Wymyślony przeze mnie ojciec albo o „Nagim sadzie” W. Myśliwskiego

Zaczęło się podobno kalendarzowe
lato (muszę przyznać, że kiedyś byłam pewna, że zaczyna się
dopiero dwudziestego trzeciego, ale podobno zaczyna się dwudziestego
pierwszego), a że postanowiłam podczytywać latem powieści
Wiesława Myśliwskiego, to jestem przygotowana, bom już po lekturze
„Nagiego sadu”, debiutu pisarza. A zatem: kilka słów o
wrażeniach z lektury. No, słów może więcej niż kilka.

To druga książka Myśliwskiego, jaką
przeczytałam, i nie będę specjalnie odkrywcza, jeśli powiem na
wstępie, że jest o pamięci. To taka książka, w której „nic
się nie dzieje” – wiecie, o jaki rodzaj chodzi. Bohater
wspomina, osnuwając swoje wspomnienia na centralnej postaci, jaką
jest jego ojciec. To, co należy do jego własnej pamięci miesza się
z tym, czego sam pamiętać nie może, a wszystko razem tworzy ponad
dwustustronicową (w „małym” wydaniu Czytelnika z serii „Głowy
wawelskie”) opowieść o… No właśnie, o czym? To bardzo ciekawe
pytanie, bo można by na pozór i dość szybko odpowiedzieć, że po
prostu o relacji ojciec–syn i na tym poprzestać. Jednak zawsze
wydawało mi się, że zbyt proste odpowiedzi, które coś
podejrzanie szybko przychodzą na myśl, dają tylko złudzenie tego,
że dostaliśmy się w miejsce, w którym wszystko jest już jasne. A
zatem, zapytacie, o czym to właściwie jest? No, tu muszę przyznać:
właściwie to nie chciałabym odpowiadać na tak zadane pytanie,
raczej przyjrzeć się temu „jakie to jest”. Tekst siłą rzeczy
powinnam chyba w związku z tym okrasić napisem „spojlery!”, ale
jak mam być szczera to byłoby to jednak nieoddaniem sprawiedliwości
samej powieści, do której „spojlerowanie” pasuje jak pięść
do nosa.

Kto istnieje?

Główny bohater
skryty jest w cieniu. Mówi do nas przez cały czas – narracja jest
pierwszoosobowa i bez żadnej kokieterii – opowiadając nam
historie ze swojego życia, ale mimo wszystko wcale nietrudno jest
złapać się na myśli, czy on nam tak na serio to wszystko podaje
na tacy, czy jednak coś tu nie gra? Widzicie, znaczną część
wspomnień naszego narratora-bohatera – wiejskiego nauczyciela,
pierwszego wykształconego w rodzinie, który jednak ma o sobie
zdanie dość przeciętne, żyje ciągle w cieniu oczekiwań,
rzucanych przez ojca (a jednak są to, paradoksalnie, oczekiwania
nienachalne, nic Kafkowskiego) – zajmują te, które jego
wspomnieniami być po prostu nie mogą. Kiedy jako dziecko zachorował
na koklusz i absolutnie nic mu nie pomagało, rodzice jęli się
sposobu, który ktoś, nie wiadomo kto, im doradził: przenieść
dziecko przez dziewięć mostów.
Rzecz wcale nie
łatwa, jeśli weźmie się pod uwagę, że w okolicy płynęła
jedynie wątła, wysychająca okresowo, rzeka, a większość osób,
które wraz z rodzicami wzięła udział w wyprawie, nigdy zbyt
daleko od wsi nie była. Podczas tej wędrówki, w trakcie której
nasz bohater nie dostaje ani źdźbła uwagi, w centrum są bowiem
niosąca niemowlę, które nawet nie kwili, matka oraz ojciec, chcący
za wszelką cenę utrzymać ją w tym postanowieniu – choćby cena
była bardzo wysoka, dowiadujemy się o czymś, czego sam pamiętać
nie mógł. Czy mu to opowiedziano? Czy usłyszał to kiedyś, reszty
się domyślając? Przecież zdarza się nam, że w detalach
opowiadamy historie z własnego, najwcześniejszego dzieciństwa,
chociaż nie możemy ich pamiętać – czy nie takie zjawisko
portretuje tu Myśliwski?
 Innym skojarzeniem, które w trakcie lektury uparcie się mnie trzymało
(innym, bo dalej w tekście jest o tym pierwszym, które przyszło do mnie już
po lekturze) był ten obraz Stanisława Wyspiańskiego. To „Chochoły” z 1898/1899 roku.
Coś „chocholicznego” w „Nagim sadzie” zdecydowanie jest.


