Za morzami, za górami… Albo o „Niebie nad pustynią” A. Łaciny

No
dobrze, wiecie, że bardzo lubię książki Anny Łaciny? Pisałam
Wam o tym w tym roku nie raz
(ale dwa razy).
I nadarza się kolejna okazja, bo autorka wydała nową książkę,
której datę premiery oczywiście swoim zwyczajem przegapiłam, ale
nadrobiłam, udawszy się na książkowe zakupy – i oto jest,
pokłosie lektury.

W
tekście zasadniczo nie ma spojlerów, bo i autorka w posłowiu
prosi, żeby ich nie robić, a ja autorce odmówić nie umiem. Przy
czym wydaje mi się, że esencję tekstu da się w tym wypadku omówić
naprawdę bez dzielenia się zakończeniem. No dobrze, taki oto
disclaimer mamy z głowy,
przejdźmy zatem do sedna.

O
czym to jest?
Czwórka
głównych bohaterów spotyka się – nieco egzotycznie tym razem –
w Egipcie, gdzie spędzają ferie. Anastazja przyjeżdża z rodzicami
i bratem, Damian z rodzicami, Klara z babcią, a Albert sam, ale i
też jest nieco starszy niż poprzednio wymieniona trójka
licealistów. Robią to, co robi się w Egipcie: pływają, jeżdżą
na wycieczki, zżymają się na rodzinę, z którą przyjechali i
popatrują na innych Polaków spędzających czas wolny w kurorcie. A
że przy okazji każde z nich przyjechało z jakimś własnym
problemem, jak to w życiu bywa, to i wyjazd staje się dla nich
próbą przepracowania tego, co na miejscu było jakby trudniejsze.

No
i właśnie, z tego opisu już wynika pewna cecha fundamentalna
„Nieba…”. To jest faktycznie książka o tym, że czasami
trzeba wyjechać, oderwać się od codzienności, żeby zobaczyć
coś z dystansu: przestrzennego, czasowego, emocjonalnego. Z tym
ostatnim jest ciężko, bo wiadomo, że zawsze nasze emocje wozimy ze
sobą, trudno wyjść z siebie i stanąć obok, przyjrzeć się sobie
z oddali – ale i to może się udać, kiedy minie czas albo kiedy
spojrzymy na siebie oczami kogoś innego. Anna Łacina robi tutaj
fajną rzecz, bo faktycznie każe bohaterom na siebie patrzeć.
Jasne, często mamy do czynienia z opisem procesu wewnętrznego
bohatera (oprócz Alberta – rozumiem, że to jest postać
usytuowana nieco z boku, bo starsza i w całej akcji ustawiona
„inaczej”, Albert to jest ten typ bohatera, nad którym mamy się
zastanawiać razem z innymi postaciami), ale najczęściej zerkamy na
nich, podczytując, co myślą o nich inni. I to jest świetny
pomysł, bo dzięki temu raz, że autorka obala teorie, które sami
sobie w cichości ducha obmyślamy a propos bohaterów (nie powiem,
połapałam się przed wyłuszczeniem sprawy, kogo co gryzie –
oprócz Klary, aż szkoda, że Klara nie dostaje jeszcze więcej
miejsca; z chęcią w ogóle przeczytałabym powieść, w której
spotykamy tę bohaterkę znowu!).
 
 
 
 Wiem, wiem, mało kreatywne ilustracje. Ale jak pasują! Wszystkie stąd.


Tak
więc autorka wysyła bohaterów poza ten normalny dla nich świat i
nic dziwnego, że w takim otoczeniu na jaw zaczynają wychodzić
po kolei wszystkie sprawy, które wozili ze sobą od dawna, maski
opadają, szyfry przestają działać. I to od takich spraw małych,
jak to, czemu ktoś nie chce ubrać kostiumu kąpielowego, po duże,
czemu płacze, chociaż nic takiego się nie stało. Przyznaję, że
na początku pomyślałam „Egipt? Serio? Szkoda!”, bo strasznie
lubię to, jak autorka eksploruje przestrzenie tych raczej mało
wykorzystywanych w naszej literaturze miast i miasteczek (mimo że
czasem narzekam na to, jak to robi, ale to narzekania dość marginalne).
A tutaj ten Egipt to jest faktycznie strzał w dziesiątkę: kraina
niby baśniowa, woda czysta, ciepła, wakacje all inclusive,
więc wygód nie brak, a i atrakcji sporo – ale zasłona i tutaj
opada dość szybko, kiedy bohaterowie zaczynają się przysłuchiwać
wiadomościom z regionu. A przy tym, co mnie bardzo ujęło,
bohaterowie owszem, dyskutują na temat islamu i różnych jego
oblicz – ale nie ma tu żadnej prostej ramowej bazy w postaci „to
złe” – „tamto dobre”. I nie tylko dlatego, że jeden z
bohaterów wie o tym więcej, a inni mniej (chociaż nie powiem, jest
on, przynajmniej na początku, ustawiany jak ten, który Teraz Powie
Jak To Wygląda – na szczęście to wrażenie dość szybko znika).
Zważywszy na to, że
niewątpliwie książka ma mieć swój wymiar – hm, jakby to
nazwać? pedagogiczny? – to naprawdę dobrze.

