O rabuśnikach czyściochów i kangurzakach albo o „Miasteczku jak Alice Springs” N. Shutego (Pikniki z Klasyką #23)

Są takie książki,
które rozkręcają się od połowy. Są też takie, które właściwie
wszystko, co mają do zaoferowania, dają na pierwszych stronach, a
później zasadniczo odsmażają kilka znanych już kotletów.
„Miasteczko jak Alice Springs” należy raczej do tej drugiej
kategorii. Z pewnymi wyjątkami.

O czym to w ogóle
jest?
Pewien starszy wiekiem
prawnik dostaje proste z pozoru zlecenie: ma sporządzić testament
dla pewnego starszego wiekiem Szkota, mieszkańca hoteliku i hodowcy
papug. Ma on właściwie jedno życzenie: po jego śmierci ma
dziedziczyć siostra i jej dzieci – syn i córka. Córka jednak
dopiero po przekroczeniu trzydziestki piątki, gdyż staruszek
niespecjalnie ufa dziewczętom młodszym, jeśli chodzi o finanse. W
międzyczasie wybucha wojna, mrą kolejni krewni i kiedy niedługo po
zakończeniu II wojny światowej prawnik znajduje legalną
spadkobierczynię – czyli właśnie ową córkę, Jean Paget,
okazuje się, że jest ona nie tylko zupełnie inna od wyobrażeń
swego wuja, ale i przeszła wiele w trakcie minionych lat.
Dalej strasznie spojleruję – serio, zwykle staram się nie, ale
tutaj właściwie się nie da inaczej, chcąc napisać to, co chcę
napisać.
No to czego będę
się czepiała?
Bo może o tym
najpierw. Powieść wyraźnie rozpada się na dwie części, spięte
klamrą. Klamrę stanowi sam sposób narracji – wydarzenia opisuje
nam bowiem rzeczony prawnik, rekonstruując je z opowieści, a
później listów Jean, i ze swoich spostrzeżeń. Sprawia to
niekiedy sporo trudności, zwłaszcza jeśli trzymamy się wersji, że
jest to powieść realistyczna – o czym autor stara się nas
przekonać – bo niby jak uwierzyć, że dwudziestokilkulatka
opisuje swojemu siedemdziesięcioletniemu prawnikowi upojne wieczory
z narzeczonym? No, ale mniejsza o to. Pierwsza część
„Miasteczka…” to wspomnienia Jean z wojny, którą spędziła w
Malezji, będąc członkinią marszu śmierci kobiet, których nie
chciał przyjąć żaden obóz jeniecki. Jest to opowieść zajmująca
i przerażająca – autor bazował tu na faktach, chociaż przeniósł
miejsce akcji z Sumatry do Malezji – ale opisana dość specyficzną
manierą, jakby wyzuta z uczuć. Jednym sposobem, by zaznaczyć tu
napięcie i straszliwość losu bohaterek jest kończenie rozdziałów
tam, gdzie dochodzi do jakiejś kulminacji akcji. Poza tym opowieść
przypomina dość beznamiętną kronikę tego, co się działo:
początkowo Jean sugeruje traumy, jakich się nabawiła, ale potem
zdaje się sama o tym nie pamiętać (czy raczej: zapomina o tym
autor).
Żeby nie być gołosłowną: kangurzak (mam nadzieję: zawsze zostaje ten dreszcz niepewności, czy się nie myli biednego zwierzęcia z jakimś jego krewnym). Stąd.
I
tak jak w tej części autor chce nas przekonać, że bohaterka jest
zaradna, przedsiębiorcza i ma głowę na karku pokazując, jak radzi
sobie z porządkowaniem
działań pozostawionych samym sobie kobiet i dzieci, tak w części
drugiej… Hm, ale może po kolei. Otóż kiedy Jean kończy opowieść
przekazuje prawnikowi swoje marzenie: chce zbudować studnię we wsi,
która pozwoliła kobietom w czasie wojny zamieszkać tam i dotrwać
do końca dziejowej zawieruchy. Podczas pobytu tam, budując studnię
i pralnię, bohaterka dowiaduje się, że australijski jeniec
wojenny, z którym w trakcie wojny łączyło ją krótkie, ale
ciepłe uczucie, wcale nie zginął – rusza więc odnaleźć go w
Australii. I tutaj autor dopina Jean ekonomiczne skrzydła, każąc
jej z pomocą odziedziczonego majątku właściwie
postawić całe miasteczko – mnie te fragmenty, oprócz historii o
ratowaniu rannego, bardzo przypominały granie w te wszystkie gry
komputerowe, gdzie Waszym celem jest rozwój jakieś
wsi/cywilizacji/wesołego miasteczka: słowem, zarządzanie
pieniędzmi tak, by mnożyli się mieszkańcy, a Wy klikając w
odpowiednie pola mogli założyć lodziarnię, publiczny basen i
warsztat szewski. To tak
właśnie wygląda ta cała długa część, łącznie z rozmowami o
funduszach, procentach i właściwym lokowaniu kapitału.
Ale
co tam, powieść może być niesamowita i wtedy, kiedy zawiera opisy
lokowania kapitału i stopy procentowe – tylko niestety to nie jest
przypadek „Miasteczka jak Alice Springs”. Dlaczego? Głównie
dlatego, że w tej drugiej części autor zapomina o dzianiu się –
to coś bardziej jak rozbudowana kronika z jednym epizodem ratowania
poszkodowanego. Trochę australijskich realiów, sprowadzających się
do „wszędzie jest daleko, ale samoloty są relatywnie tanie”,
„kiedyś było tu złoto, ale się skończyło”, „mamy ludność
rodzimą i traktujemy ją jak zło konieczne”, „w stodole mi
zamieszkał kangurzak” oraz „okresowe
rzeki pojawiają się i znikają”, też budzi dość ambiwalentne
uczucia. No bo i tu widać to rozpęknięcie się powieści na dwie
części. Bo jakim cudem ta sama Jean, która z takim szacunkiem
odnosi się do ludzi w Malezji (to dotyczy też zresztą sposobu
opisywania rzeczywistości
przez narratora, który w pierwszej części jest w stanie różnicować
nawet zachowania żołnierzy japońskich, w drugiej nie zauważając,
zdaje się, krzywdzącego sposobu opisywania Aborygenów),
w Australii zdaje się nie widzieć,
jak odnosi się do Aborygenów. Ma tylko jedno nagłe olśnienie, że
może jeden z pracowników na farmie jest zmęczony, bo siedział w
siodle niemal dobę – ale i niewiele za tym idzie; narrator zdaje
się sugerować, że to dlatego, że Jean jeszcze nie przywykła do
odczytywania nastrojów z twarzy miejscowych, no, ale, na litość,
dedukcja też widocznie jej w tej Australii nieco opadła.
Ale co, jest aż
tak źle?
Nie, nie będę
udawała, że jest. Jest bowiem w powieści sporo plusów. Ta
niecodzienna rama narratorska – choć niekiedy (vide
scena
opadania sarongu) pęka, to
stanowi zdecydowanie ciekawy zabieg. Ta główna bohaterka, która
niedoceniana okazuje się być samodzielną, odważną młodą
kobietą, która nie da sobie w kaszę dmuchać (no, chyba że w
Australii i to tylko czasami), a także właściwie cała pierwsza
część powieści, to zdecydowanie mocne strony tej historii i jej
wykonania. Czyta się więc przyjemnie, przeskakując od myśli „czy
to powieść obyczajowa” po „ależ cudowny romans!” (wątek
romansowy bowiem, muszę przyznać, jest właśnie taki, jak
powinien: jest dramat, jest trzymanie kciuków za kochanków, jest
wyczekiwane zakończenie – tylko przychodzi jednak trochę za
szybko), a i tłumaczenie dodaje tej powieści nieco nieoczekiwanego
uroku (no, kto zgadnie, kim są „rabuśnicy czyściochów”, o
których wspominam w tytule?). Widać jednak, że autor nie
wykorzystał w pełni potencjału Australii – czytając o Malezji,
czy jak wówczas mówiono o Malajach, nie miałam takiego odczucia –
trochę skupiając się na radości, że umieścił tam akcję w
ogóle, a trochę za dużo czasu poświęcając motywowi beznadziei,
żeby później dać Jean okazję wyrwać z tejże okolicę.
Ale
tak, czyta się szybko, tego nie mogę powieści odmówić, a
zasadniczo są takie chwile, kiedy to dokładnie ta cecha, jakiej się
w książce poszukuje.
*** 
Koniecznie
przeczytajcie dzisiejszy wpis Tarniny i chodźcie porozmawiać!
Dzisiaj dyskutujemy tutaj, a za miesiąc spotykamy się wokół
książki „24 godziny z życia kobiety” Stefana Zweiga.
Zapraszamy!