Może i
przychyliłabym się ku odpowiedzi „tak”, gdyby nie konstrukcja
całości „Nagiego sadu”. Otóż – pozwólcie, że zanim
przejdę do jakichś konkluzji, opowiem jeszcze jeden plotący się
przez powieść wątek – jest tam także historia o tym, jak ojciec
przychodził pod szkołę syna. Bez żadnego specjalnego powodu, ot
tak, żeby zobaczyć, czy on tam jest, czy wszystko w porządku, żeby
sprawdzić, czy on „jest”: w sensie, czy nadal istnieje. Syn
bowiem zastanawia się, czy aby nie jest jedynie opowieścią, snutą
przez ojca w zimowe wieczory, kiedy nie ma pracy w gospodarstwie, a
matka, chcąc wymodlić potomstwo, odmawia niekończące się
różańce:
Różnie się
przecież ludzie rodzą, jedni z matek, inni z wielkiej woli, z
opowiedzenia, a nie ma między nimi różnicy, bo i tak w końcu
każdy jest na tyle, na ile opowiedziany zostanie albo sam się innym
opowie.
[cytuję z wydania Czytelnika z roku 1982, s. 41]
Kto zatem istnieje w całej opowieści? Bo mamy tu jeszcze sam
meta-charakter opowieści, wszak „Nagi sad” jest fikcją, snutą
przez pisarza dla czytelników: bohaterowie ci rodzą się zatem
wszyscy z opowieści, mamy ich zmyślonych i jeszcze zmyślających
się nawzajem na kolejnych szczeblach tej drabiny „istnieje—nie
istnieje”. Czy syn realnie istnieje? Czy on faktycznie opowiada nam
o tym, co pamięta i o tym, co usłyszał, czy jednak wygląda to
nieco inaczej? Wspomniałam o konstrukcji całości: widzicie,
faktycznie mamy tu do czynienia z piękną klamrą w postaci tego
wątku istnienia. Zamyka bowiem całość historia o początkach
choroby ojca, sugeruje się nam, nie nazywając tego wprost, że był
to rodzaj choroby Alzheimera albo może demencji, odbierającej ojcu
pamięć. W tej ostatniej sekwencji syn—narrator szuka ojca, chcąc
dowiedzieć się, gdzie jest, bo zaczynają się z matką o niego
martwić. I znajduje go: w sadzie, zdziwionego, że jest szukany. Na
pytanie, po co syn go szukał dostaje zaś odpowiedź: tak tylko,
żeby upewnić się, że jest (że istnieje).

Ojciec mój powszedni

Czy nie jest trochę tak, że syn –
sam siebie określający jako rozczarowanie, wiejski dziwak, na
którego nikt już nie zwraca uwagi, osoba na marginesie życia wsi,
nie umiejąca skorzystać z powojennych zmian, nauczyciel, którego
dzieci nie darzyły szacunkiem – żyje i czuje się bardziej
realnie wewnątrz opowieści, którą snuje o swoim ojcu? Skoro mówi,
na przykład, tak:
A może już tak jest, że lepiej
nam w czyimś życiu, najbezpieczniej, najspokojniej, zaciszne, ani
martwić się o nic dla siebie nie musimy, ani pragnąć, ani żałować
niczego, jak u Pana Boga za piecem, tyle tylko, że przybrani
jesteśmy. Bo ze swojego coś wiecznie wypędza, w swoim tylko pustki
i niespełnienia, w swoim strach ciągły, niezgoda, troski, w swoim
nawet świadomość dokucza.
[s. 60]
Wychodzi więc ze
swoich wspomnień, chcąc wżyć się w pamięć ojca, którą ten
przecież powoli traci. A w tym swoim powątpiewaniu o istnieniu syn
tak bardzo zależy od pamięci ojca, że cały ten proces wydaje się
bardziej zrozumiały – a równocześnie nieco mniej oczywisty.
Bardzo podoba mi się to granie z pamięcią, wysypywanie wspomnień
i patrzenie, jak łączą się ze sobą, jak wielkie puzzle, długo
trzymane na strychu, w pudle, w którym z niewiadomych przyczyn
znalazły się też kawałki innych układanek.
Co ciekawe, im
dłużej o „Nagim sadzie” myślałam, tym bardziej na myśl
przychodził mi Ojciec z próz Brunona Schulza. Chociaż wcześniej
na to nie wpadłam – szukając odniesień dla Schulza gdzie
indziej, trochę u Hrabala, trochę u Pavla – to wydaje mi się
teraz, że w prozie Myśliwskiego znajdziemy echa twórczości
drohobyckiego pisarza. Ten upał, przebijający z kart „Nagiego
sadu” chociażby we wspomnianej historii o poszukiwaniu mostów,
ten ojciec, który przepoczwarza się na naszych oczach w kolejne
wcielenia, wypatrywane w nim przez syna, ta relacja ojciec—syn,
niby zwyczajna, a jednak tak bardzo zależna: to wszystko przywodzi
mi na myśl wątki znane ze „Sklepów cynamonowych” i „Sanatorium
pod Klepsydrą”. Chociaż tło jest zupełnie inne, tutaj będę to
podkreślać: zapadła wieś u Myśliwskiego i na poły magiczne
miasteczko Schulza to dwie zupełnie inne przestrzenie.

Wsi, o, wsi

W tej historii osobistej, która stanowi sam środek świata (w
rozumieniu czasu bardziej niż przestrzeni) w „Nagim sadzie” jest
coś takiego, co sprawia, że taka historia „wielka”, bardziej
„historyczna” gubi się, przestaje być taka istotna. Mamy co
prawda pewne jej oznaki – dzielenie dworskiej ziemi w czasie
reformy rolnej, grabienie spalonego, zapewne po przemarszu wojsk,
dworu, dokąd bohater udaje się, by choć część książek
dziedziczki wynieść i uratować przed zniszczeniem – ale to są
tylko preteksty, by coś więcej powiedzieć o bohaterach, o synu i o
ojcu. Nie liczy się ona tak naprawdę, nie jest na pierwszym planie,
nie wyznacza nawet, tak naprawdę, ram czasowych, żadnych tu dat ani
przełomowych wydarzeń, więcej trzeba się domyślać, niż
wyławiać z tekstu.
 Zostańmy już przy tym Wyspiańskim. Ten pozornie nie pasuje,
ale te nagie drzewa, zwróćcie uwagę na nie. „Planty o świcie” z 1894 roku.


Podobnie jest z samą wsią, w której
umieszczona zostaje akcja. Bohater do wsi wraca na samym początku „z
nauk”. Skonstruowana jest ona tak, że widzimy właściwie niewiele
z samej tej wsi – nawet dworowi, punktowi do wsi przeciwnemu,
poświęcone jest więcej miejsca. Sama wieś to dom rodziców
narratora, pola, z których albo bije duchota w trakcie lata – i
żniw, które, jak pisze Myśliwski, potrafią być najdoskonalszym
usprawiedliwieniem, żniwami nawet od śmierci można się wymówić
– albo leżą, czekając na wiosnę, a bohaterowie siedząc w domu
czekają, co będzie. Jest jeszcze szkoła, jest karczma, o której
słyszymy, musi być kuźnia, bo złym duchem wsi jest kowal. Ale to
ponownie są elementy, które wyławiamy z tekstu, nie podsunięte
nam na tacy. I to jest coś, co w „Nagim sadzie” robi ogromne
wrażenie: on jest faktycznie opowiedziany, wysnuty ze wspomnień
(znowu pytanie: czyich – ojca? syna?), z ciągłych zapętleń
pamięci.
Pytacie zatem: to co, czytać? Czytać,
oj, jak bardzo czytać! Z chęcią też porozmawiam, jeśli
doświadczenie lektury macie już za sobą, jak zawsze. Bo jest coś
takiego w tym pisaniu, że trudno je czasem ująć w słowa, a
równocześnie bardzo by się o tym chciało porozmawiać (i o tej
trudności, i o tej powieści).

12 thoughts on “Wymyślony przeze mnie ojciec albo o „Nagim sadzie” W. Myśliwskiego

  1. Już chyba wiem, co jest wspólne dla wszystkich książek Myśliwskiego! Bo na pewno jest coś wspólnego. Gdy czytałam o "Nagim sadzie" widziałam dowolną przeczytaną przeze mnie książkę Myśliwskiego.

    Przede wszystkim wieś. Myśliwski z wsi tworzy zawsze tło swych powieści. Osadza tam swoich bohaterów, którzy zazwyczaj są normalnymi ludźmi. Chłopami lub małomiasteczkowymi postaciami. To taka trochę wieś mityczna, swojska, ale jednocześnie zawsze gdzieś jest ten dwór. Czy to spalony, czy ograbiony, czy urządzony z przepychem.

