Morderczy szyszak albo o „Zamczysku w Otranto“ H. Walpole‘a

Przyznaję
szczerze, oczekiwałam wielu rzeczy po powieści-klasyku, która
zainicjowała cały płodny i popularny nurt literacki, stając się
matką-założycielką i unieśmiertelniając autora. Wielu. Ale
niekoniecznie tego, że na samym początku z nieba spadnie na
nieznanego mi jeszcze bohatera gigantyczny szyszak.

Ponieważ
snułam swoją historię czytania „Zamczyska…” wszystkim,
którzy chcieli słuchać, mam już zebrany pewien garnitur reakcji
na powyższe zagajenie, a najczęstszą spośród nich było
„szyszak? Jaki szyszak? Co to ten szyszak?”. Wyobrażałam go
sobie jakoś coś w tym rodzaju, co na głowie nosi Bolesław
Krzywousty na portrecie Matejki, nie będąc jednak pewną,
sprawdziłam – i to jest po prostu hełm otwarty, część zbroi,
osłaniająca głowę, a w każdym razie, z racji na ową otwartość,
czaszkę, twarz już może niekoniecznie. Także coś takiego
właśnie, acz gargantuicznych rozmiarów, masakruje nam idącego ze
swych pokoi na własny ślub Konrada, syna księcia Otranto,
Manfreda. Widzicie to, prawda? Oto zgromadzeni w kaplicy goście,
panna młoda, zacna Izabela, rodzice Konrada, jego siostra Matylda,
słyszą hałas i na dziedzińcu widzą skrwawione zwłoki Konrada
pod wielkim szyszakiem. Jest groza? Oczywiście, że jest: wydarzenie
jest niezwykłe, a hełm ogromny, a to, co nadnaturalne (także w
rozmiarze) grozę poniekąd naturalnie budzi.
W wędrówce po salach zamczyska w Otranto potowarzyszą nam zdjęcia zamku Pernštejn, mojego ulubionego czeskiego zamku. Ponieważ jest bardzo dziwny i mógłby się spokojnie doczekać własnej powieści gotyckiej. Zdj. Marzper. Źródło.
 
Nie,
nie, nie czytajcie jeszcze raz tego fragmentu wyżej: oczywiście,
oprócz grozy pojawia się tu też śmiech. Trochę niedowierzający
(„szyszak, powiadasz?”), trochę nerwowy („czy ja aby dobrze
zrozumiałam: spadł na niego z nieba wielki hełm?”), ale
– podobnie jak było z „Mnichem” – ten śmiech temu poczuciu
grozy towarzyszy. I chociaż Lewisowi to wychodziło raczej przez
przypadek, Walpole nieźle to ogrywa. Ma coś, co nazwałabym
Szekspirowskim zacięciem do ustawiania postaci w komiczne duety.
Spróbujcie sobie poczytać na głos partie dialogowe Manfreda i jego
dwóch służących, z których jeden usiłuje księciu opowiedzieć,
co takiego właśnie zobaczył w sali tronowej (nazwijmy ją tak z
braku lepszego słowa), ale grzęźnie w dygresjach, doprowadzając
swojego pracodawcę do czarnej rozpaczy i każde zdanie niemalże
zaczynając od tego samego, nieśmiertelnego „Diego i ja…”.
Jest w tym coś z dobrze znanego efektu komicznego ze sztuk Szekspira
właśnie, mnie przywiodło na myśl rzemieślników ze „Snu nocy
letniej”, ale zapewne można by w tym kierunku szukać dalej.
Zdj. Jerzy Strzelecki. Źródło.
I
kto mówi, że klasyka nie zaskakuje? Mnie zresztą zaskakuje dość
często – na podobnej zasadzie, co wszystko, o czym mam poczucie,
że się w tym mniej-więcej orientuję, ale nie
do końca wiem, jak działa – a Walpole zajmie na pewno poczesne
miejsce w tej galerii zaskoczeń. Gdybyście mnie zapytali, w czym
upatruję teraz wyrazistą cechę literackiego gotycyzmu z epoki, w
której go uprawiano, powiedziałabym, że w odbiorze, w którym
przeplata się ból brzucha ze śmiechu z jeżeniem się włosków na
rękach. Bo, podobnie jak w „Mnichu”, i tutaj książę okazuje
się lubieżnikiem, który chce przede wszystkim posiąść młodą
dziewczynę – tutaj dochodzi do tego jeszcze próba upewnienia w
ten sposób swoich praw do księstwa i cała idąca za tym
przekonaniem ława innych potencjalnych zbrodni. Bo przecież, jako
się rzekło, książę żonę już ma. Walpole w postaci tej żony
pokazuje uległość, która myśli o sobie jako o cnocie, a jest w
gruncie rzeczy warunkiem występku bez konsekwencji (i czyni to
jednak, przy okazji, subtelniej niż Lewis). Dorzucę
do tego jeszcze dość przewrotne zakończenie: bo teoretycznie,
znowu, mamy happy end,
ale co to jest za szczęśliwe zakończenie, kiedy okazuje się, że
książę poślubia księżniczkę nie tyle z miłości, co przez
wzgląd na swoją dawną ukochaną? Gdzieś tutaj pałęta się nam
swojski nasz Edmond ze „Strachu w zameczku” z podobnymi
motywacjami. No a przy okazji
dostajemy w „Zamczysku…” cały
ten ąturaż, o który nam przecież chodzi przy czytaniu powieści
gotyckich: zaginieni synowie, wichry hulające po zamczysku,
tajemniczy olbrzym, mnich-wyklęty książę, ingerencje sił boskich
i szatańskich. Jest w czym wybierać.
Wspomnę
jeszcze o absolutnie cudownym wydaniu „Zamczyska…”, które w
1974 wypuściło Wydawnictwo Literackie. Są w nim ilustracje Szymona
Kobylińskiego, które cudownie podkreślają i to przemieszanie się
śmiechu ze zgrozą (cudnie oddane przez wątłe, odziane w nogawice
nóżki Konrada pod gigantycznym hełmem i rozbiegający się w
rozpędzie dworzanie, którzy nie wiedzą co się dzieje), i to
pomieszanie perspektyw, które tutaj budzi przestrach (olbrzymi
rycerz, który ni to góruje, ni to wyrasta ze skały, na której
stoi tytułowe zamczysko). A do tego
posiada nieco przestylizowaną, wręcz groteskową okładkę, która
też, nie powiem, oddaje klimat.
Powieść przeczytałam, a jakże, wyzwaniowo, i na tym chyba zakończę gotyckie wycieczki w marcu.

9 Replies to “Morderczy szyszak albo o „Zamczysku w Otranto“ H. Walpole‘a”

  1. Szyszak <3 Można – jak ja – nic nie pamiętać z Walpole'a, ale tego obrazu zapomnieć nie sposób. Jest jeszcze jedna dziwna powieść gotycka z tamtego okresu, która też łączy grozę, groteskę i humor, a nazywa się "Wathek" Williama Beckforda. Mniej znana, ale chyba ciekawsza od "Zamczyska…", bo sięga do poetyki baśni i do wyobrażeń z "Tysiąca i jednej nocy", więc można z niej też wydobyć sporo postkolonialnych "smaczków".

    1. Prawda? Szyszak po prostu zapada w pamięć! 😀 Natomiast o "Watheku" słyszałam, szukając dziwnych powieści gotyckich natrafiłam nań i przeczytałam streszczenie, anim się obejrzała, bo było zaiste… frapujące. Kiedyś na pewno przeczytam samą powieść, bo trudno się oprzeć ;-).

  2. Tak, ten szyszak mnie też totalnie zaskoczył. Zazwyczaj nie opowiadam nikomu o moich polonistycznych zachwytach, ale ,,Zamczysko…" opowiedziałam w całości mojej współlokatorce. Jest tak cudnie absurdalne, chociaż zakończenie strasznie mnie rozczarowało (tak strasznie, że je też musiałam opowiedzieć). Podobno ludzie XXI wieku nie czują już tych klimatów, ale pomijając ,,Narzeczoną z Lammermoor" wszystkie powieści gotyckie tamtego okresu robią na mnie wielkie wrażenie i bardzo żywo przemawiają do wyobraźni. Są po prostu cudne.

    1. Bo to się aż chce opowiedzieć, takie to niesamowite (a czytane razem na głos również dostarcza mnóstwa uciechy, mój Domownik świadkiem :-)). Mnie to zakończenie bardziej zainteresowało właśnie przez wzgląd na figurę tego melancholijnego młodzieńca, który zdaje się być stałym tropem powracających w powieściach gotyckich — niby mamy szczęśliwą parę na koniec, ale on jakiś markotny i generalnie szkoda mu tej jego pierwszej ukochanej, której trzeba się było w przykrych okolicznościach z narracji pozbyć.

  3. Jeśli ktoś chciałby napisać współczesną powieść gotycką z politycznym zacięciem, to zamiast szyszaka powinien spadać Szyszko…

    1. Tylko kto by go nosił? Bo jednak szyszak okazuje się mieć właściciela, i to z samych niebios ;-).

  4. Oj, pamięta się ten szyszak, pamięta, nie można go oczami duszy odzobaczyć. A zdjęcia zameczku (przepraszam, nie mogę) – naprawdę klimatyczne! Piękne miejsce:)

    1. Bardzo polecam, naprawdę fajne, zwłaszcza że tak przez lata do niego dobudowywano różne rzeczy i robi teraz bardzo fantasmagoryczne wrażenie (widzę, że zameczek się przyjął :-D). No a szyszak, wiadomo, wrażenie pozostawia niezatarte! I kto mówi, że klasyka nie posiada siły rażenia ;-)?

  5. Maria Różańska says: Odpowiedz

    Przeczytałam, bo na kursie był fragment. Niby nauczycielka mówiła, że całości nie trzeba, ale jednak – klasyka gatunku. To co, ja nie przeczytam? Ja? No i przeczytałam, zastanawiając się, czy przypadkiem prześwietna grupa Monthy Pythona się dziełem tym nie inspirowała. Ten szyszak mi się kojarzy z ich 16 ton spadającymi randomalnie na bohaterów skeczu. No i sposób, w jaki w jednej scenie Isabella odwraca uwagę Manfreda: slapstickowe „Look! What’s there!?”. Czytając wpół oczekiwałam, aż ktoś się poślizgnie na skórce od banana. Służba, z Biancą na czele, bardzo szekspirowska w rzeczy samej.

    Stoi za tą książką ciekawa historia, gdyż z początku reklamowana była jako tłumaczenie średniowiecznego manuskryptu i stała się wiktoriańskim hitem. Dopiero gdy przy drugim wydaniu autor wyznał prawdę, polały się na jego kreatywną głowę kubły krytyki. Sam Manfred jest luźno wzorowany na postaci prawdziwego sycylijskiego szlachcica o tym imieniu. Miał ciekawe życie, wojował z papieżami, ale o ile wiem, nie spadł mu na nikogo wielki szyszak.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.