Książki na olimpiadę albo duch sportu na regale

Mam dla Was dzisiaj wpis kolektywny.
Dlaczego kolektywny? Bo jest skutkiem pomysłu, rzuconego przeze mnie
podczas rodzinnego oglądania igrzysk. To w sumie taki czas, że
jeśli wpadniecie w odwiedziny do rodziny, być może załapiecie się
na wspólne oglądanie którejś z transmisji. Tu lekkoatletyka, tam
piłka ręczna, tam siatkówka. No, a gdyby tak chcieć sobie
urządzić w miarę analogiczne igrzyska z rodzajami książek?
Poniżej macie wynik naszej dyskusji, pracowicie zanotowany przez
niżej podpisaną. No i wiecie, wpis jest utrzymany w tonie
żartobliwym, nie jest więc o żadnym poważnym współzawodnictwie
książkowym czy o czytaniu na zawody, bo – jak wiele razy pisałam
– nie o to, według mnie, w czytaniu chodzi.

Biegi
– szybki kryminał. Biegniemy przez
fabułę, bo chcemy wiedzieć, kto zabił. Im książka bardziej
wciągająca, a wątki intrygujące, tym nasz bieg jest szybszy.
Czasem gubimy jakiś szczegół, bo biegniemy tak szybko, że
otoczenie wokół nas się rozmywa. Jeśli zakończenie jest
satysfakcjonujące, możemy zrobić jeszcze rundę honorową, czyli
pożyczyć książkę kolejnemu czytelnikowi. I kolejnemu.
Bieg z przeszkodami
– książki zniszczone. Tu nie ma
strony (albo nawet kilku), tamtą ktoś pracowicie zamalował od góry
do dołu, inną ktoś kolejny wziął sobie na pamiątkę, jeszcze
inna nosi pracowite ślady mocno przyciskanego ołówka (który ktoś
równie pracowicie starał się wymazać), kilka stron skleiło się
ze sobą i wolicie nie dociekać, czym. Jest nawet rów z wodą,
kiedy trafiacie na strony zalane. Dla estetów książkowych –
wyzwanie. Dla pozostałych – również, zwłaszcza kiedy brakuje
ostatnich stron.
Bieg przez płotki
– książki, w których można
przeskoczyć kilka stron, a nadal wiadomo, o co chodzi. Długi
dialog, który do niczego nie prowadzi ani tak właściwie o niczym
nie mówi? Opis przyrody, który ma na celu przygnębić Elizę
Orzeszkową? Scena, którą już gdzieś widzieliście, a potem znika
w fabule i nikt, jak się zdaje, o niej nie pamięta, łącznie z
redaktorem? Niejeden płotek da się tak odnaleźć, a żeby
zakończyć lekturę sukcesem, czasami trzeba przeskoczyć
przynajmniej co któryś. Niektórzy technikę opanowali do
perfekcji, inni dopiero próbują swoich sił. Nie zawsze pomaga to,
że czytamy szybko.
 A wiecie, że u początków nowożytnych igrzysk olimpijskich przyznawano medale w dyscyplinie „sztuka”? Było tak aż do igrzysk w Londynie w 1948 roku. Tu na zdjęciu pierwszy polski medalista w tej dziedzinie, Kazimierz Wierzyński (złoto w Amsterdamie) (zdjęcie z 1928 roku, czyli z roku umedalowienia autora, ze zbiorów NAC, źródło)…
Pływanie
– książka z licznymi zwrotami
akcji. Czytamy w jednym kierunku i odbijamy się od zwrotu
fabularnego – i czytamy pod innym kątem. Trzeba uważać, żeby
nie dać się zwieść, zwłaszcza jeśli zanurzamy się w fabule po
uszy. Dobrze pamiętać, żeby głęboko oddychać, bo inaczej można
się potężnie zdenerwować, kiedy autor zaserwuje nam taki twist
fabularny, którego zupełnie się nie spodziewaliśmy.
Gimnastyka
– książka w obcym języku. Może
dopiero zaczynamy się jakiegoś uczyć i sięgamy po coś
prostszego, możemy pochłaniamy właśnie jakiegoś klasyka w jego
ojczystym języku, stopnie trudności bywają tutaj różne, ale mogą
mieć wpływ na nasze finalne zdanie o książkach. Jeśli mamy
chętkę na książkowy odpowiednik gimnastyki artystycznej – czemu
nie skusić się na poezję w oryginalne? Można ten rodzaj lektury
uprawiać w grupach, żeby dociekać, jaki obraz rysuje przed nami
podmiot liryczny.
Sporty drużynowe
– antologie. Rozmaite. Gatunkowe,
językowe, z motywem przewodnim, czasami – bo wiadomo, nie każdy
mecz jest wybitny – także dobrane najprawdopodobniej na
chybił-trafił, bo akurat opowiadania były pod ręką. Potrafią
zaskoczyć, potrafią zasmucić, mogą wzbudzić emocje (także
częściowo, wspaniałym opowiadaniem, które błyszczy w samym
środku tomu) albo pozostawić nas zupełnie obojętnymi. Ale
potrafią też zainteresować nas daną dyscypliną, to znaczy
gatunkiem/literaturą językową/kręgiem kulturowym, o którym
mówią, czy z jakiego się wywodzą.
Rzut młotem
– cegiełka. Grubaśna książka,
którą będziemy czytać przez jakiś czas, ale nie wiadomo, może
pobijemy własny życiowy rekord w liczbie stron, czasie czytania
albo limicie czasu, przez jaki nosimy taką książkę ze sobą,
licząc, że już zaraz się za nią zabierzemy. Nigdy nie wiadomo, a
próbować można, bo kto nam powie, że nie?
…a tu drugi, Jan Parandowski (pierwszy z prawej), brązowy medalista z Berlina. Zdjęcie z Narodowego Archiwum Cyfrowego (źródło) z 1933 roku, więc z epoki.
Kajaki
page-turner.
To takie ładne słowo, że pozwalam sobie je przywołać. Książka
tak szybka w czytaniu – z jakiegoś powodu, niekoniecznie dlatego,
że jako taka została zaplanowana, ale także dlatego, że spotkała
się z naszym szczególnym zainteresowaniem – że przewracamy
strony, aż furczy (i chlapie). Może się okazać, że kiedy mamy
zajęte ręce, ktoś nam do pary poczyta, ale możemy się też
zmagać z fabułą samotnie, starając się dociec, jak też się to
wszystko skończy.
Strzelectwo
– aforyzmy. Coś, co celnie podsumuje
jakiś fenomen, odczucie, coś, co trafi, jednym słowem, w sedno
(okej, to dwa słowa). Ale zdarza się, że przestrzeli tak
radykalnie, że aż nam cierpną zęby. Nie zawsze w końcu watr
wieje akurat z tej strony, z której się nam marzy, nie da się
zatem wykluczyć, że nie zawsze czytany aforyzm będzie strzałem w
dziesiątkę. Trzeba być na to przygotowanym.
I jeszcze dodatek na tę olimpiadę:
Golf
– książka, do której wracasz po
latach. Ciągnęło Was ku sobie już wcześniej, od lat sobie
obiecywaliście, że do niej wrócicie, ale jakoś się nie zdarzyło.
Aż wreszcie stało się, sięgnęliście po nią, więc teraz
przechadzacie się spokojnie, kontemplując treść, raz po raz
czytając na głos jakieś zdanie, które szczególnie przypadło Wam
do gustu. Kto wie, może to doświadczenie skłoni nas ku sięgnięciu
po kolejną tego typu lekturę? A może raczej skusi na jakąś
nowość? Kto wie?
Ponieważ wpis jest efektem burzy
mózgów, to nie mogłabym nie zakończyć go pytaniem, czy może i
Wy macie pomysły na takie sportowe dyscypliny książkowe?

7 Replies to “Książki na olimpiadę albo duch sportu na regale”

  1. No to ja obecnie jestem w trakcie rzucania młotem. I dobrze, wszak Polska w tej dyscyplinie potęgą jest 😉

    1. Na to wychodzi ;-). I z książkami-cegiełkami też u nas niezgorzej :-).

  2. Nie znoszę sportu i na szczęście przebywam w miejscach, gdzie nikt go nie ogląda 😉 Ale Twój wpis oczywiście mnie zainteresował, bo wiedziałam, że… nie będzie o sporcie 😉 Swoich pomysłów na dyscypliny nie mam (chyba że łyżwiarstwo… książki, które grożą upadkowi na twardą ziemię, ale jak się już w nie wczyta…), ale podoba mi się wersja z golfem, często przeze mnie uprawiana 🙂

    1. O, to łyżwiarstwo sprawiło, że mam pomysł na analogiczny wpis podczas Zimowych Igrzysk przy okazji ;-). Taki literacki golf przyjemnie jest w ogóle uprawiać (być może nieliteracki też, ale tu nie mam doświadczenia :-)).

  3. Ja bym dodała zapasy – książki, z którymi się mocujemy, odłożyć czy nie odłożyć, takie, które sprowadzają do parteru, łapią za nogi i zwalają na matę. Z różnych powodów, bo mogą być przecież zapasy z mistrzem ale i z totalnym amatorem. 😉

    1. Ja bym jeszcze dodala piecioboj czyli przeczytanie oryginalu i tlumaczenia (kolejnosc dowolna)

    2. @Niekoniecznie Papierowa, doskonały pomysł! Coś by się jeszcze przydało dodać do tego o skomplikowanych zasadach wyłaniania tego, z kim się będziemy siłować, wielu wewnętrznych sprzecznościach i nadwyrężeniach ;-).

      @Jusinehh, umieściłam to częściowo w gimnastyce, ale pomysł na pięciobój mi się podoba — można by tu dorzucić na przykład jeszcze lekturę recenzji z okresu, w którym książka wyszła, jakiegoś opracowania krytycznego, jeśli jest i, na przykład, dyskusji o niej na forum czy napisanie własnego tekstu albo coś w tym rodzaju :-).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.