    Drugi element, który jest wspólny to pamięć i wspomnienia. Myśliwski wciąż wraca do wspomnień w rozmaitej formie. Jego bohaterowie grzebią w pamięci, a gdy pamięć zawodzi sięgają po zdjęcia, odkopują dawne historie.

    I wreszcie trzecia rzecz. Gawęda. Wszystkie powieści Myśliwskiego, które przeczytałam to prawdziwe gawędy. Opowiadane przez ojca dzieciom, czy przez miejscowego tajemniczemu przybyszowi. Przez to w tej opowieści pojawiają się luki, jedne wspomnienia są wypierane przez inne, a niektóre są podejrzane, bo nie wiadomo, czy opowiadający zna je ze słyszenia, czy sam pamięta te sytuacje, te wydarzenia.

    A tak na marginesie pięknie potrafi pisać Myśliwski 🙂

    1. Pozwól, że zastanowię się i odpiszę, kiedy już się w Myśliwskim bardziej obczytam, bo nie chciałabym teraz wyrokować, chociaż już pewne przemyślenia mam — ale chcę je zweryfikować lekturą pozostałych powieści. To, co piszesz o dworze zwłaszcza i jego miejscu w twórczości autora — jest bardzo ciekawe. Podobnie z narratorem: bo on, na przykład w "Nagim sadzie" opowiada… Hm: czy aby nie sobie? A może nam? A może po trosze i tak, i tak, jakby mówił w przestrzeń, a nuż zostanie usłyszany? Zastanawiam się nad tym.

    2. Ten komentarz uczyniłam przede wszystkim dlatego, żeby nie zgubić wątku 🙂 Bo w momencie, gdy czytałam o Twoich wrażeniach z "Nagiego sadu" to widziałam wręcz moją lekturę poszczególnych książek Myśliwskiego. Czułam te powiązanie i nie chciałam, aby umknęło. Też nie znam jeszcze wszystkich książek autora, zatem to takie obserwacje troszkę połowiczne.

      I właśnie, ciekawe jest to komu narrator opowiada. Bo niby sobie, niby nam, a może swoim dzieciom i wnukom? W "Widnokręgu" bohater – Piotr – zdecydowanie zwraca się do swojego syna i jemu opowiada historię swojego życia.

      Już nie mogę się doczekać Twoich przemyśleń z lektury kolejnych książek Myśliwskiego 🙂

  2. Nic Myśliwskiego nie miałam okazji jeszcze przeczytać, ale ogromnie mnie zaintrygowałaś. Wydaje mi się, że to jest coś, co mogłoby mi się spodobać 🙂

  3. Jak już tu pisałam "Nagi sad" nie przypadł mi do gustu, ale… Niektóre sceny z powieści wciąż mam przed oczami, a Myśliwski pisze tak, jak moim zdaniem powinien pisać autor wybitny. Czyli nawet jeżeli książka mi się nie podobała to i tak zostanie mi w pamięci. Choć to trochę na wyrost, bo czytałam zaledwie dwie powieści Myśliwskiego 😉
    Bardzo podoba mi się twoja recenzja 🙂

    1. Tak, to jest zdecydowanie "scenowy" rodzaj pisania: ostatnio nawet rozmawiałam o "Ostatnim rozdaniu" i rozmowa toczyła się wokół pytań "a którą scenę zapamiętałaś?", "a która scena…?", "a pamiętasz, jak w scenie…" i tak dalej. To szalenie ciekawe, jak tak teraz sobie o tym myślę :).

      Bardzo dziękuję, to miłe — no i cieszę się :)!

    2. Hmmmm z jednej strony scenowy, ale z drugiej- Myśliwski potrafi pisać tak pięknie, prawie poetycko, przynajmniej w moim odczuciu 🙂

    3. Zgadzam się jak najbardziej — ale mechanizm zapamiętywania jego próz, jak widzę i po sobie, i po komentarzach, jest trochę taki: pamięta się wybrane sceny (bo tak kapitalne są) i właśnie ten styl pisania, nie fabułę "po kolei" (to znaczy upraszczam, bo oczywiście rzadko zapamiętujemy książkę w taki sposób). Taką mam przynajmniej na chwilę obecną hipotezę :).

    4. Ok, teraz się zgodzę w całości, bo trochę mi nie pasował scenowy rodzaj pisania, scenowy rodzaj zapamiętywania- to już to! 🙂
      Po prostu nie do końca zrozumiałam co masz na myśli 😉

    5. Tak, niejasno się wyraziłam (czy może raczej: niejasno sformułowałam myśl, bo faktycznie napisałam "scenowy rodzaj pisania"). Ale się dogadałyśmy, a to najważniejsze :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *