Kobieta narzędziem diabła albo o „Wielkim Bogu Panu” i „Białym ludzie” A. Machena

Od czego by tu
zacząć? Naprawdę sporo się u Machena dzieje – fabularnie i
strukturalnie (nie, nie uciekajcie jeszcze, obiecuję ciekawą
notkę!) – tak że właściwie człowiek staje przed dylematem „w
co ręce włożyć”. Oczywiście wiadomo, że na pewno nie w leśne
ostępy, gdzie czają się pradawne bóstwa, co to, to nie.

Co prawda oba
opowiadania Arthura Machena, o których chcę Wam dzisiaj napisać,
idealnie wpisują się w stylistykę folk horroru – nie brak tu
bóstw pogańskich mieszających się w sprawy ludzi (i odwrotnie),
legend i podań, które okazują się rzeczywistością i pogańskich
rytuałów zdolnych tę rzeczywistość otworzyć stworzeniom z
innych światów – ale gdybym miała jakoś nazwać ten rodzaj
grozy, którą pisał Machen, wybrałabym chyba nazwę „horror
metafizyczny”. Nie tylko dlatego, że bohaterowie dywagują nad
naturą ludzką, jej skłonnością do grzechu i rozpusty (to
właściwie centralny problem obu opowiadań), ale także dlatego, że
to, co ma nas straszyć, jest właśnie czymś „meta”, poza nami,
niezrozumiałym, nieprzedstawialnym, trudno dostępnym. A jednak
strasznym. Sam Machen pisze o tym tak:

Pod […] wyszukanym
symbolem ludzie ukryli niegdyś wiedzę o najpotworniejszych
sprawach, najtajniejszych spośród sił ukrytych w sercu
wszechrzeczy… tych sił, w obliczu których ludzka dusza musi
skurczyć się, obumrzeć, sczernieć niczym ciało, przez które
przepuszczony zostanie prąd. Takich sił nie można nazwać, nie
można o nich mówić, nie da się ich sobie wyobrazić, chyba że
poza zasłoną i pod symbolem: symbolem, który większości z nas
wyda się staroświecką, poetycką fantazją, innym może głupią
bajdą.

Arthur Machen,
„Wielki Bóg Pan”, tłumaczenie Tomasza S. Gałązki w wydaniu
C&T

I faktycznie, czego
się bać w opowiadaniach, gdzie właściwie nie widzimy niczego
strasznego („Wielki Bóg Pan”) albo które składa się głównie
z notatek pewnego dziewczęcia, w których są podania i legendy,
które lepiej lub gorzej znamy („Biały lud”)? Ano właśnie.
Gdybym miała szukać literackich odnośników dla Machena,
wybrałabym Roberta Louisa Stevensona (nie mam pojęcia, czy Machen
się do tego w jakiś sposób odnosił – jeśli jest na sali
specjalista, niech rzeknie coś więcej na ten temat, bo sama jestem
ciekawa). Nie tylko dlatego, że „Doktor Jekyll…” to traktat o
naturze zła – podobnie jak „Wielki Bóg Pan” –
przywiedzionego ręką naukowca zbyt dufnego w swoje siły (doktor
Raymond jednak wypróbowuje swoje pomysły nie sobie, ale do tego za
chwilę wrócę). Ale także ze względu na to, jak to jest napisane:
z ułomków czyichś spostrzeżeń, często postaci trzecioplanowych,
urywków zdarzeń, notatek kolegów po fachu, spowiedzi. Bardzo
przywodziło mi to na myśl właśnie sposób, w jaki Stevenson
napisał swoją opowieść o medycznym cudzie, który był w istocie
przykrywką dla ciemnych sprawek w duszy bohatera. 
 
 
Zanim się zaczną spojlery, popatrzmy sobie na Pitagorejczyków oddających cześć słońcu, pędzla Fiodora Bronnikowa (ok. 1869). Źródło.
 

Ale tym, co mnie
osobiście w obu tych opowiadaniach zafrapowało, jest kwestia
postaci kobiecych. Teraz powinnam zakrzyknąć: spojlery! Więc
jeśli jeszcze nie czytaliście i chcecie sami się przekonać, jak
wygląda fabuła krok po kroku, omińcie ten paragraf.
Widzicie:
w „Wielkim Bogu Panie” ofiarą Raymonda jest Mary, młoda
kobieta, na której przeprowadza on operację. Za pomocą skalpela
chce ją doprowadzić do stanu transu, jakiegoś nadziemskiego
poznania bliskiego helleńskiej ekstazie, w czasie której można
było zobaczyć bogów. Operacja jednak udaje się połowicznie: Mary
widzi to, co ma zobaczyć, ale zdjęta nadnaturalną grozą popada w
szaleństwo. Raymond krótko usprawiedliwia swoją decyzję o
operacji – przygarnął dziewczynę, gdy była dzieckiem i
wychował, twierdzi więc, że ma prawo zrobić to, co robi.
Oczywiście etycznie to zupełnie naganna decyzja i zostaje za to
niejako ukarany: Mary rodzi dziecko-Antychrysta, pozostające w
bliskim kontakcie z siłami, które doprowadziły jej matkę do
obłędu. I tu znowu robi się ciekawie: dziecko jest dziewczynką,
dziwną, niesamowitą, która prowadzi kolejne osoby do obłędu lub
śmierci z przerażania. Pierwszą ofiarą jest młoda dziewczyna –
ale już wszystkie kolejne to, a jakże, mężczyźni: mąż, panowie
z socjety, wysoko postawieni londyńczycy.

Właściwie
koniec spojlerów.
To, że właśnie kobieta staje się tutaj
przysłowiowym „narzędziem diabła” nie jest, moim zdaniem,
przypadkowe. Kobieta jest u Machena znacznie niżej w hierarchii od
mężczyzn—narratorów, opowiadaczy tych historii. Nie usłyszymy
żadnej jej wersji historii, tak jak Jekyll-Hyde mógł przemówić
własnym głosem u Stevensona. Zostaje raz na zawsze demonem, w
ostatecznym rozrachunku bez twarzy. Podobnie sprawa ma się w „Białym
ludzie”, opowiadaniu, które wykorzystuje motyw podróży
śmiertelnika do krainy elfów, który wraca z tej wędrówki
odmieniony. Tutaj bohaterka dostaje swój głos (czytamy jej
dziennik), ale ponownie interpretacji tej historii dokonuje dwóch
mężczyzn rozprawiających o naturze grzechu i świętości.
Właściwa ocena sytuacji jakby zupełnie nie leżała w gestii
pamiętnikarki. Kobieta jest więc tutaj tym, co groźne i
niesamowite i co wprowadza zamęt w świat wyższej
klasy Londynu i sennego miasteczka, gdzie przede wszystkim liczą się
zarobki i koneksje.

Machen,
muszę przyznać, zaskoczył mnie – stylistycznie jest szalenie
różnorodny, straszy umiejętnie, właściwie nie pokazując nam
tego, czym straszy (więc wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach!)
i wcale się nie dziwię jego pozycji klasyka. Jak najbardziej –
zasłużona. No i pole do interpretacji zostawia, jak widać, bardzo
duże. Czy kwestia kobieca w jego opowiadaniach rzuciła się Wam w
oczy? Jestem bardzo ciekawa!
 
 
 
______________
 
A tymczasem jutro porzucamy na chwilę pogan wyspiarskich i przerzucimy się na tych amerykańskich. Będzie kukurydza. Mnóstwo kukurydzy.

19 thoughts on “Kobieta narzędziem diabła albo o „Wielkim Bogu Panu” i „Białym ludzie” A. Machena

    1. Oj nie, przecież wiadomo, że Kinga to ja się boję okropnie! I mimo wysiłków jakoś póki co nie zapowiada się, żebym się odważyła go poczytać (mimo wielu zachęt, ja mam chyba za słaby żołądek i zbyt silną wyobraźnię ;-)). Ale faktycznie, to będzie groza pre-Kingowska z dużą ilością kukurydzy ;-). A i "Dzieci kukurydzy" faktycznie by do hasła folk horrorowego pasowały, masz rację!

    2. A byłam pewna, że odgadłam 😀 "Dzieci kukurydzy" są rzeczywiście straszne! W takim razie czekam z napięciem, co wybrałaś 🙂 I wybacz, że tak się skupiłam jedynie na końcówce notki, ale jakoś się niezdrowo podekscytowałam tą kukurydzą 😀

    3. Niezdrowe podekscytowanie kukurydzą jak najlepiej oddaje to, co dzieje się w książce, którą czytałam ;-). Natomiast żeby się zorientować, o czym dokładnie są "Dzieci kukurydzy", przeczytałam streszczenie i — jak zwykle — ono mnie przeraziło na tyle, że zdecydowanie póki co utwierdzam się w przekonaniu, że nie nadaję się do czytania Kinga ;-).

  1. zastanawiam się, czy książki które polecasz naprawdę są wszystkie takie dobre, czy po prostu ty o nich tak przekonująco piszesz. W każdym razie po przeczytaniu twojego posta zawsze mam ochotę sięgnąć po daną książkę, i to z usprawiedliwieniem ,,to na pewno przyda mi się na studia"! Przy innych blogach książkowych tak nie mam (wręcz niektóre zniechęcają mnie do książek, które już czytałam.)
    Horror powinien z natury mnie zniechęcić, nie czytam strasznych rzeczy ze względu na zbyt bujną wyobraźnię. Niestety, słowo metafizyka działa na mnie jak lep na muchy i jeżeli ta książka wpadnie kiedyś w moje ręce, na pewno nie powstrzymam się przed kupieniem jej, wydaniem kolejnych drogocennych złotówek i zajęciem miejsca na półce, którego już nie mam. No super.

    1. Te, które polecam, uważam za dobre, te, o których piszę z dystansem, uważam za mniej dobre ;-). Machena mogę Ci polecić z czystym sumieniem, a jeśli faktycznie masz ochotę na coś z zacięciem metafizycznym — to powinno Ci się spodobać. Widzisz, ja też się boję horrorów (bardzo!), ale odkryłam, że odpowiednie powieści i opowiadania, zwłaszcza te starsze, klasyczne, straszą tak, że to coś w rodzaju wariacji na temat "strasznych baśni", które z kolei bardzo od zawsze lubiłam :-).

      Dzieła Machena akurat w zbiorze "Inne światy" były u mnie w bibliotece, ale Project Gutenberg oferuje szeroki wybór w oryginale, zaznaczam na wszelki wypadek, żeby nie mieć Cię na finansowym sumieniu ;-).

  2. Tutaj się nie wypowiem, bo Machena nie czytałam (przynajmniej sobie nie przypominam), a na zbiorek z C&T dopiero się czaję. Ale lektura zapowiada się niezwykle obiecująco!;)

    1. Zostawiłam sobie część opowiadań do przeczytania, żeby znowu nie łyknąć wszystkiego za jednym zamachem ;-). Seria z C&T jest w ogóle fajna, może okładki mogłyby być nieco bardziej mroczne, ale poza tym nie ma co narzekać, dobrze, że jest! 🙂

  3. Cóż mogę powiedzieć… Co miałem do powiedzenia o Machenie, napisałem już u siebie.
    Oczywiście masz prawo pisać tak o deprecjonowaniu postaci kobiecych u Machena, ale zważ na czasy, w których pisał i wskaż w nich _autora_ (masculinum jest tu sednem) z kręgów anglosaskich, który by z kobiety uczynił aktywnego bohatera. Hardy w swojej "Barbarze z domu Grabe"? Wolne żarty.
    Piętnowanie Machena za jego postacie kobiece to jak piętnowanie Shakespeare'a za jego stosunek do domu Yorków. Zapytałby Cię "a da się pisać inaczej?" 😉

    PS.
    Bezczelnie napiszę, że moje stanowisko wobec Machena opisałem tu: http://marginopis.blogspot.com/2013/04/cien-z-llanddewi-fach.html
    Przepraszam za nachalność. Jeśli chcesz, to ocenzuruj ten link.

    1. Ba, oczywiście, że i w tych czasach można już było pisać inaczej (i się inaczej też pisało). Weźmy chociażby M.R. Jamesa i to, co Mieville nazywa jego na nowo wynalezionymi straszydłami: bez płci, co ciekawe, chociaż James, szanowny profesor w wyłącznie maskulinistycznym gronie, mógłby spokojnie straszyć damskimi upiorami — a jednak nie straszył. I tutaj wydaje mi się, że decyzja Machena jest najzupełniej świadoma, on wykorzystuje ten trop "kobieta narzędziem diabła" bardzo dosłownie w tych dwóch przytoczonych opowiadaniach (choć "Biały lud" można czytać też jako powolne wciąganie niewinnej dziewczyny w demoniczny kult, z którego może się wycofać już tylko popełniając samobójstwo). Ale wychodzi spod tego jeszcze struktura tych opowiadań, gdzie też te głosy kobiece wybrzmiewają tak, a nie inaczej (czy też: słabo, w tle, otoczone innymi komentarzami bohaterów, nie bohaterek). W obu przypadkach było to autorowi potrzebne do uzyskania tego efektu — a równocześnie jest bardzo ciekawym tropem interpretacyjnym, który postanowiłam przedstawić :-).

      Że można inaczej świadczy choćby i to, że przecież Helen "roztapia się", jej płeć scala się, niknie, nie jest jednoznaczna, co wiemy z dokumentu o jej autopsji. Po prostu ta "kobiecość" zostaje dla niej wybrana jako narzędzie niszczycielskie — i to znowu jest kolejny, ciekawy trop.

      Dzięki za podrzucenie wpisu, przeczytałam z dużym zainteresowaniem, bo ja tu śledzę u Machena wpływy Stevensona, a Ty z kolei pokazujesz, jak sam Machen wpłynął na Lovecrafta! Z Lovecraftem miałam za mało do czynienia, żeby się rzeczowo odnieść, ale kto wie, w podróży przez klasykę grozy pewnie i do niego dotrę, chociaż — wiadomo — boję się :-).

    2. Machen wpływał na wielu pisarzy, a wielu pisarzy na Lovecrafta. Historia literatury grozy nie jest ani linowa, ani drzewkowa. Jest fascynującym gąszczem 🙂 Jeśli patrzeć na korzenie Lovecrafta (ja od tego wyszedłem w swoich poszukiwaniach), to, zgodnie z listami i artykułami samego HPL, mamy Lorda Dunsany, Blackwooda, Machena i Ambrose'a Bierce'a, tego, który przyniósł nam Hastura, a na koniec Chambersa, od którego mamy Króla w Żółci, Żółty Znak i Carcossę (jeśli oglądałaś pierwszą serię "True Detectives", rozpoznasz nazwę). To nie jest tak, że HPL niczym Pallas Atena wypadł w pełnym rynsztunku z głowy Cthulhu… ;-D

    3. Oczywiście, nie twierdzę, że wypadł ;-). Zresztą te powiązania i nawiązania widać, kiedy się wpadnie w wir czytania tych klasyków (jako i ja obecnie wpadłam ;-)). Wiem, że Blackwooda cenił (nie dziwię się, chociaż natrafiłam na opinię, że to autor mniej niż Machen i James wyrafinowany — ale się nie zgadzam ;-)), pozostałych jeszcze nie miałam okazji czytać, ale pewnie okazję nabędę i jak się nie wystraszę za mocno, przeczytam ;-).

    4. Tam się nie ma czego wystraszać… Dlatego nie nazywa się tej literatury "horrorem", lecz "literaturą grozy". To sympatyczne dziełka, w których klimat trzeba się mocno wczuwać…

    5. Ja jestem bardzo strachliwa, jak się już zresztą kiedyś przyznawałam, więc nawet "literatura grozy" robi na mnie (zazwyczaj) wrażenie, więc zanim sięgnę, robię wywiad, czy aby będę potem mogła w nocy spokojnie spać ;-).

    6. Nie wiem, czy Ci współczuć, czy zazdrościć… Ja na ten przykład, żebym się przestraszył, muszę poczytać do snu bieżące wiadomości, bo w literaturze już chyba nic mnie nie przestraszy (najdalej zniesmaczy), a w filmie… A w filmie próg niesmaku mam wyjątkowo niski, więc od jakiegoś czasu horrorów nie oglądam (nie tylko slasherów, czy filmów gore, ale nawet "Martwe Zło" bardziej mnie zirytowało, niż wystraszyło).
      Wracając do literatury grozy – w tamtych czasach to przynajmniej wiedzieli jak tworzyć atmosferę grozy. Teraz to bida, psze Pani…

    7. Myślę, że w ogóle granica między strachem a zniesmaczeniem jest dość cienka: ja unikam rzeczy zniesmaczających (a próg mam, z kolei, bardzo niski), bo wiem, że potem mam z tym problem, więc po co sama sobie mam to robić. Natomiast co do atmosfery: to prawda, większość klasyków opiera się właśnie na niedomówieniu, a nie na dosłowności, żeby wytworzyć aurę. Jak coś zostaje dopowiedziane, to efekt bywa jednak słabszy (chyba stąd też moja słabość do opowiadań Jamesa).

    8. Pod tym względem jestem wyznawcą E. A. Poe, a dokładnie myśli wyłożonej w jego "Filozofii kompozycji". Wprawdzie U. Eco wykazał, że Poe napisał swój tekst z przekory, bez mała dla zgrywy, ale jednak coś w tym jest, że z błahej sprawy można zrobić mroczną rzecz jedynie dobierając rekwizyty i słowa, tak jak w "Kruku" z ptasiora, który uciekł właścicielowi potrafiąc mówić jedno tylko słowo, zgotował bohaterowi spotkanie z piekielnym posłańcem ;-P

    9. Chyba też tego typu opowiadania najbardziej straszą (w takim sensie, że to, co realne przenika się z tym, co jest — albo bywa odczytywane — nierealne, przerażające i tym bardziej mamy się bać). Bo jeśli potwór wyskakuje z szafy niejako "w porządku rzeczy", to czegóż tu się bać, wszak można się było spodziewać ;-).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *