Melancholia maszyny liczącej albo o wędrowaniu z książką

Czy podczas podróży
korzystacie z przewodników? Przewodniki to taka specyficzna gałąź
literatury: teoretycznie można je czytać od deski do deski – nikt
nam w końcu nie broni – ale w praktyce korzystamy z nich „na
miejscu”, czyli kiedy spacerujemy po przestrzeni, w którą się
wybraliśmy. Albo przygotowując się do podróży. O samych
przewodnikach i ich roli w windowaniu poziomu czytelnictwa (odkąd
mniej czytamy przewodników, a więcej języka na temat danego
miejsca zasięgamy w internecie, okazuje się, że Polacy czytają
mniej – serio, serio) można by napisać cały wpis. Ale nie tym
razem.

Na pewno macie w
domu takie książki, które ktoś – może Wy sami dawno temu, może
Wasi rodzice, krewni, jakiś przyjaciel – odłożył, bo szkoda
przecież wyrzucać, w co wlicza się i te, które stoją nieczytane,
nieużywane i nawet, o zgrozo, wydają się być nieużyteczne. Jak
książka może być bezużyteczna, zapytacie? Przecież zawsze można
ją przeczytać, Pyzo, co ty tu za herezje głosisz? Ano, jest taka
specyficzna szuflada z tego typu książkami: dawniej ściśle
użytkowymi, dzisiaj raczej mało użytecznymi. Nie macie czasem w
domu kompletu Encyklopedii PWN z czasów jej świetności?
To właśnie
coś w tym rodzaju. Na marginesie: właśnie dość smutny los
papierowych encyklopedii, na które niechętnym okiem patrzą nawet
właściciele antykwariatów, jest wymownym świadectwem istnienia
takich książek. Najsmutniejsze są te komplety, które wyszły tuż
przed tym, kiedy boom zaczęły
przeżywać ich odpowiedniki na CD-Romach (krótki, bo krótki, ale
boom), a zaraz potem
pojawił się Internet.

Ale
nie o smutnym losie encyklopedii będzie tu mowa (zresztą trochę
nie czuję się kompetentna, bo przyznaję, lubię sobie zajrzeć do
encyklopedii – kiedyś Wam o tym napiszę). Bo mamy w naszych z
Domownikiem zbiorach przewodnik właśnie – stąd o przewodnikach
mowa była na samiuśkim początku tekstu. Przewodnik nie jest ani
specjalnie dobrze wydany (lichy papier, okładka raczej
niezachęcająca, tu czy tam jakaś plama – raczej nie od
intensywnego użytkowania, a długiego stania na półce
bibliotecznej wśród zakurzonych zbiorów), ani nie przyciąga
treścią. Dotyczy małych miasteczek na Pomorzu, których nazwy
mówią z pewnością niewiele, jeśli akurat nie pochodzicie z
okolicy (która jest mą okolicą rodzinną, przyznaję zatem, że
dla mnie to przewodnik wyjątkowo atrakcyjny) albo nie macie tam
krewnych, znajomych, czy też nie widzieliście którejś z tych nazw
w telewizji w zwyczajowej dla takich miasteczek sytuacji, czyli kiedy
stało się coś nieprzyjemnego. W
dodatku został wydany w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych,
czyli specjalnie aktualny też nie jest.
 
 
 Należę do tego denerwującego rodzaju ludzi, którzy praktycznie z wojaży i wędrówek nie przywożą zdjęć.
Obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej, a później mam całe dwa zdjęcia (w tym jedno niezwykle interesującego
śpiącego kota). Stąd zdjęcia we wpisie nie moje, a z tego miejsca.

Ale
traf chciał, że spędzając weekend w stronach mych rodzinnych
postanowiliśmy wraz z Domownikiem wykorzystać ten przewodnik i
wybrać się do jednego z tych małych miasteczek i zobaczyć, jak
się na nie patrzy przez to specyficzne szkło powiększające, jakim
ten przewodnik jest.
Widzicie, Pomorze to w ogóle jest dość
interesujący kawałek kraju, jeśli idzie o opis – i to pochodzący
z lat siedemdziesiątych. Kiedyś wspominałam,że tereny wchodzące w skład tak zwanych Ziem Odzyskanych po 1945
roku próbowano dowartościowywać na różne sposoby, wśród
których przodowało podkreślanie ich „odwiecznej polskości”,
„związków z Macierzą”, bycia „ziemiami piastowskimi” i tak
dalej. Nie inaczej jest w tym przewodniku. Jeśli tylko gdzieś
kiedyś postawił swą stopę jakiś król polski – będzie o tym
szeroka wzmianka (nawet jeśli po miejscu nie ma śladu), kwestie
związane z tym, że tereny te długo były niemieckie są raczej w
cieniu. W dodatku wiecie, lata siedemdziesiąte, zaczyna się
względny okres peerelowskiej prosperity,
spojrzenie jest zatem podwójnie odmienne od tego, co widać dzisiaj.

I
co,
spytacie, dało się
zwiedzać? Och, i to jeszcze jak się dało!
Przyznaję, że to
szalenie interesujące doświadczenie, bo
kiedy wychodzę z dworca i patrzę w ulicę, przy której stoją
sobie jak gdyby nigdy nic bloki, myślę: bloki. Czytając wspomniany
przewodnik zaś mogę, podpierając się specyficznym stylem autora,
pomyśleć: szeroka perspektywa nowoczesnego osiedla mieszkaniowego.
Wiecie, o co mi chodzi? Nie, nie o to, żeby rozmyślać nad
propagandą językową – to coś, co wiem, więc pozostaje z tyłu
głowy – a o to, żeby pozwolić sobie na inne spojrzenie na
rzeczywistość, która wydaje się znajoma, albo nużąca przez to,
że coś widzieliśmy już wiele razy. Nie wspominając o tym, że
podróż z takim przewodnikiem to coś w rodzaju wyprawy w
przeszłość. Ciekawe połączenie tego, co jest teraz z tym, co
było kiedyś. Jakby książka przenosiła nas w czasie i w
przestrzeni – dosłownie. Zwłaszcza, że
stoimy twardo na dwóch nogach w tej właśnie przestrzeni, o której
czytamy.

Zwiedzanie
miasta z przewodnikiem sprzed ponad czterdziestu lat to też źródło
nieustannych zaskoczeń. Bo teoretycznie jesteśmy w tym mieście
(czy na wsi, czy w lesie, czy nad jeziorem – zależnie od tego, o
czym akurat czytamy), ale tego miasta (tego-tego), o którym
czytamy, już nie ma
. Błądzimy po ulicach, które zmieniły nazwy,
staramy się znaleźć zacną
knajpkę, żeby zjeść obiad, bo mamy świadomość, że opisany w
przewodniku bufet kolejowy (numer telefonu 220) został zlikwidowany,
mały parczek okazuje się
parczyskiem i tak dalej, i tak dalej. Ale
to nie wyłącznie powód do melancholii, ale cała masa zaskoczeń w
rodzaju „powinniśmy być na Bohaterów Westerplatte, myślisz, że
to jest to?”, a kiedy nie można znaleźć którejś ulicy,
przychodzi nawet myśl, że „Kolejową też zlikwidowali?”
(porzucając suspens:
nie, w końcu znaleźliśmy Kolejową).
 
 
 

To
zderzenie opisywanej przestrzeni z jej opisem jest inne niż kiedy,
na przykład, czytamy „Krzyżaków” na zamku w Malborku albo
zwiedzamy Londyn śladami Bridget Jones. Dlaczego? Dlatego, że w
tych dwóch przypadkach (i wielu innych) faktycznie mamy do czynienia
z przestrzenią inspiracyjną
– ona jest odwzorowana tak, by
pokazywać to, co autor/ka nam chciał pokazać i bardzo przyjemnie
zobaczyć, co i jak wygląda (i na przykład porównać z własnymi
wyobrażeniami, bo to zawsze interesujące). Podczas gdy w przypadku
użycia takiego „nieaktualnego” przewodnika (za bardzo
nieaktualnego, by się zżymać, że w takim sprzed lat, dajmy na to,
dwóch, polecają coś, co zostało przeniesione albo każą spać w
hostelu, który w międzyczasie zamieniono na supermarket) nie ma
żadnego intencjonalnego wskazania ze strony autora. On
nam nadal każe iść ulicą, której nie ma i zwiedzać coś, co do
zwiedzania w międzyczasie przestało się nadawać (bo na przykład
zrezygnowano z prowadzenia izby pamięci). Innymi
słowy można by to porównać do takiego obrazka, na którym mamy
maszynę, która wciąż wykonuje czynność, jaką jej kazano
wykonywać, chociaż nie ma już ani sensu, ani środków, ani
właścicieli (coś jak Wall-E, tylko bardziej).

Ale
można to porównać też do reaktywacji pewnych zadań.
Wydaje się,
że przewodnik stał się bezużyteczny – a tu proszę, jednak
swoją podstawową funkcję, pokazywanie i opisywanie czegoś, pełni.
Można zobaczyć, co się zdezaktualizowało, a co zaktualizowało
(gdzie by nas ten z lat siedemdziesiątych nie zaprowadził, a gdzie
możemy wybrać się dzisiaj). Można sobie urządzić taką
wycieczkę – w przestrzeni i w czasie.

15 Replies to “Melancholia maszyny liczącej albo o wędrowaniu z książką”

  1. Dla mnie najtrudniejszym wyzwaniem byłoby pewnie dopasowanie ówczesnych nazw ulic do współczesnych. Trzeba pewnie sobie znaleźć jakiś stały punkt odniesienia i według niego brać azymut. Czasem, gdy patrzę na mapy Krakowa sprzed lat kilkudziesięciu bywam zaskoczony jak zmieniały się nazwy ulic. Widać więc jak ta kwestia jest ważna i istotna.

    1. O tak, chyba że bardzo przebudowano taką infrastrukturę symboliczną, gdzie nie ostała się żadna nazwa którejś z głównych ulic :-). Ale zauważyłam, że w małych miasteczkach jednak ten proces jest wolniejszy i do dzisiaj nieco trudniej się pogubić (chyba że nazwa była jakoś widowiskowo niedzisiejsza).

  2. Nie używam przewodników, z wielu różnych względów. Ale taka podróż ze starym przewodnikiem mogłaby być interesująca.
    W przeciwieństwie do ciebie podczas podróży robię setki zdjęć (albo tysiące ;)) bo jestem wzrokowcem i po prostu łatwiej mi wspominać po latach jak mam namacalne dowody. A tak poza tym, robię sobie własne zeszyty z podróży ze zdjęciami, biletami i różnymi komentarzami. 😀

    1. Idea takiego zeszytu bardzo mi się podoba, chociaż przyznaję, że nie mam chyba aż takich zdolności, żeby wykonać to na tyle ładnie, by mi się podobało i później żebym z przyjemnością do takiego zaglądała :-).

    2. Ja też nie jestem specjalnie zdolny (dwie lewe ręce), co gorsza jestem perfekcjonistą, ale zeszyt jest tak naładowany pozytywną energią, że zupełnie mi to nie przeszkadza, jeśli cokolwiek jest nie tak. 😀

  3. Przeżywam coś podobnego przy czytaniu poradnika z lat 70-tych pod tytułem "Kosmetyka dla panów". Takie apetyczne fragmenty jak "środki do czyszczenia włosów, tak zwane szampony" albo "zamiast kąpieli w wannie można wybrać, a wręcz jest to wskazane, kąpiel w jeziorze" wytrącają mnie z poczucia, że coś było zawsze i nigdy się nie zmieniło.

    1. Brzmi szalenie interesująco (zwłaszcza ta kąpiel w jeziorze: przecież jeszcze nie tak wcale dawno temu zobaczenie kogoś, kto, na przykład, myje włosy w jeziorze i spłukuje z siebie radośnie pianę nie było jakoś niezwykłe — aż do lat 70. nie trzeba się cofać). I to prawda: takie książki dobrze pokazują płynną zmianę tego, co się wokół nas dzieje — a ją najtrudniej zauważyć, właśnie dlatego, że jest taka płynna, więc często uznajemy, że "przecież zawsze tak było, no, prawie tak" ;-).

  4. Droga Pyzo, myślę, że nie będziesz zdziwiona jeżeli Ci napiszę, że mam u siebie na półce przewodniki z lat minionych, a także albumy i mapy. Cała rodzina wie, że zamiast wyrzucić należy oddać mi pod opiekę. W ten sposób mogę podróżować po moim rodzinnym mieście, którego nigdy nie mogłam poznać.
    I te zmiany nazw ulic! Na Ziemiach Odzyskanych jeżeli sięgnąć odpowiednio dawno można odkryć w ten sposób bogactwo niesamowitych historii.
    Ach, ależ mi się ten wpis podoba. 🙂

    1. A wiesz, że na to liczyłam :-D? A mówią, że pochodzenie z Ziem Odzyskanych nie buduje wspólnoty ;-).

      Tak, zwłaszcza że planów ulic zachowało się sporo: zobaczenie, co i kogo na co i na kogo wymieniano (zwłaszcza jeśli — celowo lub przypadkiem — jakoś to ze sobą koresponduje) jest frapującym zajęciem na długie godziny. Zwłaszcza kiedy bierzemy pod lupę większe miasto :-).

    2. W sumie to było oczywiste. 🙂 Chociaż przyznam się, że akurat wspominanej przez Ciebie "W krainie Gryfitów" nie kojarzę. Będzie co nadrabiać na starość.

      Historie małych miast też mogą być bardzo ciekawe! Znowu przypomniała mi się "Miłość niemożliwa" Fristera i Połczyn Zdrój, a właściwie Bad Polzin.

    3. W razie czego służę, mogę z chęcią pożyczyć! Bo warto, zwłaszcza jak się zna Pomorze, można wykryć ciekawe smaczki, a i znane przestrzenie nabywają jakby mniej znanych stron ;-).

      Właśnie, to mi przypomina, że powinnam tę książkę znaleźć i przeczytać :-). Z Połczynem jeszcze niesamowitą historię opisuje Nowak w "Obwodzie głowy".

  5. Też mam stare przewodniki z Warmii i Mazur i często do nich wracam, bo myślę, że niewiele się tu zmieniło (a może chcę tak myśleć), poza… większym zagospodarowaniem przestrzeni 😉 Chodzi mi raczej o pewnego ducha, które te tereny jakoś w sobie zatrzymały i to da się wyczuć w tych starych przewodnikach. Można też zwiedzać miejsca w oparciu o stare przewodniki — pod kątem zmian, jakie zaszły od czasu wydania (tak jak piszesz na końcu, o tej dezaktualizacji). Fajna sprawa 🙂 Poza tym lubię miejsca, gdzie "kiedyś coś było" 🙂

    1. W pewnym momencie człowiek uczy się trochę inaczej patrzeć na taką przestrzeń, żeby widzieć, co się zmieniło, co zostało (choć jakoś przykryte), czego nie ma, ale gdzie szukać, żeby zobaczyć, gdzie stało. W każdym razie takie jest moje doświadczenie, bo ja po tego typu przestrzeniach często wędruję :-). I coś jest z tym duchem miejsca: czasami to jest taki smutny duch, czasami niepokojący, a czasami po prostu jest, wchodzisz w niego i bach, jesteś :-).

  6. Przewodniki to typ literatury, który biorę w ręce raz od wielkiego dzwona, kompletnie nie potrafię się zainteresować tymi suchymi faktami, zawsze wolę poznawać samodzielnie, gubić się bez końca, ale jednak czuć, że zwiedzam bez niczyjej pomocy 😀 Ale poznawanie miasta z przewodnikiem z przed 40 lat? Kurcze to brzmi naprawdę fajnie! Zwłaszcza gdyby tak zabrać się za zwiedzanie czegoś dużego np. taka Warszawa, mogłoby być ciekawie ;))

    1. Ja z tych, co planują, lubię więc wcześniej się upewnić, z czym mogę mieć do czynienia — czasem dzięki przewodnikom, czasem szperam w internecie, ale jakiś rodzaj "przewodnictwa" zwykle sobie wyszukuję (paradoksalnie jednak zwiedzania "z przewodnikiem" i zorganizowanego nie lubię, przyznaję). A właśnie, mam jeszcze taki nieco bardziej beletrystyczny przewodnik po Pradze — a propos dużych miast — i ciągle sobie obiecuję, że wykorzystam podczas którejś wizyty ;-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.