Hiszpańska wariacja albo o „Mnichu” M. G. Lewisa

Szaleństwo! Czego
tutaj nie ma: lubieżni mnisi, szatańskie sługi, zdeprawowane przez
władzę przeorysze, niewinne prześladowane dziewice, upiory,
niemieccy zbójcy, Lucyfer, mroczne zamczyska, markiz de Las
Cisternas… Słowem, absolutnie wszystko. Jak się to czyta po 223
latach od premiery?

Jak to jak –
fenomenalnie! Zasiadłam sobie z „Mnichem” w mym kąciku w
czwartek, a w sobotę zakończyłam lekturę, co już od dawna mi się
nie przydarzyło w przypadku dość pokaźnej książki. A zatem:
„Mnich” wciąga. Zanim jednak przejdę do postawienia sobie
kluczowego pytania (powieść przeczytałam w ramach wyzwania„Klasyczna groza” – tak, tak, nie czyta człowiek horrorów,
jest pewien, że ich nie lubi, a potem zakłada bloga i ani się
obejrzy, a czyta klasyczną grozę!), powinnam chyba tym, którzy z
powieścią Lewisa się nie zetknęli, odpowiedzieć na pytanie o
czym to właściwie jest
?
„Mnich” składa się z
kilku historii powiązanych ze sobą miejscem dziania się
(odpowiednio udramatyzowana południowa Europa ucharakteryzowana na
katolicką Hiszpanię w apogeum czegoś na kształt średniowiecza) i
więzami pokrewieństwa między bohaterami. Rajmond mrze z tęsknoty
za Agnes, która trafiła do zakonu klarysek myśląc, że ukochany
ją porzucił. Brat Agnes z kolei, Lorenzo, zakochuje się od
pierwszego wrażenia w ślicznej i uroczej Antonii, półsieroty
skazanej na bogatszych krewnych, która właśnie sprowadziła się
do Madrytu. Tam wysłuchuje kazań popularnego kaznodziei, opata
kapucynów, Ambrozja. Sam
Ambrozjo zaczyna właśnie przeżywać kryzys wiary, bo co takiego
właściwie czuje do swojego współbrata, Rosaria, skrywającego
mroczną tajemnicę?
Popatrzmy sobie w
przerwach na burzę i napór na niemieckich płótnach, bo czemuż by
nie. Zwłaszcza że The Metropolitan Museum of Art udostępniłosporo swoich zbiorów na wolnej licencji. Tutaj Caspar David
Friedrich i dwóch mężczyzn obserwujących księżyc, ok. 1825 roku
(co poradzę, lubię ten obraz!).
Jak widzicie,
„Mnich” to samo piękno&dobro gotyckich powieści. Jest tam
odpowiedni sztafaż (mroczne katedry, lochy, nawiedzane zamczyska),
stylizacja na dzianie się w dalekich krainach (od Hiszpanio-Włoch
po Niemcy), odpowiednia dawka okropności (upiory, duchy, widziadła,
demony). Ale, ale – czym że nas autor straszy? Bo widzicie, można
by „Mnicha” dzisiaj potraktować z przymrużeniem oka, jest tam
sporo elementów, które nie tyle straszą dziś, co śmieszą:
  1. Jeden z
    bohaterów przez przypadek zamiast ukochanej przebranej za upiora, by
    tak uciec z zamku, porywa prawdziwego upiora. Tak, tak, nie
    przewidziało się Wam. Porywa upiora. 
  2. Wszyscy okazują
    się być ze wszystkimi spokrewnieni. Nawet jeśli nie ma to już
    większego sensu w fabule, cudownie odnaleziony, acz nie wiadomo
    kiedy i jak stracony, syn odnajdzie się trochę na zasadzie lisa ze
    znanego kawału (wiecie: „a to był on!”).
  3. Jeśli wydawało
    się Wam, że Clark Kent był słabo przebrany, to jeszcze nic. W
    świecie „Mnicha” wystarczy narzucić na głowę kaptur albo
    zapuścić trochę dłuższe włosy i nikt Was nie rozpozna.
  4. Nagła amnezja
    występuje często i pozwala na cofanie bohaterów, jeśli chodzi o
    zasób informacji, jakie posiadają. Lubieżny mnich dobiera się do
    bohaterki? Nie szkodzi, dla dobra fabuły zapomni o tym i uzna, że
    warto mu zaufać.
  5. Do woreczka pod
    tytułem „bingo wszystkiego, co da się tu zmieścić” autor
    dorzuci inspiracje Sturm und Drang (ach, ci zbójcy!), ale nie
    obejdzie się i bez magicznego napoju sprowadzającego stan bliższy
    śmierci.
  6. Czy wszystko
    musi z siebie tak znowu wynikać? A skąd, przecież zawsze warto
    zatrzymać się na pięćdziesiąt stron i posłuchać luźno
    związanej z głównym tematem opowieści bohatera o jego
    przejściach, która służy temu, by dopełnić zobowiązań z
    punktu (5) i wprowadzeniu jednego, dość pobocznego charakteru.
  7. Zarówno
    „Hiszpania”, „katolicyzm” jak i „Niemcy” służą za dość
    pojemne pudełka, gdzie da się wrzucić i porządnie zamieszać to,
    co służy budowaniu grozy. Teologia tego świata jest zresztą dość
    specyficzna (ale i charakterystyczna dla wyspiarskiej grozy: przecież
    M. R. James też lubi postraszyć katolikami), bo bierze to, co
    najważniejsze z intrygującego otoczenia (wiecie: katedry, opaci,
    mnisi, zakony kontemplacyjne, inkwizycja) i przedstawia to w dość
    specyficznych kombinacjach. Podobnie z miejscami dziania się: w
    Hiszpanii Lewisa mówi się trochę po włosku, a trochę po
    hiszpańsku, zaś księstwa niemieckie to głównie wielkie bory. 
Lewis napisał tę
powieść, trochę się nudząc, w Hadze – i widać, że starał
się przede wszystkim dostarczyć (sobie i) czytelnikowi rozrywki.
Sprawdza się to do dzisiaj fenomenalnie, bo trudno się na „Mnichu”
nudzić, oczywiście wcześniej zawieszając niewiarę na odpowiednim
kołku. Przy okazji zaś wyczuł fenomenalnie swoją epokę: sam
inspirował się (znał i Goethego, i Byrona, i Mary Shelley – a po
przeczytaniu „Cierpień młodego Wertera” ironizował w liście
do matki, żeby się nie zdziwiła, jak ulegnie rozpoczętej przez tę
książkę modzie) i inspirował innych. Już samo to sprawia, że
czytanie „Mnicha” staje się ciekawą podróżą przed podwaliny
europejskiej powieści, nie tylko grozy. Ale, jak wspominałam,
chciałam tutaj spróbować odpowiedzieć na pytanie: co tak
właściwie do dzisiaj pozostaje straszne w tej powieści? Bo nie
wiem, jak Wy – ale ja niespecjalnie bałam się broczącej krwią
mniszki, straszliwej przeoryszy i zbójców spod Strasbourga (no
dobrze, ci ostatni są dość Grimmowi, nie narzekam więc). 
A tutaj Julius
von Leypold i wędrowiec w trakcie burzy z roku 1835.
Otóż powieść ta,
choć szafuje odpowiednimi elementami gotyckiego entourage’u
aż miło, jest przede wszystkim bardzo realistyczna w tym, co do
dzisiaj każe się bać. Bo wiecie, do tych wymienionych już
elementów sam autor podchodzi z dość dużym przekąsem, każąc
bohaterom podśmiewywać się z nich albo wprowadzając rozbijające
je nieco wątki humorystyczne (gospodyni, która boi się, że jej
dom został nawiedzony, więc za wszelką cenę próbuje namówić
sąsiada, żeby się wreszcie z nią ożenił). Ale bardzo serio
podchodzi do dwóch kwestii: przemocy wobec słabszych – czy to
klasowo, czy w związku z trudną sytuacją życiową, czy
podporządkowaniem w hierarchii, czy, wreszcie, w związku z płcią,
oraz do problemu wytykania innym błędów, które samemu łatwo
popełnić, skąd tylko o krok od hipokryzji w – całkiem w
„Mnichu” dosłowną – przepaść.
Jeśli
chodzi o tę przemoc, to chociaż Lewis doskonale buduje napięcie i
myli czytelnika (zresztą jako całkiem sprawny i popularny w swoim
czasie dramatopisarz miał w tym wprawę), to ostatecznie pozwala, by
przynajmniej jedna z jego bohaterek skończyła życie w budzących
prawdziwą, realną grozę okolicznościach. I wiecie, tak jak można
się podśmiewywać z niektórych rozwiązań fabularnych i sposób
opisu, dzisiaj archaicznych, to to, w jaki sposób Lewis pisze o
gwałcie, pozostało jak najbardziej realnie przerażające. To, co
gorszyło jemu współczesnych dzisiaj pozostaje mocnym opisem
przemocy seksualnej. Pod tym
względem studium dokonującego jej czarnego charakteru jest również
bardzo złożone: pokazuje bowiem i nieodparte pragnienie, które go
ku temu pcha (i, w powieści, jest to realny demon – można to
jednak odczytać też jako silną metaforę), i obrzydzenie, jakie po
fakcie czuje do siebie i do obiektu swoich prześladowań. A przecież
pod koniec XVIII wieku można się było nie spodziewać takiego
rysunku psychicznego sprawcy.
Całe
przesłanie „Mnicha”, bo przecież jakiś morał Lewis w niego
jednak wpisał, potęguje jeszcze nieco oderwany ostatni fragment,
coś jak odezwa do czytelnika/czytelniczki, żeby miał/a się na
baczności. Bo rozrywka rozrywką, ale jednak – chociaż może nie
żeby od razu podpisywać cyrograf – łatwo się dać skusić na
zauważenie w innych wad, którymi łatwo się podbudować. A kto
wie, może stąd tylko krok do tego, żeby jakiś rodzaj kosmicznej
karmy do takiego kogoś wrócił? Że tak zakończę teologicznym
misz-maszem, w końcu było nie było pisałam tutaj o „Mnichu”.

20 Replies to “Hiszpańska wariacja albo o „Mnichu” M. G. Lewisa”

  1. Podpisuję się pod Twoją recenzją obiema rękami 🙂 Czego to w tym "Mnichu" nie ma 😉

    1. Czasami trochę nie ma umiaru ;-). Ale właściwie rozumiem, czemu Lewis tak to napisał (a i konwencje powieści gotyckiej były, jakie były — on coś tutaj, jak pisze w posłowiu Zofia Sinko, i tak dołożył, te wszystkie naturalistyczne elementy), także nie mogę mieć pretensji ;-).

  2. Oj… chcę wziąć udział w tym wyzwaniu…

    1. Myślę, że Luka Rhei nie będzie miała nic przeciwko, zajrzyj koniecznie na Przestrzenie Tekstu! 🙂 We wpisach wyzwaniowych można zgłosić chęć udziału :-).

  3. Czytałam Mnicha niedawno, na potrzeby pracy naukowej, jednak gdybym w ogóle robiła podział na książki czytane dla siebie i na uczelnię, nie byłabym w stanie potraktować go jak typowej ,,lektury". Po prostu mnie urzekł. Coś jest w tej powieści, czego jeszcze nie potrafię nazwać, ale trafia w punkt jeżeli chodzi o mój gust. jest mroczna, ale nie na tyle straszna, bym nie mogła potem spać. Pokazuje tragedie, ale nie w takiej ilości, bym krzywiła się z niesmakiem na przedmiotowe traktowanie ludzkiej śmierci. A przede wszystkim ma głęboki, psychologiczny dramat, który dla mnie jest naprawdę wstrząsający. Stwierdzenie, że polubiłam i dobrze zrozumiałam postać tytułowego mnicha jest dość ryzykowne, ale tak właśnie było. To najlepiej ,,zrobiony" bohater i do końca trzymałam za niego kciuki, a na koniec – moja współlokatorka świadkiem – naprawdę przeżywałam jego upadek. Tylko to ostatnie stwierdzenie, gdzie wychodziły owe fantastyczne więzy pokrewieństwa – to już była mała przesada.

    1. Tak, on nie jest straszny tą grozą, która sprawia, że człowiek w nocy boi się pójść do łazienki, bo jest przekonany, że to coś, co siedzi pod jego łóżkiem, złapie go za kostkę ;-). Natomiast jest bardzo straszny, jeśli chodzi o pokazywanie przemocy wobec słabszych i absolutnie straszny, jeśli chodzi o pokazywanie przemocy na tle seksualnym. Szczerze mówiąc — mimo że Lewis już na początku to zapowiada, w scenie ze snem Lorenza — nie sądziła, że Ambrozjo dopnie swego.

      Tak, przesada, zgadzam się, bo to wszystko było straszne i bez tego. No, ale widocznie autor nie chciał sobie darować. I zgadzam się też, Ambrozjo to nie jest taki typowy "czarny charakter", Lewis go cieniuje, i tym straszniej się właśnie o nim czyta — bo jest zwyczajny i potyka się, zanim spada, a nie dąży do samozagłady, "bo tak".

  4. Oj tak, jest coś takiego w "Mnichu", że wciąga do dziś (chciałoby się powiedzieć: piekielnie!), choć niektóre fragmenty są, no cóż… raczej zabawne dla współczesnego czytelnika 😉 Ale przemiana Ambrozja – o, to jest pysznie opisane!

    1. Widzę, że się zgadzamy :-). Mnie fascynuje jednak to, że choć niektóre rzeczy dziś bawią, zamiast straszyć (moim faworytem jest pomyłkowe porwanie upiora), to pozostało tam sporo kwestii, które do dzisiaj są autentycznie przerażające.

    2. To prawda, ta książka się troszkę zestarzała, ale można ją czytać z zaangażowaniem i dziś (czego Ty i ja dowodem), a tak jak piszesz, przykładowo scena gwałtu dalej poraża opisem okrucieństwa.

    3. Ano właśnie: ja bym jeszcze dodała, że nie zestarzała się w nieprzyjemny sposób — ani ta forma jakoś dzisiaj nie razi (a dostarcza rozrywki raczej), ani postaci (a o to przecież najłatwiej), rażą może rozwiązania fabularne, ale można je przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza jako sztafaż niezbędny w epoce — i generalnie nie trzeba się jakoś specjalnie przez powieść przedzierać.

      A czy to nowe wydanie (bo podejrzałam u Ciebie, że właśnie je czytałaś) to też tłumaczenie Zofii Sinko? Bo mnie na przykład ono się bardzo podobało, bo podbijało klimat — chociaż nie jest wolne od różnego rodzaju "spektatorów" i "wszystko zawisło na tym" — ale zastanawiam się, jak mógłby brzmieć "Mnich" po polsku, gdyby go ktoś przełożył teraz :-).

    4. Tak, tłumaczenie jest to samo, tylko w nowym wydaniu jest jeszcze ciekawe posłowie autorstwa Macieja Płazy.

      Też byłam zaskoczona, jak łatwo się tę powieść czyta, a różnie bywa oczywiście z tymi gotyckimi utworami (wiele to na pewno kwestia tłumacza, ale też i umiejętności pisarza). Pamiętam, że gdy czytałam opowiadania Le Fanu to już momentami raziła po oczach ta "wiekowość" dzieła i odczuwałam znużenie niektórymi tekstami, a przy "Mnichu" nie miałam takiego uczucia 😉

    5. Z Le Fanu nie miałam jeszcze żadnej styczności, ale kto wie, myślałam, żeby może kiedyś po niego sięgnąć, wtedy zobaczę :-). Czyli jednak Lewis miał jakieś wyczucie czasu, może też przez to, że już jak na swoją epokę rozpychał ramy powieści gotyckiej?

    6. Możliwe 🙂 Ja Le Fanu czytałam "W ciemnym zwierciadle" i nie wiem, czy to kwestia tego, że jest to zbiór opowiadań(a one, jak wiadomo, zwykle nie są na równym poziomie, czy to teksty jednego autora, czy antologia dzieł różnych pisarzy), czy, no cóż, lekkiego braku umiejętności 😉 Ale "Carmilla" Le Fanu jest wybornie wampiryczna 🙂

    7. Będę ją mieć w takim razie w pamięci przy okazji wyzwania, jeśli będzie o wampirach :-). Zobaczymy, może akurat :-).

  5. Czytałem jeszcze na studiach, ale czytałem z przyjemnością. Pamiętam też właśnie, że "Hiszpania" i "katolicyzm" były właśnie takimi stałymi elementami powieści gotyckich. Ten drugi był źródłem wszelkiego zła i deprawacji, bardzo wesoło.

    1. Wiesz, całe otoczenie, te roczne katedry i klasztory nieźle pasują na mroczny entourage takich historii, więc czemu się dziwić :-). Ale pisałam też kiedyś, że taki M. R. James bardzo lubił używać katolickiego sztafażu, by postraszyć czytelników, więc może to dodatkowa kwestia związana z wyspiarskimi powieściami/opowiadaniami grozy? Bo w krajach przeważnie katolickich chyba aż tak się znowu nie straszny (pytanie, czy następuje sytuacja odwrotna i straszy się, na przykład, analogicznie protestantami?).

  6. Tak myślałam, czy aby nie będę się śmiać z "Mnicha". Bo te Twoje przykłady mnie powaliły 😉 Jeśli Lewis pisał "Mnicha" dla rozrywki, to i tak można go po części traktować, więc i nie doszukiwać współcześnie strasznych rzeczy. Bardzo mi się podoba. Jesteś już drugą osobą, która mnie zupełnie do "Mnicha" przekonuje – tym razem od całkiem innej strony 🙂

    1. Z jednej strony czasem trudno się nie śmiać (spróbuj na bieżąco streszczać akcję komuś znajomemu, gwarantuję, że zabawa jest przednia ;-)), z drugiej jest tam cały wątek, który pozostał przerażający mimo całej tej formy, więc Lewisa ze wszech miar warto czytać, także aby się pobać. No i ta historia po prostu wciąga ;-).

  7. Jak dla mnie, ponadczasowa książka, wciąga w taki nieco inny sposób, czasem lekko niepokojący, kiedy indziej nieco zabawny, jednak z niezwykle imponującą wyobraźnią i znajomością ludzkiej natury. 🙂
    Bookendorfina

    1. Mam wrażenie, że Lewis chciał czasami dodać zbyt wiele wątków, które znał i które były wówczas na topie (widzę go oczyma wyobraźni, jak siedzi i nudzi się w Hadze, więc stwierdza "a, dorzucę jeszcze jakiegoś zbójcę!"), ale czyta się faktycznie nadal świetnie :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.