18 thoughts on “O rabuśnikach czyściochów i kangurzakach albo o „Miasteczku jak Alice Springs” N. Shutego (Pikniki z Klasyką #23)

  1. No cóż, właściwie znowu się zgadzamy. Może z wyjątkiem tego, że mnie akurat romans rozczarował. To znaczy akurat ta scena, o której piszesz, a o której na pewno młoda kobieta nie opowiadałaby starszemu panu, z którym łączą ją relacje zawodowe (tak, też na to zwróciłam uwagę ;)), a podczas której zawarto rozsądny kompromis pomiędzy Zasadami a realiami życia dosyć mi się podobała. Tylko potem było już bardzo mdło i właściwie nic się między bohaterami nie działo.

    1. Tak, to dziwne uczucie, kiedy czyta się czyjąś notkę i spostrzeżenia są takie podobne :-). Mnie chyba najbardziej w "Miasteczku…" rozczarowało to bezrefleksyjne przejście z Malajów do Australii, jeśli chodzi o stosunek do ludzi tam mieszkających, oraz ta pochwała kapitalizmu (bo nie wiem, jak to odpowiednio nazwać) w części drugiej. I ona, faktycznie, totalnie wygasza część romansową. Głównie bowiem chodzi o to, jaki bar otworzyć — mimo że znalazło się tam kilka wątków obyczajowych (dziewczyna w niechcianej ciąży), to dość szybko i je autor powygaszał…

      A tłumaczenie Cię ani trochę nie ujęło? Nic a nic? Mnie bawiło ogromnie ;-). "Rabuśnik czyściochów" chyba na dobre wejdzie do mojego słownika ;-).

    2. Ojej, po paru stronach stwierdziła, że jak mam zamiar przeczytać, książkę, to muszę po angielsku, bo po polsku nie dam rady. Ale miałam pod ręką polskie wydanie, więc jak natrafiałam na zwroty, których nie potrafiłam dokładnie zrozumieć, to zaglądałam do przekładu. Niestety po to tylko, żeby się przekonać, że tłumaczka też nie rozumiała. Rabuśnik czyściochów, tak teraz rozumiem 😉 Ale poważnie, niektóre fragmenty są też przetłumaczone niezgodnie ze znaczeniem oryginału.

      Jeszcze co do sposobu mówienia bohaterów, o czym wspomniała niżej Aithne. Akurat to, że Jean zwracając się do ukochanego, ciągle powtarza jego imię, nie zwróciło mojej uwagi. Nie wydaje mi się to szczególnie nienaturalne. Natomiast wysiłki Shute'a w celu oddania sposobu mówienia Australijczyków wydały mi się co najwyżej średnio udane.

    3. Zerknęłam na oceny, jakie ma "Miasteczko…" na Good Reads i tam faktycznie sporo osób narzeka na to imitowanie sposobu mówienia Australijczyków — zwłaszcza, jak widzę z Australii, czyli chyba przedobrzył ;-).

  2. ("24 godziny z życia kobiety" – od dawna je sobie obiecuję, a właściwie odkąd przeczytałam mistrzowską "Dziewczynę z poczty" i genialną "Niecierpliwość serca". Mam nadzieję, że zdążę – wspólne czytanie to jest to! 😉 )

  3. Zmotywowałyście mnie do przeczytania i… I nic z Wami nie podyskutuję, bo ze wszystkim się zgadzam ;).

    Mnie w tej książce trochę irytował, a trochę przerażał sam punkt wyjścia: bohaterka pracująca w Malezji w jakiejś firmie zajmującej się produkcją kauczuku. Po "Duchu króla Leopolda" na sam dźwięk słowa "kauczuk" robi mi się słabo – już widzę, co tam się wyrabiało, podczas gdy panna Paget siedziała sobie w biurze. A z drugiej strony non stop kojarzyły mi się "Birmańskie dni" Orwella: te wszystkie memsahib, co to pół życia przeżyły w Malezji, ale po malezyjsku to ani be, ani me – no, może na tyle, żeby móc wydawać polecenia służbie. I ta kobieta, co to poinformowała Japończyków, że one są Angielkami i nie będą spać na podłodze, jak zwierzęta! Wspaniałe wyczucie sytuacji. To znaczy, ja wiem, że tak to wtedy wyglądało i w pewien sposób to doceniam, ale nie zmienia to faktu, że zęby mi zgrzytały.

    Ha, też próbowałam sobie wyobrazić, jak niby Jean opisała swojemu prawnikowi ten opadający sarong etc., ale mnie to przerosło ;).

    A nie uważacie, że wątek zakochania tego prawnika (imię mi uciekło) w Jean jest tu bardzo ładnie opisany? Moment, w którym po raz pierwszy przyznaje się do tego otwartym tekstem (…prawie, bo oczywiście zaprzecza ;)), podobał mi się może nawet najbardziej z całej powieści. To Shute'owi wyszło.

    I jeszcze: mnie najbardziej irytowała dziwna maniera bohaterki, która w drugiej części każde zdanie skierowane do Joe kończy jego imieniem. 'What do you mean, Joe?' 'Are you tired, Joe' 'Joe, do you think people would like a swimming pool?'. Bez wyolbrzymiania, 'Joe' pojawia się przynajmniej w co drugim zdaniu dialogu, po kilka razy na stronę. Zachowano to paskudztwo w tłumaczeniu? Bo to niby mała rzecz, a doprowadzała mnie do szału (i podejrzewam, że miała niemały wpływ na moją ocenę książki ;)).

    1. No jakoś widocznie nie udało się nam spolaryzować opinii przy tej powieści ;-).

      Tak, to prawda — chociaż Shute stara się nam to przedstawić neutralnie: rodzinna profesja, Jean mówi po malezyjsku, duch kolonialny wychodzi z niej dopiero w Australii i to w sumie autor stara się jakoś łagodzić (kiedy każe bohaterce zauważyć, że pracownik jest zmęczony — ale już nie, kiedy pokazuje nam, że jej pomysł segregowanej restauracji jest genialny). Podobało mi się też, że japońscy żołnierze są bardzo zróżnicowani, nie są wszyscy czarnymi charakterami.

      Tak! Zgadzam się, to uczucie prawnika do Jean jest faktycznie bardzo ładnie pokazane, jak się rodzi i jak on zdaje sobie sprawę, że nic z tego nie będzie, bo Joe żyje (ale na wszelki wypadek przetestuje jeszcze Australijczyka, czy faktycznie porządny z niego chłop). Szkoda w sumie, że w tej drugiej części autor i z tego rezygnuje, stawiając w 90% na sytuację "dobrotliwy, starszy wujek obserwuje brawurową karierę młodej podopiecznej".

      A wiesz, że nie zwróciłam na to uwagi? Tarnino, a Ty? Za to, Aithne, musisz mi powiedzieć, jak są w oryginale "rabuśnicy czyściochów"! Skąd to się wzięło ;-).

    2. 'Poddy dodgers'! Cokolwiek by to miało oryginalnie znaczyć ^^.

      O tak, podejście do japońskich generałów też mnie zaskoczyło, to się nawet w bardziej współczesnych powieściach rzadko zdarza… A potem nagle ta Australia. Segregowana restauracja aż tak mnie nie uderzyła, bo Jean jest tam ostatecznie outsiderką i odebrałam to bardziej tak, że próbuje się wpisać w miejscowe zwyczaje, niezależnie od własnych poglądów (które zresztą zdawały mi się, nie po raz pierwszy, dziwnie niesprecyzowane…) – ale to jej zdumienie i w sumie nawet politowanie dla mężczyzny, który ożenił się z Aborygenką… Której w ogóle nie znała, dziewczyna mignęła jej raz przed oczami… Ja nie wiem, czy to bohaterka miała rozdwojenie jaźni, czy autor.

      Tak na marginesie, ten ich japoński tak bardzo nie jest japońskim – nie wiem, czy to celowe (tzn. bohaterowie znają słówka tylko ze słyszenia i kulawo im to wychodzi), czy to autor usłyszał gdzieś trzy słowa na krzyż i postanowił je wykorzystać ;).

    3. Dziękuję, czuję się usatysfakcjonowana tą informacją :-D.

      Mnie ta restauracja tak bardzo uderzyła z dwóch powodów: to pierwszy wyłom w dotychczasowym postępowaniu Jean oraz jest to przedstawiane jako bardzo światła, nowoczesna myśl. Coś zupełnie pozytywnego, nawet nie neutralnego, ale coś, nad czym czytelnik ma westchnąć z zachwytem. I z tego powodu tak mocno utkwiło mi to w pamięci.

      Natomiast co do tego wątku mieszanego małżeństwa, to nie jestem pewna jego wydźwięku. Bo z jednej strony oczywiście może się on wpisywać w narrację "zbudujmy tu basen, bo kobiety wyjeżdżają!" oraz to, o czym była mowa wcześniej, czyli że Jean była przyzwyczajona do tego, że małżeństwa mieszane nie były dobrze widziane, stąd te szybko wychodzące za mąż pracowniczki jej firmy na Malajach. Ale w tym, jak Jean mówi o tym konkretnym małżeństwie jest też, hm… Nuta jakiegoś podziwu…? Nie miałyście takiego wrażenia?

      A przy okazji: a jakie wrażenie zrobiła na Was Jean szyjąca but ;-)?

    4. Przepraszam, że się wczoraj nie włączyłam w waszą wymianę zdań… Zacznę od końca 🙂

      Jean szyjąca but strasznie mi zaimponowała 😉 Też chciałabym potrafić uszyć zdatny do użytku but! Ale uszyłam za to dwie skórzane torebki i wiem, że takie rzeczy domowym sposobem bez profesjonalnych narzędzi jest bardo trudno robić, więc tę historię z butem wkładam raczej miedzy bajki 🙂 Ale skoro już o butach i torebkach… Jean chciała rzucić swoją pracę sekretarki (swoją drogą sekretarka, która naprawdę zna się na produkcji firmy – to godne podziwu!) bo nie warto poświęcać życia na robienie torebek dla bogatych paniuś. Po czym wyjeżdża do Australii i zakłada firmę, która robi dokładnie to samo. To chyba "drobna" niekonsekwencja. Ale oczywiście nabijanie kiesy komuś innemu a sobie to dwie całkowicie różne rzeczy. Mnie jeszcze jest szkoda aligatorów…

      Jeśli chodzi o mężczyznę, który związał się z Aborygenką – nie, Pyzo, absolutnie nie miałam takiego wrażenia. Wydaje mi się, że Jean, narrator i autor przedstawili to tak: kulturalny biały mężczyzna ach, jak nisko upadł! No ale trzeba go zrozumieć, bo przecież w promieniu setek mil nie ma żadnej białej kobiety i mężczyzna może poczuć się samotny. Ja widziałam inny obrazek, bo on był starszy, a ona bardzo młoda i ta sytuacja bardzo nieprzyjemnie skojarzyła mi się z właścicielem plantacji biorącym sobie do łóżka czarną niewolnicę. Jean współczuje mężczyźnie, że "musiał" wziąć prymitywną Aborygenkę (bo tak ją widzi, choć, jak zauważyła Aithne, nie zamieniła z nią ani słowa), ja współczuję dziewczynie, która miała prawo oczekiwać więcej od życia.

      W ogóle jeśli chodzi o to kolonialno-rasistowskie spojrzenie… nie całkiem zgadzam się z Pyzą, że to się ujawnia dopiero w części australijskiej. Ten malajski, przedwojenny etap życia Jean widzę raczej tak jak Aithne – dla białej dziewczyny był to raj na ziemi, ale nikt się nie zastanawia, na czym jest ten dobrobyt oparty.

      Wiecie, właściwie to na początku wyobrażałam sobie, że o tym właśnie będzie ta książka, o uczeniu się szacunku wobec tych, których przedtem albo się w ogóle nie zauważało, albo traktowało z lekceważenie czy pogardą. I w tej części wojennej wydaje się, że tak właśnie będzie. Bo nawet, jak zauważyłyście, Japończycy są przedstawieni w zaskakująco zniuansowany sposób. Jean pewnie od początku była lepiej nastawiona do Malajów niż większość Angielek (nauczyła się języka), a w czasie wojny poznała ich lepiej,starała się ich zrozumieć i zaczęła szanować. Bardzo podobała mi się też postawa Jean wracającej do wioski, która dała jej schronienie podczas wojny. I to się zupełnie nie klei z tym, jak Jean myślała i co robiła po przyjeździe do Australii.

    5. Jestem tu z Tarniną – też w podejściu Jean do tego białego mężczyzny i jego żony-Aborygenki nie dopatrzyłam się żadnego podziwu, widziałam tylko taką pobłażliwość przemieszaną z wyrozumiałością – oczywiście tylko wobec niego. O Aborygence wiemy tylko tyle, że bawi się bez przerwy z pieskiem, co miało chyba udowodnić, że jest dziecinna i na żonę poważnego białego człowieka się nie nadaje. A z drugiej strony, mamy też ten moment x stron później, kiedy Jean czuje się samotna i czerpie pociechę z towarzystwa zwierząt, i nagle czuje jakąś empatię wobec tej nieznanej dziewczyny z pieskiem. Co mogłoby być ładnym komentarzem do jej wcześniejszego podejścia, tylko że… no właśnie, to znów donikąd nie prowadzi, bo Aborygeni stanowią tu tylko tło dla "bardziej interesujących" wydarzeń.

      Też uważam, że się to wszystko nie klei – bo np. ta pielęgniarka z Malajów, co to wyszła za mąż za Chińczyka, jest już przedstawiona zupełnie inaczej. Tu faktycznie czułam u Jean i sympatię, i nutę podziwu. A może to zależy od płci? Kobietom wolno wychodzić za nie-białych, ale mężczyznom już nie?

      A pamiętacie pierwsze spotkanie Jean i świętego Joe? (Nb, motyw robienia z Joe drugiego Jezusa bardzo mi się podobał ^^). Chodzi mi o rozdźwięk między traktowaniem miejscowych kobiet a "cywilizowanych" Angielek. O ciemnoskórych kobietach można powiedzieć "Ej, powiedz tym cholernym babom, żeby stanęły se gdzie indziej, bo mi słońce zasłaniają!", ale jak się okaże, że to nie Malajki, a opalone Angielki, to nagle robi się wstyd i trzeba za te słowa przepraszać. Ale refleksji nad tym fenomenem – zero. Również u Jean. I u narratora.

      But mnie znudził ;). W ogóle wszystkie te kwestie biznesowe mnie nudziły; były tak strasznie sucho, drobiazgowo opisane. Zdecydowanie wolałam część Malezyjską :).

    6. Wiecie, ja nie mam żadnych "twardych" dowodów za swoją tezą, to było coś w rodzaju aury sceny, w której Jean dowiedziała się o tym związku (swoją drogą, racja, jest jeszcze związek pielęgniarki i Chińczyka, który jest przez społeczność również ostracyzowany — ten australijski chyba mniej, bo mężczyzna jest wysoko w społeczności, która w dodatku cierpi na ciągle przypominany czytelnikowi niedobór młodych kobiet, które wolą wyjechać). Zresztą — też w świetle tego, co Tarnina wspomina o tłumaczeniu — może dałam się zwieść, chcąc dać jeden plus więcej Jean ;-).

      Co do buta: mnie się w ogóle wydawało, że to mocno nierzeczywiste, bo jakim cudem ona nagle wie, jak zrobić but, skoro była w tej firmie sekretarką? Ale zapewne ta scena miała posłużyć ukazaniu nam zaradności Jean, która to cecha zdominowała australijską część książki. I tutaj zgadzam się, to robienie "na swoim" zdaje się być czymś zupełnie innym niż praca w firmie w Londynie, wartościowanym w świecie przedstawionym dużo wyżej. No i chyba o to też chodzi: żeby pokazać, że w Australii dalej jest to metaforyczne tym razem "złoto", tylko że trzeba je wydobywać własnymi siłami, nie pojawi się samo, z natury.

      Właśnie, przy okazji, skoro pojawił nam się już Joe: a co myślicie o tej postaci?

    7. Hmmm… Joe. Joe jest jak cała książka – lepszy w części malajskiej 😉 Teoretycznie to jest wspaniała postać, ale coś mi w nim "zgrzyta". (I nie chodzi mi już o kwestie stosunku do osób o innym kolorze skóry, umówmy się, że to już mamy przedyskutowane). Właściwie to cały czas miałam wrażenie, że on i Jean nie bardzo do siebie pasują. Może to kwestia tego, że autor niezbyt sobie poradził z australijską stylizacją językową i przez to Joe wydaje się jakiś taki infantylny i mało inteligentny. Wiem, że Jean też nie była intelektualistką, ale jednak jej postać odbiera się zupełnie inaczej. Dlatego ten cały watek romansowy jest dla mnie jednak dosyć rozczarowujący. Po pierwsze, co Jean tak naprawdę w nim widziała? Przecież nie wyszła za niego z wdzięczności. A po drugie, być może łatwiej byłoby mi uwierzyć w ten związek, gdyby autor pokazał, że bohaterowie nad nim pracują. Tymczasem pobierają się ludzie, którzy znają się bardzo słabo, a jednak wszystko układa się między nimi idealnie – ot tak po prostu, podczas gdy oboje właściwie całą energię kierują na pracę.

    8. To prawda — chociaż trzymałam kciuki za bohaterów (ba, byłam pewna, że jednak Joe zginął, a ów zapowiadany na okładce ktoś, z kim Jean się odnajdzie, to będzie jej brat Donald — swoją drogą bohater, któremu niespecjalnie oddaje się w fabule sprawiedliwość; odniosłam nawet wrażenie, że Jean właściwie zbyła jego śmierć wzruszeniem ramion) i ucieszyłam się z wolty fabularnej, to w części australijskiej Joe zupełnie w sumie znika. Ale może właśnie jakiegoś rodzaju "morał", którym chce nas pouczyć autor, jest taki, jak piszesz, Tarnino: że oni będą ze sobą szczęśliwi, bo dużo pracują ;-)?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *