata. Ale swoim zwyczajem letnie
miesiące przeznaczam na lekturę dzieł jednego autora – już
jutro notka na ten temat, choć jakiś czas temu wieść o tym poszła
już na Facebooku.

7 thoughts on “Czyste sumienie, prysznic i gimnastyka albo o „Pałacu i ruderze” B. Prusa

  1. Bardzo ciekawe spostrzeżenie o "filmowej" konstrukcji utworu – jeśli się spojrzy na to w ten sposób, faktycznie pewne cechy narracji przestają razić

    1. Ale z przypisów można się dowiedzieć, co nam mówi ten konkretny cyrkuł o miejscu dziania się akcji (mnie to zachwyciło, jako gorliwą czytelniczkę przypisów ;-)). A co do sf, u Prusa można tego znaleźć więcej (w "Emancypantkach" jest świetna opowieść o komecie, są też właściwie wprost fantastyczne opowiadania Prusa — w razie czego zachęcam, myślę, że by Ci się spodobały :-)).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *