I kto tu jest wampirem? Albo o „Wampirze” W. Reymonta

Właściwie przez
cały maj towarzyszyła mi ta niezbyt długa powieść Reymonta:
zaczęłam ją czytać w jego urodziny, skończyłam wczoraj, pora
podsumować wrażenia. I spróbować odpowiedzieć na pytanie, z
jakim właściwie wampirem mamy w tej książce do czynienia?

Bo widzicie, tam nie
ma jakiegoś krwiopijcy, którego można pokazać tryumfalnie palcem
z okrzykiem: „To on, to ten Reymontowski wampir!”.
Bynajmniej.
Owa „wampiryczność” rozkłada się tu na wiele postaci czy
nawet zjawisk. Gdyby chcieć się zastanowić, jaką mają cechę
wspólną, to można by dotrzeć do takiej na przykład odpowiedzi,
że mamy w gruncie rzeczy do czynienia ze zjawiskami i postaciami,
które żerują na innych, wysysają z nich „coś” (radość
życia, potrzebne do życia materialne i niematerialne elementy,
dobre samopoczucie, siły i marzenia), przez co pozbawiają je chęci
do samodzielnej egzystencji. Na przykład. Ale niekoniecznie. Gdybym
miała wskazać największą zaletę tej powieści – oprócz
absolutnie cudownych Reymontowskich pomysłów językowych, przed
odczytywaniem ich na głos w trakcie lektury z rzadka mogłam się
powstrzymać – byłaby nią wielość możliwych odczytań utworu.
Możemy się zgodzić co do jakiejś linii interpretacyjnej, ale nie
znaczy to, że jakaś inna, równie kusząca, nie wyskoczy nam zza
winkla, jak tylko już się ukontentujemy tą poprzednią.

Ale o czym to
właściwie jest, zapytacie?
Otóż
nasz główny bohater, Zenon, uciekł z ojczyzny do Londynu. Polska
go rozczarowała na wielu polach: cierpiał miłosny zawód,
denerwowała go podrzędna pozycja rodaków w zaborze rosyjskim,
irytowała wiara w Kościół katolicki, w końcu sama „polskość”
doprowadzała go często do rozpaczy. Wyniósł się więc za
granicę, zaczął pisać pod pseudonimem po angielsku, zrobił
karierę jako artysta, a przy tym znalazł sobie słodką narzeczoną,
pannę Betsy z dobrej angielskiej rodziny. Przyjaźni
się z jej bratem, Joem, który z kolei fascynuje się spirytyzmem. W
trakcie jednego z seansów Zenon, pieszczotliwie nazywany Mr. Zen
przez znajomych, poznaje Daisy, rudowłosą piękność, właścicielkę
pantery Bangh, mieszkającą w tym samym, co on, pensjonacie i
wówczas jego życie zaczyna się jeszcze bardziej komplikować. Tak,
w tej powieści jest mnóstwo elementów, które mają budować jej
podniosły, mistyczny i tajemniczy klimat. Prus w „Emancypantkach”,
opisując seans spirytystyczny, był bardzo oszczędny: ot, przygasło
światło, ot, medium namalowało portret ducha. U Reymonta mamy
latające stoły, ryczące pantery, bilokację, lewitację, a spod
sufitu spadają kwiaty.
 
 
Jest mgła, jest nastrój.
 

Tak,
tak, pisarz stara się jak najwięcej dostarczyć nam niezwykłości
,
przez co czasem jest strasznie (przerażający wątek Joego, który
tak bardzo pragnie doznać mistycznego objawienia, a kiedy go doznaje
okazuje się, że zupełnie nie tego pragnął – bardzo to
Machenowskie), a czasami raczej zabawnie (wybaczcie, ale mnie ten
motyw z panterą wciąż bawi, zwłaszcza że narrator wciąż każe
nieszczęsnej Bangh wyć; a może pantery zwyczajnie w literaturze
nie mają zbyt wiele szczęścia). Londyn jest oczywiście mglisty i
deszczowy, pensjonariusze hoteliku, gdzie mieszka Zenon, to grupka
dziwaków zafascynowana – po części z nudów, po części z
potrzeby serca – wszystkim, co niezwykłe (no, ale jadają
regularnie przy jednym stole z tą nieszczęsną panterą…), nawet
rodzina Betsy to ciotki-emancypantki i każdy obiad Zenona tam kończy
się wygłaszaniem mów o doli ludzkiej, socjalizmie, wyzwoleniu
kobiet i krytyce chrześcijaństwa. Trochę dużo tu grzybów w
barszczu i pewnie starczyłoby na kilka opowiadań, zwłaszcza że z
tych jeremiad ostatecznie dla bohaterów wiele nie wynika. Ale
widzimy ten świat chylący się we mgle i deszczu ku upadkowi, bo
Europa skazana jest na zagładę, o czym jasno i wprost wypowiada się
większość bohaterów. Zważywszy, że książkowy „Wampir”
ukazał się w 1911 roku, to wieszczenie może budzić ciarki.

No
ale kto jest tym wampirem?
Najprostsza odpowiedź to oczywiście
tajemnicza Daisy, która dokłada sił i środków, by przywiązać
do siebie Zenona, opętać go i skłonić do poddania się swojej
woli. Ba, jedna z bohaterek nawet mówi o niej per „ten wampir”.
Inną odpowiedzią może być prześladująca Zenona na obczyźnie
nawet Polska – Polska jest wampirem, hipnotyzującym go, budzącym
tęsknotę i grozę. Bohater odkrywa to a to przy okazji rozmowy z
krajankami-kobietami lekkich obyczajów, spotkanymi przypadkiem, a to
w trakcie spotkania z żydowską rodziną, gdzie spotyka dziecko
mocno poszkodowane w czasie pogromu. Jeszcze
inną możliwością jest Ada, bohaterka, która pojawia się dość
późno, a która najotwarciej porusza temat wampiryzmu (pojawia się
choćby stwierdzenie, że dla artysty to żona jest wampirem, bo
zamiast skupić się na swojej sztuce, jest on przez nią odciągany
ku bardziej przyziemnym czynnością), sama zresztą okazuje się być
jedną z kobiet chcących Zenona wykorzystać. Sam Zenon, uwikłany w
dziwny związek z Daisy, Adą i Betsy sam nie wie, ku czemu powinien
dążyć. Nie, to nie jest ta najbardziej zdecydowana postać w
dziejach literatury – raczej błądzi dosłownie i metaforycznie w
londyńskiej mgle.
 
Po „Wampira” sięgnęłam w ramach majowego hasła: polski horror.
 

4 thoughts on “I kto tu jest wampirem? Albo o „Wampirze” W. Reymonta

    1. Cóż mogę powiedzieć, po wgryzieniu się w konwencję mnie czytało się bardzo przyjemnie, a niektóre sceny są naprawdę znakomite (choć wskazałabym raczej te spod znaku realizmu — jak spotkanie dziewczynki ocalałej z pogromu — niż te z wątkami nadnaturalnymi).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *