Ochy, achy i martwy osioł albo o „Podróży sentymentalnej” L. Sterne’a (Pikniki z Klasyką #26)

A czy wiecie, że to
już dwa lata minęły od pierwszego Pikniku? I tak sobie już taki
kawał czasu debatujemy nad różnymi, mniej lub bardziej
zakurzonymi, klasykami, aż padło wreszcie na coś z głębin XVIII
wieku. Jak było? Intrygująco, dziwnie i z poczuciem, że chyba
jestem na to wszystko za młoda. Tak ze dwieście lat za młoda.
Cokolwiek, przyznajcie, przyjemne odczucie.

O czym to jest?
Nie wiem nawet, czy w tym
kontekście to właściwe pytanie, ale że zadaję je tutaj właściwie
zawsze, żeby dać orientację, o co chodzi, zadam je i tym razem.
„Podróż…” jest czymś pomiędzy zapisem wrażeń z podróży
po Francji i (przynajmniej
jeśli chodzi o tytuł i kilka ostatnich stron) Włoszech
w połowie osiemnastego stulecia a notatkami do kazania, które
bohater-narrator z racji zawodu wygłosić musi, próbą wpasowania
się w trendy epoki i równocześnie wyjścia poza nie, zapisem stanów i aluzji
zrozumiałych dla najbliższego kręgu przyjaciół bądź fanów i
ogólnoludzkich spostrzeżeń na tematy interesujące w epoce i
dzisiaj właściwie też. W przedmowie do mojego egzemplarza
(wydanego przez Bibliotekę Narodową, a jak wiecie przedmowy do
wydań BN-ki to sztuka sama w sobie) odnotowano, że trudno
„Podróż…” zaklasyfikować jako jakiś konkretny gatunek i nie
mogę się z tym nie zgodzić.
Narrator
jest ironiczny, czasami bardzo, czasami mniej, dość kąśliwie
wyraża się o Francuzach i o swoich rodakach Anglikach, tu zanotuje
bon mot, tam postara się czytelniczą wyobraźnię rozpalić obrazem
jakiejś niemal sfinalizowanej schadzki miłosnej, tam z kolei
podsunie wzruszającą scenę spaceru z obłąkaną z miłości
dziewczyną albo rozważań właściciela dopiero co padłego osła,
towarzyszącego mu w pielgrzymce w dobrej sprawie. Choć
podróż jest „sentymentalna”, to właściwie cały sentyment
leży jakby poza opisywanymi wrażeniami, w kontekście – Sterne
pisze ją pod koniec życia i zbiera w niej raczej niż opisuje na
bieżąco refleksje z podróży. Przy tym, choć wydarzenia (a może
raczej: obrazki), o jakich pisze, pozornie mogą być nastawione na
wzruszenie, to do opisu ich używa dość ironicznego języka albo
figury dystansu. Tą ostatnią może być albo któryś z bohaterów
jego powieści o Tristramie Shandym (inna sprawa, że nie zapałałam wielkim pragnieniem szybkiego zapoznania się z tym dżentelmenem, choć go w przyszłości nie wykluczam) albo służący La Fleur, jeden z
wielu zasilających szeregi kultury służących od Sancho Pansy z „Don Kichota” po
Le Fou z „Pięknej i Bestii”.
Autor zerka na nas lekko ironicznie.
Czemu
piszę o obrazkach bardziej niż wydarzeniach? Bo Sterne’owi zależy
bardziej na odmalowywaniu takich chwil – a to napisze nam o
rozdawaniu jałmużny, a to o sprzedającym paszteciki bohaterze
wojennym, dziwnym żebraku spotkanym w Paryżu, zwabionej do pokoju
sprzedawczyni. To „zwabianie” zdarza mu się zresztą często i
kiedy już-już spodziewamy się jakichś dwuznacznych opisów
miłosnych uniesień narrator oznajmia nam, że nad sobą zapanował
(zważywszy na to, jak całość się kończy, pozostajemy z
pytaniem, czy ta ostatnia opisana przygoda rzuca odmienne światło
na całość, czy też nie). Podejrzewam, że musiało to ówczesnym
czytelnikom napsuć krwi, a i niejeden rumieniec wywołać. Sam
narrator rumieni się zresztą chętnie i często, uskarżając
się zresztą z przekąsem na zbyt żywą wyobraźnię swoich
czytelników. A co, wolno mu.
Generalnie
bowiem: wolno mu. „Podróż sentymentalna” to takie dzieło,
które wywołało we mnie reakcję odwrotną od, dajmy na to,
„Transformersów” Michaela Baya. Kiedy oglądałam
„Transformersy” zdałam sobie sprawę, że ten superszybki montaż
to już jednak nie dla mnie i że do tego trzeba ócz a umysłów
młodszych. Czytając Sterne’a z kolei – który dość osobliwie
„montuje” kolejne sceny – że umysłowość czytelnika
osiemnastowiecznego to coś, w co trudno mi się wgryźć. Narzekałam
na to przy wcześniejszych wycieczkach w tę daleką literacką
przyszłość, bo choć poczucie humoru narratora i niektóre z jego
uwag są nie dość, że nadal aktualne, to jeszcze zaskakująco
celne same w sobie, ale jako całość „Podróż…” jest podróżą
literacką osobliwą dla czytelnika z roku 2017. No, a przynajmniej
dla mnie.
Zobaczcie, jak to było w przypadku Tarniny, na jej blogu też w tym miesiącu dyskutujemy. A
w czerwcu zapraszamy do „Dworu w Haliniszkach”, nie ustając w
poszukiwaniach ewentualnej polskiej Jane Austen!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.