Anna Łacina, co już mówiłam nie raz, umie pisać postacie tak, że
się w nie wierzy. Fantastyczne jest zwłaszcza najmłodsze
niebopustyniątko, Cieszek, brat Anastazji. Serio, dawno nie
widziałam tak dobrze napisanego dziecka: żadnych tam idealizacji –
owszem, chłopczyk potrafi być rozkoszny, ale też i dać w kość,
i być nieposłuszny, i zupełnie nie słuchać, co się do niego
mówi, absorbować sobą otoczenie, kiedy ono wcale tego nie chce i tak dalej. Autorka fajnie
operuje tą postacią, żeby tu i tam rozbić napięcie, zejść z
wysokich emocji do takiego codziennego parteru. Szkoda, że mało
miejsca dostała w książce starsza generacja: rodzice i babcia.
Rodzice i to, jak są napisani – zarówno rodzice Anastazji, jak i
Damiana – to jest osobna historia. Z uwagą, bez przesady, a przy
tym widać, że obserwujemy tylko jakiś wycinek życia, coś, co
dzieje się w pewnym zawieszeniu normalnego biegu rzeczy: a poza tym
jest praca, życie w Polsce, obowiązki. No, powtórzę: fajnie to
wszystko wychodzi. Ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że w
„Niebie…” zabrakło tego, co tak bardzo ujęło mnie w
poprzednich książkach autorki, czyli tego rodzaju trudnego do
zaklasyfikowania gatunku, w jakim Anna Łacina się porusza. 
 
 
 
 

O
co mi właściwie chodzi, zapytacie? Pisałam kiedyś, że jej
książki to takie powieści obyczajowe, nie tyle zawsze skierowane
do nastolatek, co dobre do czytania w każdym wieku i dające
przekrój przez różne problemy różnych ludzi w różnym wieku
(wzdycham za jedną z doskonale napisanych bohaterek „Miłości pod
Psią Gwiazdą”). I to jest tutaj dojść paradoksalne, bo moim
zdaniem „Niebo…” omawia bardzo, bardzo trudne sytuacje, jedne z
najtrudniejszych, z jakimi można się w życiu zmierzyć. Ale przez
to nagromadzenie takich spraw znika gdzieś właśnie ta
„społeczność” powieści, coraz bardziej ciążąc ku wątkom,
które znane mogą być czytelnikowi z powieści young
adult
. Nie zrozumcie mnie źle,
to nie jest zarzut pod adresem powieści YA (które czytam i które
często-gęsto biorę w obronę). Tutaj miałam jednak wrażenie
pewnego przedobrzenia. Czemu? Nie, bynajmniej nie dlatego, że
nagromadzenie problemów wydaje mi się nieżyciowe – raz nie,
dlatego że autorka wybrała omówioną wyżej formę, dwa nie, bo
literatura, o czym napomykam od dawna, to nie jest coś, co ma
odzwierciedlać rzeczywistość w stu procentach, a jedynie stwarzać
przekonującą kopię. I „Niebo…” to robi. A równocześnie –
czegoś w nim brak. Może zbyt łatwo nawiązują się tutaj
znajomości – nie te indukowane przez sytuację, ale spajane post
factum
? Może główne linie
wątków nie do końca trafiają w mój gust czytelniczy (tego też
nie wykluczam)? Innymi słowy: nie mogę nie docenić „Nieba…”
pod tym względem, ale jest mi żal, że przez to zniknęło coś, co
lubiłam w poprzednich powieściach.
 
 
 
 

No to teraz, zapytacie? Teraz to ja czekam na kolejną powieść
autorki, rzecz jasna! A z Wami z chęcią o „Niebie…” pogadam,
ale to wiecie.

8 thoughts on “Za morzami, za górami… Albo o „Niebie nad pustynią” A. Łaciny

    1. Czytaj, czytaj! W ogóle bardzo polecam książki autorki — sama wiele lat temu (no, może nie tak wiele, kiedyż to mogło być?) trafiłam na nie w wakacje i nie żałuję :).

  1. Czytałam niedawno "Skradzione róże tej autorki i też stwierdziłam symptomy przedobrzenia. Ale nową książkę i tak chętnie przeczytam.

    1. Mówisz? Mnie "Skradzione róże" dobrze się zapisały w pamięci (a była to, jeśli dobrze pamiętam, pierwsza przeczytana przeze mnie książka Łaciny).

  2. Dla mnie to pierwsza książka pani Łaciny, więc porównania nie mam, ale w swojej opinii także wpisałam ją w nurt YA 🙂 Masz, oczywiście, rację z przerysowaniami, pomyślałam jednak, że jest to celowy zabieg autorki, żeby puenta i przesłanie odpowiednio dotarły. Trzeba pamiętać o docelowym, emocjonalnie podchodzącym do fabuły, czytelniku i brać na to poprawkę.
    Bardzo wartościowa pozycja w moim odczuciu.

    1. To ja jeszcze będę gorąco rekomendowała powieści wcześniejsze, zwłaszcza moją ulubioną "Miłość pod Psią Gwiazdą", bo to bardzo dobra rzecz jest :). Natomiast widzę, że to YA to nie tylko moje odczucie ;). Zgadzam się jak najbardziej z Tobą, że jeśli założymy takiego docelowego czytelnika, to wszystko tu gra — ale przyznaję, że wolałam wcześniejszy model takiego bardzo "szerokiego" czytelnika. Co nie zmienia faktu, że zgadzam się również z tym ostatnim zdaniem :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *