O dobrych książkowych zwyczajach albo jak żyć (i czytać)?

Jak wspominałam na
Facebooku, jestem Pyzą-w-kociołek-wpadniętą, co objawia się tym,
że biegam, dzwonię, załatwiam i pracuję, że aż strach. Jest szansa, że do końca tygodnia kociołek się
wybulgocze i zapanuje błogi spokój, do normy wróci też żywot blogowy, ale póki co trzeba się liczyć
z wypadającymi notkami, notkami o porach innych niż dotąd i tego
typu niespodziankami. W międzyczasie, jak wspominałam, przyjmuję
wyrazy wsparcia, motywacyjne okrzyki i zdjęcia słodkich kotów. No
dobrze, ale dość tego dobrego – do rzeczy!

Na pewno mieliście
taką sytuację, w której rozmyślaliście o dobrych książkowych
zwyczajach. To znaczy: jak czytać, żeby było mi wygodnie? Co
robić, żeby przeskoczyć kryzys czytelniczy? Jak jeść/spać/żyć,
żeby mieć poczucie, że się dobrze czyta? Świat jest pełen porad
na takie tematy – a że, jak wiecie, poważne poradnictwo to
zupełnie nie moja domena, to nie będzie taki tekst. Ale wybrałam
kilka książkowych zwyczajów, o których często myślę – ba,
niektóre nawet udaje mi się praktykować! – i je opisać. Ciekawa
też jestem Waszych sposobów!

Poobiednia
drzemka-czytanka:
nie wiem, czy
należycie do tego plemienia, które bez dwudziestu minut spania po
obiedzie chodzi rozsierdzone do wieczora, czy do tego, które uważa
to za barbarzyństwo i nie wie, jak coś takiego można uskuteczniać
(jam z tego drugiego, ale robię czasem wyjątki, kiedy aura nie
sprzyja), ale podoba mi się
bardzo zasłyszany niegdyś pomysł, by takie dwadzieścia minut
poobiedniego relaksu przeznaczyć na czytanie. Oczywiście to nie
zawsze jest logistycznie proste (bo praca, bo krótka przerwa
obiadowa, bo jemy poza domem, bo w domu, ale wśród bliskich
niespecjalnie pozwalających nam na takie odpoczynki śróddzienne),
a czasami wręcz niemożliwe, ale z drugiej strony jakie kuszące!
Tak sobie wygospodarować trochę czasu wyłącznie dla siebie i udać
się w zaciszne miejsce z lekturą? Podejrzewam, że coś takiego
raczej się nie sprawdzi, jeśli wybierzemy sobie wciągający
kryminał/thriller/sensację (z dwudziestu minut może nagle zrobić
się wieczór), ale coś bardziej ku refleksji lub z rozdziałami
kończącymi się spokojnym szemraniem strumyka miast bohaterem
zwisającym z klifu na jednej ręce – czemu nie?
 
 
 
 Do towarzystwa zdjęcia nobliwie wyglądających wydr, które sprawiają
wrażenie, że wiedzą. Zdj. Mike Baird.



Kilka stron przed
snem:
przyznaję, nie udaje mi
się tylko wtedy, kiedy jestem absolutnie zmęczona i nie mam siły
nawet przwrócić się z boku na bok oraz wtedy, kiedy mam
czytelniczy przestój i żadna czytana książka mnie nie kusi. W
innych wypadkach zawsze staram się choć stronę-dwie przed snem
przeczytać. Podobno to bardzo wycisza i przygotowuje do snu. Chociaż
podejrzewam, że trzeba spełniać i szereg innych warunków, nie
wspominając o tym, że we wszystkich słynnych badaniach „czytanie
przed snem uczyni cię zdrowym milionerem!” chodzi raczej o więcej
niż stronę-dwie, ale tak sobie myślę, że to miły zwyczaj,
systematycznie popełniany sprawia, że człowiekowi robi się tak
jakoś sympatycznie, a poza tym stosunkowo łatwo (na tle wszystkich
innych pór dnia) go uskutecznić i mieć swój czas na czytanie.

Książka zawsze
przy sobie:
Jak już się
zapewne zorientowaliście, jestem wielką fanką noszenia ze sobą
książek i czytania ich wszędzie. Niewiele jest wyjątków od tej
reguły (a te, które są, opisałam tutaj).
To zawsze dobry sposób, żeby mieć pod ręką coś do czytania,
kiedy stoimy w kolejce, jedziemy autobusem czy po prostu łapiemy
chwilę dziennej nudy, która akurat nie jest w tym dniu specjalnie
twórcza (bo nuda bywa zbawienna dla kreatywności!). Oczywiście
można to rozciągnąć na: zawsze przy sobie czytnik/urządzenie do
słuchania audiobooków – bo nie chodzi o formę, ale o zasadę. I
o ile noszenie nie sprawia Wam problemów (bo na przykład z powodów
zdrowotnych nie może dźwigać albo macie torbę wypełnioną po
czubki uszu, uszu torby, rzecz jasna), to nawet jeśli akurat tego
dnia taka książka Wam się nie przyda, zwyczaj jest dobry i zwykle
owocuje (chyba że: patrz wyżej).
 
 
 
 No, ta wie na pewno! Zdj. Agunther.



Po 18:00 czytam
tylko dla przyjemności:
to
moja praktyka z czasów, kiedy trudno mi było wygospodarować sobie
czas wyłącznie na beletrystykę. Po 18:00 rzucałam wszystko i
zasiadałam sobie z wybraną powieścią, żeby zupełnie nie odkleić
się od fikcyjnych światów. I był to całkiem niezły sposób, bo
pozwał na jasne przejście granicy praca—czas wolny (a wiadomo, że
to nie zawsze jest takie proste!) i nie było mowy o żadnych
wyrzutach sumienia. Wracam do niego często, kiedy mam dużo na
głowie, a mimo wszystko chciałabym jednak regularnie czytać.
Polecam – jasne, nie zawsze wychodzi, a i tę 18:00 oczywiście
trzeba traktować negocjacyjnie (ale jak już wymyślicie sobie,
dajmy na to, 21:00 i macie taką możliwość, trzymajcie się jej;
jak się odpuści kilka razy, to z zasady nici).

Pustym godzinom
mówimy nie!
Innymi słowy:
kiedy masz tę chwilę czasu i nie robisz nic innego – czytaj.
Żadne „siadłem tylko na pięć minut, sprawdzić pocztę, i jest
22:00!”. Tylko że wiecie, idea mi się podoba, z wykonaniem bywa
zaś stanowczo gorzej – takie „puste godziny” zdarzają się
każdemu. I o ile nie trwają latami, to chyba nie ma w tym nic
złego, widocznie mamy taką potrzebę, chcemy odpocząć, poszlajać
się tu i ówdzie, pogadać, powyglądać przez okno albo popatrzeć
sobie dookoła i choćby zrobiła się i 23:00, to jeśli tego
potrzebowaliśmy i sprawiło nam to radość, to czemu nie?

A
Wy, o jakich poradach słyszeliście albo jakie uskuteczniacie? Albo
odwrotnie: są takie, które się Wam zupełnie nie sprawdzają bądź
tylko działają Wam na nerwy?

12 Replies to “O dobrych książkowych zwyczajach albo jak żyć (i czytać)?”

  1. Książka zawsze przy sobie – obowiązkowo! Ostatnio w postaci elektronicznej, bo na czytniku więcej się mieści i wygodniej się czyta 🙂 Przed snem przeważnie staram się czytać, ale czasami nie mam siły i padam 🙂

    1. Czytnik jest też szczególnie dobry, gdy mamy do przeczytania samą końcówkę — nie żal brać tej książki, bo choć wiemy, że się skończy, zaraz można sobie włączyć inną, zamiast nosić dwóch w plecaku :).

  2. Lubię czytać przed snem. A jak mam dzień wolny i jest brzydko albo nie chce mi się nigdzie wychodzić to zasiadam z książką. A puste godziny… no cóż… zdarzają mi się ostatnio zbyt często.

    1. Bo one chyba przychodzą w takich sinusoidach: raz nie wiadomo, w co ręce wsadzić, a raz nie wiadomo, co by tu robić, bo wszystko jakoś się już zrobiło.

    1. Dziękuję! Te koty zrobiły mi nie tylko środę, ale i w ogóle tydzień :D!

  3. Też książkę mam zawsze przy sobie…i co dzień czytam przed snem- to taki mój rytuał…:)
    Czasami przez niego nie mogę zasnąć…a przez czytanie książek w komunikacji miejskiej przegapiam przystanki…tja. Książko, miłości (i zmoro) moja!

    1. Och tak, czasami człowiek kładzie się z postanowieniem "tylko ta strona", "tylko skończę rozdział", a potem robi się czwarta nad ranem, a rano trzeba iść do pracy ;).

  4. Też mam książkę zawsze przy sobie, poza tym czytam rano, albo wieczorem, do tego jeśli mogę to słucham audiobooków, czytanie, dla osoby, która chce to robić to nic trudnego.Pozdrawiam,

    1. Słuchanie audiobooków podejrzewam, że wiele ułatwia, ale jak wiadomo ja jestem w fazie "spróbuję się przekonać do słuchania książek" ;).

  5. Przez jakiś czas praktykowałam siadanie 6 razy dziennie na min. 10 minut – w ten sposób pomiędzy codziennymi obowiązkami znajdowałam aż godzinę na lekturę. Tylko jakoś już od tego zwyczaju odeszłam, a szkoda.
    Poza tym codziennie zapisuję sobie, ile stron przeczytałam, więc to mnie dodatkowo motywuje, żeby poświęcić więcej czasu na czytanie 🙂

    1. Brzmi świetnie, chociaż czasami to 10 minut bywa trudne do zdobycia — ale podoba mi się idea, muszę wypróbować właśnie w takim dniu, kiedy o całą godzinę spokojnie do przeznaczenia na czytanie trudno :-)!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.