Strachy w dolinie albo o „Cwm Garon” L. T. C. Rolta

Straszny tydzień
dobiega końca (przynajmniej na razie, nie wykluczam powtórki, jeśli ponownie znajdę taki rodzaj grozy, który mnie aż tak wciągnie!), ale jeszcze chciałam Wam napisać o opowiadaniu
autora, który znany jest głównie z opisywania straszności w
klimatach industrialnych, wzorował się na moim ulubionym M. R.
Jamesie i napisał opowiadanie przez znawców zaliczane do folk
horroru (zgadliście, pojawiają się poganie).

O czym to jest?
John Carfax ucina sobie
wycieczkę do Walii, a konkretnie do Cwm Garon (według Wikipedii
czyta się to jak „coom”, wierzę nie mając innego wyjścia).
Walia jest piękna, dolina sprawia niemal rajskie wrażenie, w
gospodzie, w której się nasz bohater zatrzymuje dają dobrze zjeść,
a na kominku trzaska ogień. Czego więc się bać? Ano, ucinając
sobie piesze wycieczki Carfax zaczyna odnosić wrażenie, że okolica
jednak wcale nie jest taka idylliczna, jak sądził, w dodatku drugi
(i jedyny poza nim) gość w gospodzie, profesor Charles Elphinstone
z Oxfordu, okrzyknięty następcą Frazera, jeśli chodzi o znajomość
magii i folkloru, wyraża co najmniej zaniepokojenie tym, co się
dzieje w dolinie. Czyżby opanowały ją jakieś wrogie siły…?
Kiedy więc profesor w Noc Walpurgi wymyka się z gospody, a później
nie wraca, Carfax postanawia sprawdzić, o co chodzi. I nie będzie
to już niewinna wyprawa w góry.

Chociaż
brzmi kusząco i napisane jest bardzo ładnym językiem (naprawdę,
opisy przechadzek bohatera są bardzo malownicze i aż człowiek
czuje tę mgłę osiadającą na tweedowej marynarce, i słyszy
pojękujące w chaszczach bekasy), „Cwm Garon” nie jest
opowiadaniem z jakimś przesadnym dreszczykiem. Po pierwsze dlatego,
że autor sam ten dreszczyk rozbija co i rusz – bo chociaż stara
się balansować na linii „czy to aby na pewno się stało?”,
„czy to nie złudzenie?” to nie udaje mu się to aż tak dobrze
jak innym autorom opisywanym w tym tygodniu. Po drugie zaś,
antyklimatyczne jest też zakończenie, które pokazuje właściwie
wszystko, co może pokazać. Ciekawym zabiegiem jest samo udrapowanie
scenografii na groźną (dolina zdaje się żyć własnym życiem,
niekiedy dosłownie), co w połączeniu ze wspomnianymi opisami
bardzo dobrze opowiadaniu robi, ale poza tym raczej nie pogryziecie
palców z przestrachu.

Chciałam
jednak w gruncie rzeczy zwrócić uwagę na inną ciekawą cechę
tego utworu. Bo, jak się doczytałam, Rolt to twórca znany głównie
z dzieł poświęconych… inżynierii lądowej. Był też redaktorem
zbioru najciekawszych opowiadań o kolei, biografii wielkich ludzi
techniki, a przy okazji także opowiadań „Sleep no more”, które
ma podtytuł „Railway,
Canal and Other Stories of the Supernatural” (i
który to tomik muszę odszukać, bo brzmi kusząco, mimo że nie
wyniosłam z „Cwm Garon” jakichś niesamowitych wrażeń). I
chociaż opowiadanie, o którym piszę, jest osadzone w scenerii
wiejskiej i folklorystycznej, a nie miejskiej i industrialnej, to
moją uwagę zwróciło to, jak autor świetnie opisuje oddalającego
się od stacji kolejowej Carfaxa. Pociąg wydaje się być jakąś
ostoją, pewnikiem, łącznikiem ze światem racjonalnym i znanym –
kiedy odjeżdża i zapada zmrok, a nasz bohater wędruje do gospody
przez opadające mgły, wśród zawodzących bekasów…

 

Posłuchajmy
sobie bekasa, a co.
 

…(właściwie
to chyba nie są bekasy, ale numeniusy czy też kuliki, jak mnie
informuje internet, ale z rodziny bekasów zdaje się, więc
pozostanę przy bekasach – chociaż oczywiście rodzaj ptaka
pozostaje tutaj znaczący, bo ma przywoływać to, co nieznane,
dziwne, niepokojące) to
naprawdę można się poczuć co najmniej nostalgicznie. Trochę w
tym tęsknoty za nieznanym, a trochę radości, że technika zapewnia
nam zadomowienie w świecie najbardziej nawet nieprzyjaznym. I kiedy
Carfax odkrywa, co za straszności dzieją się w dolinie, znowu
pociąg wzbudza w nim radość i otuchę (narrator informuje nas
wręcz, że miał ochotę wyściskać maszynistę). Podoba
mi się to zgranie dyszącej, dymiącej maszyny jako czegoś
pozytywnego z piękną, kuszącą doliną jako czymś negatywnym.
Pozory, zdaje się mówić Rolt, mogą mylić i lepiej na siebie
uważać.

6 thoughts on “Strachy w dolinie albo o „Cwm Garon” L. T. C. Rolta

    1. Nie jest to najlepsza realizacja tego tropu literackiego, ale za to opisy są naprawdę klimatyczne, więc na przykład przed spacerem, chcąc sobie zapewnić dreszczyk emocji, warto sięgnąć :-). Również pozdrawiam!

  1. Zastanawiałam się nad tym opowiadaniem na dzisiejszy Ponury Poniedziałek, ale ostatecznie tytuł mnie odstraszył (nawet nie wiedziałam, jak to przeczytać;) i wybrałam Blackwooda;) Ach, ten motyw wycieczek po nieznanej okolicy i gospody, w której nasz bohater się zatrzymuje (i tajemniczego gościa, którego tam spotyka)…;)

    1. Mnie za to tytuł zafascynował, no bo jak to przeczytać właśnie :-D? Ale okazało się, że wymowa jest dużo prostsza niż sądziłam. Natomiast Twój dzisiejszy Blackwood brzmi bardziej groźnie niż Rolt, muszę przy okazji przeczytać i porównać wrażenie, bo czuję się zaintrygowana! Ale wątki faktycznie zbieżne: samotna wyprawa w góry (na myśl przychodzi też "Tarn of the Sacrifice"!), tajemniczy współlokator, coś groźnego, co czai się w przyrodzie…

  2. Uważam właśnie, że tytuł jest niezwykle ciekawy. Na co dzień nie czytam horrorów, ale na to chętnie się skuszę, a na pewno polecę koleżance, która uwielbia ten gatunek.

    1. Tytuł kusi, nie spodziewałam się w ogóle po nim, że idzie tylko o nazwę własną ;-). Polecam, bo nie jest bardzo strasznie, za to jest dobrze napisane i stanowi ciekawą podstawę do eksplorowania dalszej twórczości autora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *