10 książkowych faktów o mnie albo co nieco na urodziny

 
 
Blog ma urodziny,
świętuję. Charlotta Bronte ma urodziny, świętuję. Ja mam urodziny, też świętuję. No bo co w sumie,
kurczę blade?

Postanowiłam na
urodziny w tym roku wykorzystać całkiem przyjemną formę wpisu,
jaką wypatrzyłam na innych blogach. Innymi słowy będzie to
dziesięć wiadomości związanych z książkami i czytaniem, których
– mam nadzieję – nie przemyciłam jeszcze na blogu, a w każdym
razie nie doczekały się osobnego wpisu. A przynajmniej taką mam
nadzieję.

Trzymam książki
w różnych miejscach.
Ha,
zakrzykniecie pewnie, Pyzo, przecież o tym to na pewno pisałaś!
No, jasne, wspominałam, że lubię mieć książki na podorędziu i
mnożą się one na parapetach, koszyku z szalikami w przedpokoju,
czy w łazience, ale chodzi mi tu w ogóle o rozparcelowanie
księgozbioru. Część bowiem mieszka ze mną i Domownikiem, część
zaś u rodziny – dodatkowo zaś zdarza się, że zastajemy jakieś
bezpańskie książki (albo czekające na to, aż ktoś je
przygarnie) w mieszkaniach, w jakich zamieszkujemy, przeprowadzki się
nam bowiem zdarzają, a wtedy takie książki często dołączają do
księgozbioru.

Zaskakująco
często wykrzykuję „a trzeba było to akurat wziąć!”.
A
konkretnie wykazujemy z Domownikiem zaskakującą rozbieżność,
jeśli chodzi o przynoszenie książek z biblioteki. Wiecie, zdarzają
się czasem takie regały z ubytkowanymi książkami, które
można za niewielką opłatą albo za darmo zabrać. I chociaż w
innych sytuacjach zwykle Domownik doskonale wie, jakie książki z
radością bym przygarnęła, to historie o tym, co też czekało na
tym regale, kończą się zwykle takim właśnie okrzykiem. Nie jest
to jednak opowieść o zupełnym i absolutnie jednostronnym
rozmijaniu się naszych zainteresowań w tym przypadku akurat – hm,
opowiadałam Wam już kiedyś, jak pełna dobrych chęci i
przekonana, że Domownik będzie zachwycony, przytaszczyłam do domu
album z czarno-białymi reprodukcjami Breughla z komentarzem po
bułgarsku?

Nie przepadam za
wielotomowymi seriami.
Przyznaję,
często wiadomość o tym, że dana książka to tylko początek
serii, mnie zniechęca. Zwłaszcza kiedy seria się rozrasta albo ma
już dziesięć tomów. Kiedy indziej z kolei cieszę się, że coś
jest serią, bo mogę wracać do ulubionego świata przedstawionego –
nie mam jednak aż takiego zapału, jeśli chodzi po prostu o
śledzenie losów bohaterów. Chociaż i tu znalazłby się wyjątki.

Rzadko przekładam
książki.
W tym sensie, że
lubię wiedzieć, gdzie jaka stoi i że w ciemno mogę deklarować,
gdzie jej szukać. Czasami, oczywiście, przemeblowuję księgozbiór,
ale tak, żeby pamiętać, co gdzie jest, inaczej mam wrażenie
jakiegoś odseparowania od własnych zbiorów. W dodatku
niekoniecznie książki muszą stać w jakimś logicznym porządku,
ważne, że w mojej głowie wszystko to ma sens i orientuję się w
kierunkach, jakie im nadałam. Ostatnio jednak przeznaczyłam kilka
półek na serie, a część książek stoi alfabetycznie.

Nigdy nie wiem,
co zrobić z albumami.
To
znaczy wiecie, wiem: oglądać je. Ale nie jestem ich wielką
koneserką – co prawda idea coffee
table books
mnie kusi,
ale też i mój stolik pozornie kawowy służy do całej masy innych
rzeczy, więc non stop trzeba by je przekładać, a poza tym nie
wierzę tak do końca w to, że bym je przeglądała (chociaż w
sumie chyba nie ja powinnam, a goście, prawda?). Posiadam więc
całkiem spory zasób albumów (tak, tak, Breughla też), które z
rzadka ściągam z półek i wywołują u mnie w związku z tym nieco
wyrzutów sumienia.

Przez
wiele lat latem czyściłam półki biblioteki z serii Pi.
Być
może kojarzycie, to taka seria wydawnicza Albatrosa, w której
powychodziły bardzo różne książki – moja biblioteka, w
miejscowości, koło której mieszkałam, miała osobny regał z tak
zwanymi książkami „chodliwymi”, gdzie seria Pi zajmowała
poczesne miejsce. Kiedy przychodziło lato rzucałam właściwie
wszystkie inne lektury w kąt i wynosiłam w plecaku te książki
prawie jak leciało – przeczytałam wtedy sporo niezłej i trochę
niekoniecznie „dobrej” literatury, kilka wspominam naprawdę
dobrze (pamiętam, że szalenie podobało mi się wówczas na
przykład „Prawie jak w bajce” Hermana Rauchera). To w pewnym
momencie ustało, ale było
niezwykle przyjemną wakacyjną rozrywką.

Zapominam,
jeśli nie widzę.
Mam
tę wadę, że jeśli coś nie stoi na wierzchu, łatwo zapominam, że
miałam coś z tym zrobić – wiecie, to dotyczy mnóstwa rzeczy,
nie tylko książek (niestety), ale w przypadku tych ostatnich
oznacza często, że jeśli książka wyląduje na jakimś mało
widocznym regale albo na półce, która pozornie jest dobrze
usytuowana, ale w praktyce rzadko ląduje na niej nasz wzrok (wszyscy
chyba znamy casus
półek
przy łóżku, gdzie lektura łatwo skończy zakopana na dłużej),
albo w miejscu, do którego „przyrasta”, czyli zadomawia się na
dłużej jako element pokoju, mogę dotrzeć do niej po bardzo długim
czasie. Chociaż w teorii stała przecież, nieprawdaż, na
wyciągnięcie ręki.

Nie
lubię obwolut.
Ciągle
się boję, że je zgubię, podrę albo że spadną mi akurat wtedy,
kiedy będę stała w autobusie w wielkim tłumie, i zginą zadeptane
przez tenże tłum. Lęk może zabobonny, ale prześladujący mnie
przy większości książek z obwolutami, więc najczęściej
obwolutę ściągam i odkładam w bezpieczne miejsce. Zakładam ją
na książkę z powrotem dopiero wtedy, kiedy już skończę ją,
definitywnie, czytać.

Mam
dużo samozaparcia, jeśli chodzi o czytanie po ciemku.
Naprawdę.
Jeśli zostawić mnie w pomieszczeniu, w którym powoli się
ściemnia, dopiero przy całkowitej ciemności pójdę poszukać
włącznika światła – trochę odpowiada za to moje lenistwo, a
trochę fakt, że kiedy wciągnę się w lekturę, nie chce mi się
ruszać z miejsca. Dotyczy to też wszelkiego rodzaju czytania w
innych miejscach: na przystanku, ulicy czy w autobusie, gdzie łapię
tyle światła, ile to jest możliwe. Ostatnio częściowym
rozwiązaniem problemu jest podświetlany czytnik, ale przy książkach
papierowych kontynuuję kultywowanie tej niezbyt zdrowej i zupełnie
nie chwalebnej przywary.

Lubię
mieć zapasy.

Zbyt
wiele książek czekających na przeczytanie może przytłaczać, ale
jeśli jest ich zbyt mało, to też nie dobrze. Mam w sobie jakiś
dziwny mechanizm, który sprawia, że kiedy jestem u kresu książki,
a na horyzoncie nie widać jej następczyni (czy to dlatego, że
niczego przezornie nie wypożyczyłam, czy dlatego, że akurat mam
pomysł na jakąś kolejną lekturę, ale chwilowo nie mam jej pod
ręką) zaczynam oszczędzać kolejne strony. W ten sposób nawet
krótka książka może zająć mi stanowczo zbyt wiele czasu, a
długą potrafię połknąć przez weekend. Wszystko jest tu
względne, ale też i kwestia tego różnie rozumianego „zapasu”
ma swoje znaczenie.

A
teraz oddalam się świętującym krokiem, a jakże – czytać,
zdradziwszy Wam te straszliwe i mroczne tajemnice.

34 Replies to “10 książkowych faktów o mnie albo co nieco na urodziny”

  1. Mikołajek w czwartym zdaniu!

    1. O, ba! 😉 To jedno z powiedzeń, które na stałe zaadoptowałam na własny użytek.

  2. Albumom można robić zdjęcia na insta. 😉
    No i mam tak samo jeżeli chodzi o czytanie i zmrok. Kiedyś moja babcia (okulistka) krzyczała na mnie, że sobie popsuję wzrok. Teraz robi to mój Nieślubny.
    Miłego urodzinowego czytania.

    1. No właśnie chyba w tym celu część z nich przewędruje z mieszkań innych do tego ;-).
      Bo to podobno nie tyle psuje wzrok, co męczy oczy, ale nie na stałe, a jedynie póki nie odpoczną… W każdym razie to jest ta wersja, którą preferuję, jeśli chodzi o to, w co wierzyć o czytaniu po ciemku ;-).
      Dziękuję!

  3. A życzenia? Można? Więc te najlepsze! 🙂

    1. Jasne, życzenia dobre w każdej ilości przyjmuję, a co dopiero najlepsze :-)!

  4. No to wszystkiego dobrego, Pyzo! Też zapominam, jak nie widzę. Ba nawet, jak widzę, to zapominam. Jakiś czas temu położyłam w bardzo widocznym miejscu (oparcie na kanapie) książkę, którą miałam przejrzeć. Dopiero Twój wpis mi przypomniał, że ona nadal tam leży. No dobra, to idę, przejrzę póki nie zapomnę 🙂

    1. Dziękuję! 🙂 Zgadzam się, zdecydowanie: bo te miejsca pozornie widoczne wcale widoczne nie są, jeśli patrzy się na nie na tyle często, że wzrok się przyzwyczaja — i niby je widzimy, a jednak ich nie "widzimy". Także podzielam podobne doświadczenia :-D.

  5. Stooo lat, stooo lat, Pyzo!
    Bardzo miło się czyta te rewelacje książkowe. Też mam problem z albumami, nie mieszczą się na normalnych półkach, a na nienormalnych odstają i w ogóle nie ma ich gdzie kłaść, a jak już wymyśliłam miejsce na stojąco na szczycie specjalnej półki "wystawowej", to ciągle się boję, że spadną, zrobi im się krzywda, a po drodze i skrzywdzą coś jeszcze, nie wiem, kota i telewizor…
    Lubię przekładać książki na półkach, ale do tej pory jeszcze nie wymyśliłam najlepszego wariantu. Między innymi dlatego, że książki są rozsiane między dom rodzinny a dom obecny, ciągle mi brakuje tamtych i kiedyś je sobie przywiozę, ale ani nie mam siły, ani miejsca.
    I też nie jestem przekonana do obwolut, przecież toto się prędzej niszczy niż zwykła okładka! Zdejmuję zanim zacznę czytać.
    Problemy książkoholików, prawda? 😀

    1. Dziękuję! 🙂
      Ano właśnie, prawda, dochodzi jeszcze do tego ich wielkość (i zawsze się znajdzie taki jeden, co nie chce się zmieścić na tę półkę już przeznaczoną pod albumy, zawsze) i ciężar (groza!), więc doskonale Cię rozumiem — podobnie jak z tym rozsianiem książek :-). I obwolut. No tak, problemy całkiem przecież zadowolonych ludzi ;-).

  6. Wszystkiego najlepszego i książkowego! 😀
    Plus za Mikołajka 😉

    1. Dziękuję :-).
      O tak, Mikołajek rządzi :-).

  7. Też nie przepadam za obwolutami 🙂 Jak książka w takim wydaniu wpada mi w ręce, to ściągam obwolutę na czas lektury. Jak skończę czytać książkę, wtedy ubieram ją w jej ubranko wierzchnie 😉

    1. Właśnie tak robię — chociaż czasem nie lubię też, że ta obwoluta łatwo się niszczy nawet na półce, bo, na przykład, położę tam inną książkę na wierzchu albo przy wyciąganiu się nadedrze ;-).

  8. Moja mama zawsze mówiła, że obwoluty są do stania, a nie do czytania 😀 Ja ich ogólnie nie cierpię, więc wszystkie wyrzucam. Wbrew pozorom, czytanie i posiadanie książek niesie za sobą wiele technicznych problemów! Wcale nie jest tak łatwo wypracować sobie idealny system, żeby nic się nie gubiło, nie wypadało i stało grzecznie na półce.
    A od albumów jeszcze gorsze są zbindowane kserówki, ponieważ są poziome i głupio wystają…

    1. Co gorsza, od czasu do czasu człowiek wpada na pomysł nowego, lepszego systemu, który okazuje się przestawać działać w trakcie układania według niego książek ;-). O tak, kserówki faktycznie nigdzie nie pasują, w pewnym momencie z nich zrezygnowałam na rzecz cierpliwego tropienia w antykwariatach — chociaż kilka czeskich książek trudnych do zdobycia nadal przechowuję w takiej formie.

  9. Najlepszego!
    Kawowe publikacje lubię i w taki sposób używam, tzn co jakiś czas podmieniam zestaw na nie-stoliku (kupiłam kosz wiklinowy wielki w stylu starej skrzyni na przechowywanie prasy nie do wyrzucenia, bo ja chomikowe problemy mam) obok fotela i to mnie życiowo-wizualnie inspiruje, energetyzuje i w ogóle wszystko co dobre. Za to jak miałam wszystko na półce to stało nie używane, w stylu kupiłam i mam satysfakcję że mam, a obejrzę jutro 🙂

    1. Dziękuję!

      No właśnie może brakuje mi takiego miejsca, bo idea mi się podoba, tylko trudno mi ją wcielić w czyn ;-).

  10. Ciesz się, że nie masz męża, który by uwielbiał porządki i uznawał za stosowne przekładanie Twoich książek. Mnie to doprowadza do szału, bo ja od dziecka najlepiej odnajduję się w swoim bałaganie, tymczasem każda ingerencja w to sprawia, że czuję się zagubiona…

    Sto lat, wszystkiego dobrego! 🙂

    1. Oj znam to, znam, kiedyś wpadłam na pomysł, że skoro łączymy księgozbiory, niech Domownik je ułoży, bo jest dobry w te klocki (bo naprawdę jest, ale nie znaczy to, że teraz wiem, co gdzie leży w jednym z takich miejsc, gdzie część naszych dwóch zbiorów się znajduje ;-)).

      Dziękuję!

  11. Czytam Twojego bloga od niedawna, więc wszystkie punkty to dla mnie nowość 🙂 A z okazji urodzin życzę oczywiście wielgachnego księgozbioru 🙂

    Z seriami też mam kłopot, bo wprawdzie nie zniechęca mnie sama informacja, że dana książka jest częścią jakiegoś cyklu, ale mam problem z kończeniem cykli. W tym roku policzyłam, że rozgrzebałam ponad 30 książkowych cykli i nie zapowiada się, żebym jakiś skończyła 😛

    1. Dziękuję! 🙂

      No właśnie, ja naprawdę wyjątkowo daję się uwieść seriom. Bo na przykład serię o straży w Świecie Dysku bardzo lubię i co jakiś czas sobie odświeżam, ale rzadko wciągam się w serie nowe.

  12. Wszystkiego, Pyza! A najbardziej tego, byśmy rozegrały kiedyś partyjkę Ankh na Vinnohradach (:

    1. Dzięki :-)! Ba, koniecznie!

  13. Wszystkiego najlepszego!;) Najbardziej ujął mnie punkt o wakacyjnym czytaniu – piękne wspomnienie;)

    1. Dziękuję :-)! Tak, ja też je lubię i obiecuję sobie, że kiedyś znowu sobie takie lato urządzę może ;-).

  14. Na bloga trafiłam, poszukując recenzji literatury czeskiej, której NIC A NIC nie znam. Mam za sobą jedynie "Boginie z Zitkovej" Tuckovej. Jestem ciekawa, co napisałabyś na temat tej surowej opowieści (a może już napisałaś, tylko ja na wpis nie trafiłam). Bardzo mi się podobała. Próbowałam zabrać się za Hrabala w liceum – nie odpowiadał mi. Dziś, kilka lat później, zrobię kolejne podejście. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Albo i nie. Ale nie moją nieznajomość literatury czeskiej miałam komentować.

    Chcę się podzielić moim pierwszym wrażeniem, dotyczącym Ciebie, Twórczynio Tej Strony. Jeśli mogę. Właściwie, nawet jeśli nie mogę, to się podzielę. Zostałam ujęta Twoją wiedzą i umiejętnością pisania, nie będącą tzw. laniem wody. Twoje wpisy są konstruktywne (czyli krytyczne i przekazujące wiedzę – zarówno tę podręcznikową, jak i literacko-życiową, np. doskonałe rozeznanie w tym, co jest literaturą "trudno przyswajalną"). Dobrze się Ciebie czyta. Jesteś osobą, której zdania byłabym ciekawa. Kibicuję Ci i pozdrawiam Was, Czytelników Pierogów Pruskich.

    1. Tučkovej czytałam "Wygnanie Gerty Schnirch" (niestety nie ma jeszcze polskiego tłumaczenia, ale ciągle wierzę, że to kwestia czasu), "Boginie…" od jakiegoś czasu na mnie czekają, ale jak przeczytam, na pewno relacja z lektury się tu pojawi :-). Bardzo gorąco trzymam kciuki za Twoją przygodę z Hrabalem — moim faworytem jest zdecydowanie "Trylogia nymburska", "Wesela w domu" i "Zbyt głośna samotność", ale mam wrażenie, że jego książki można dopasowywać do indywidualnych gustów i wierzę, że każdy u niego znajdzie coś dla siebie.

      Bardzo Ci dziękuję! To szalenie miłe i cieszę się, że Ci się tutaj podoba, i będę się oczywiście dalej starała :-).

  15. Wszystkie najlepszego. I jeszcze trochę do tego!

    Obwoluty to wynalazek dziwny i sam nie wiem, komu potrzebny. Sam miałem tylko jeden pozytywny przypadek styczności z obwolutą – nabyłem egzemplarz "REAMDE" Neala Stephensona po znacznie obniżonej cenie ze względu na nieznacznie zniszczoną obwolutę.

    1. Dziękuję :-)!

      A tak, co do tego obwoluty faktycznie mogą być zaletą :-D.

  16. O, a ja się uśmiechnęłam na tę wzmiankę o czytaniu po ciemku, bo bardzo dobrze to znam. Jednym z najbardziej karkołomnych zadań, jakich się czasem podejmuję, jest czytanie idąc po zmierzchu słabo oświetloną ulicą, ale i to robię, jak mi bardzo szkoda czasu i bardzo chce mi się czytać. Byle do następnej latarni. Za to jeśli chodzi o czytanie w domu, w porze zmierzchu, dochodzi jeszcze jedna rzecz, o której bodaj Ania Shirley w którejś z dalszych części cyklu mówiła – że ciemność za oknem, dopóki nie zaświecisz lampy, wydaje się oswojona, przychodzi jak kot; miła taka jest.
    Wszystkiego dobrego urodzinowo, moc wirtualnych uścisków :). Szkoda, że się jutro jednak nie zobaczymy i uścisków nie uskutecznię na żywo, ale liczę na to, że faktycznie wkrótce jednak się uda nadrobić!

    1. Też lubię ten cytat, ale nie pamiętałam, że to z LMM (zdecydowanie muszę sobie uciąć powtórkę z Aniami, już za długo to planuję, pora uskutecznić ;-)!!).

      Dziękuję! Też szkoda, że taka okazja przepadła, ale kolejną to już wykorzystamy!

  17. Najlepszego! Masz trochę ze mnie (obwoluty i zapominanie o tym co nie na wierzchu) i trochę z Kitka (czytanie po ciemku). Albo my z Ciebie 😛

    1. Dziękuję!

      Możemy chyba śmiało przyjąć hipotezę, że istnieje jakiś zbiór wspólny czytelniczych cech, które w pewnym stopniu podzielamy :-D.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.