Niebezpieczeństwa czyhające na czytającego albo czytaj i się strzeż!

Wpis na taki temat przyszedł mi
do głowy wczoraj w łazience, kiedy z ferworem godnym lepszej sprawy zużywałam
domowe zasoby wody utlenionej. Czemu? Patrz: punkt pierwszy.

1. Zacięcie się papierem.
Nie mówcie, że nigdy się Wam to nie zdarzyło przy czytaniu! Bo
jeśli powiecie, to znaczy, że jestem fatalną czytelniczką bez
możliwości zakrzyknięcia „ależ ja znam czytelnicze BHP,
serio!” (bo i tak nikt mi wówczas nie uwierzy). Ilość przypadków, w których przy przewracaniu strony,
wyciąganiu książki z plecaka, sprawdzaniu czegoś na szybko –
generalnie: przy każdej okazji, w której w grę wchodzi
przewracanie kartki ręką – zacięłam się w palec (lub, serio,
dowolną inną część ręki) jest zbyt duża, by je policzyć.
Generalnie zatem trzeba uważać (chociaż nie wiem, czy bycie uważną
cokolwiek mi pod tym względem daje), bo nie dość, że długo się
goi, to boli zupełnie nieproporcjonalnie do tego, jak wygląda.
Książki naprawdę bywają niebezpieczne!

Jak się strzec? W
sumie rękawiczki mogą się przydać. Chociaż to trudne do
zastosowania latem.

Co się będziemy bać po próżnicy, pooglądajmy Arcimbolda! A poza tym
jest wiosna i Arcimboldo jakoś wyjątkowo pasuje. „Woda” (1566).
 

2. Przejechanie przystanku.
Osobiście nigdy mi się nie
zdarzyło, ale nie tylko że Domownik co jakiś czas dzwoni, mówiąc:
„wiesz, przejechałem przystanek, bo się zaczytałem, więc
właśnie się spóźniam”, ale i Wy często dajecie znać, że
takie doświadczenie Wam nieobce. Muszę przyznać, że to chyba
jedna z moich największych zgróz: nie, żeby potem jakoś trudno
było się cofnąć o tej jeden przystanek, ale to chyba kwestia
dumy, pogrzebanej przez notoryczne podcinanie sobie palców kartkami
– że może i jestem gapą, ale chociaż tutaj będę uważać i
zachowam czyste konto. Podejrzewam, że za czas jakiś się zaczytam
i przejadę, bo to nie jest wcale takie trudne, a im więcej się
powtarza, że się nigdy nie przegapiło przystanku, tym szansa na
jego przegapienie rośnie.

Jak się strzec? Wyczulonymi
pajęczymi zmysłami kontrolować, gdzie jesteśmy. Nie ufać
mówiącym autobusom i tramwajom, mogą się mylić.

3. Kac poksiążkowy. To
bardziej niebezpieczeństwo dla duszy niż dla ciała. Długo nie umiałam
tego nazwać, aż odkryłam, że i inni tak mają. Wiecie: czytacie
coś bardzo ciekawego albo długiego, w co zainwestowaliście masę
czasu i emocji, i to się kończy – a Wy zostajecie. I ani sięgnąć
po następną książkę, ani wrócić do normalnego funkcjonowania,
bo głowa została gdzieś w książkowym świecie właśnie
odłożonej lektury. Zwykle wtedy podążam jeszcze za książką,
szukam informacji na jej temat, czytam o autorze, szukam utworów
pokrewnych (czasem są fanfiki!) i tam sobie błądzę, aż nie mam
dosyć. Właściwie, przyznaję, nie przepadam za tym uczuciem.

Jak się strzec? Zachowując
dystans emocjonalny – za każdym razem, gdy drgnie Wam serce przy
jakimś opisie czy dialogu, należy polewać się zimną wodą.
Trochę niszczy to meble, ale taka cena!


4. Przegapienie tego, co można
zobaczyć.
Nie wiem, czy znacie
to uczucie, kiedy czytacie w podróży albo gdzieś, gdzie inni
obserwują otoczenie i nagle słyszycie szum, podniesione głosy i
zostajecie poinformowani, że przecież Was wołali, bo oto
przeleciało UFO, przebiegło stado białych jeleni albo ktoś
właśnie widowiskowo oświadczył się sąsiadowi z naprzeciwka. A
Wyście czytali, więc nie było z Was żadnego pożytku
obserwacyjnego. Mnie to uczucie jest, przyznaję, dobrze znane i
czasami nawet mi żal, że czegoś nie widziałam (ale zawsze
można to sobie dowyobrazić i słuchać długich i plastycznych opisów, więc nie
jest aż tak źle).

Jak się strzec? Podnosić
głowę, kiedy ktoś szarpie Was za ramię, krzycząc „UFO! UFO!
Tam!”.

5. Mdłości i migrena. Może
się zdarzyć, jeśli odczuwacie potrzebę dowiedzenia się, co dalej
z bohaterem, mimo że – na przykład – siedzicie w środku
komunikacji tyłem do kierowcy, a wiecie, że Wam to nie służy.
Choroba lokomocyjna to w tym wypadku rzecz straszna. Podobnie
jeśli dzień jest taki, że czujecie zbliżającą się migrenę,
ale jednak decydujecie się czytać – mnie się zdarza, a potem
leżę i padam, i obiecuję sobie, że to był już ostatni raz.

Jak się strzec? Być
trochę mniej upartym. Albo czytać niewciągające nas książki (chociaż
to dość okrutne remedium!).

6. Wpadnięcie na coś. Opcja
dla tych, którzy czytają chodząc, ale nie do końca wyćwiczyli w
sobie jeszcze ten zmysł, który pozwala na omijanie przeszkód, nie
wpadanie na rowerzystów i docieranie do punktu docelowego w jednym
kawałku i z całymi kolanami. Albo dla tych, którzy nie opanowali
jeszcze wszystkich zagwozdek drogi, którą chcą przebyć, czytając.
A na takiej drodze rosną wtedy same przeszkody: latarnie jedna za
drugą, hydranty, słupki, wiaty przystankowe, niewinni przechodnie,
psy, które wyszły na spacer, podejrzane płytki chodnikowe…

Jak się strzec? Tu
zupełnie serio: jeśli nie znamy dobrze drogi, lepiej nie ryzykować.

7. Nierozpoznanie znajomych i
słynnych nieznajomych.
Jeśli
macie jakichś znajomych, którzy boczą się na Was, rozważcie
opcję, że mogło być tak, że czytaliście i zupełnie nie
zauważyliście, że ktoś macha do Was, uśmiecha się i wita. W
związku z tym nic dziwnego, że mogliście zostać uznani za takich,
co to nie zauważają innych. Równie możliwe, że ta grupa ludzi
skupiona wokół kogoś, ta grupa, którą dostrzegliście, na chwilę
odwracając wzrok od książki, właśnie spotkała Słynnego
Człowieka, podczas gdy Wam ta okazja do przyszłego opowiadania
wnukom, jak toście go spotkali, właśnie przepadła.

Jak się strzec? Jeśli
ktoś krzyczy Wasze imię, sprawdzić, czy jednak nie do Was. W drugim przypadku trzeba zdać się na intuicję.

Oczywiście
wiecie, że wpis jest do czytania z przymrużeniem oka. Zdarzają się
Wam czasem takie zagrożenia? Jeśli chcecie tę listę douzupełnić,
śmiało! Bardzo jestem ciekawa (i trochę się boję, wiadomo).

18 thoughts on “Niebezpieczeństwa czyhające na czytającego albo czytaj i się strzeż!

  1. Mnie się zdarza to, o czym wspomniałaś w punkcie trzecim. Jeśli książka dobra, wstrząsająca, to koniec: potem przez kilka dni, a w skrajnych przypadkach nawet przez tydzień nie jestem w stanie nic czytać. To, po co sięgam, wydaje mi się mdłe, nudne, a nawet niegodne czytania. Nie istnieje lekarstwo na taką „chorobę”, bo ją leczy tylko czas 🙂

    Nigdy nie zacięłam się papierem ani nie przejechałam przystanku. Najgorsze, co mi się zdarzyło w związku z książkami, to utrata pieniędzy użytych jako zakładka. Włożyłam kiedyś między strony banknot stuzłotowy, zapomniałam o nim, do książki z braku czasu nie wróciłam, po kilku dniach odniosłam ją do biblioteki ze stuzłotówką w środku… Kiedy sobie o niej przypomniałam, nie było mi do śmiechu 🙂

    1. Tak zgadzam się, tutaj nie bardzo jest jak sobie poradzić inaczej, niż przeczekać. Co więcej czasami w takiej sytuacji nie pomaga nawet powrót do ulubionej książki, tak "na rozruszanie", bo i ona wówczas potrafi sporo stracić — takie to bywa przemożne uczucie!

      O rety, utrata pieniędzy w związku z pasją czytelniczą jest mi znana (zwłaszcza po wizycie w księgarni), ale nie pomyślałam, że może mieć i takie oblicze — wierzę, że to musiała być bardzo nieprzyjemna sytuacja!

  2. Ja się zacięłam parę razy. Przegapiłam też w swoim życiu kilka przystanków. Na kaca cierpię czasem i potwornie tego nie lubię. A w sobotę minęłam w centrum miasta starszego pana, który szedł czytając książkę i pomyślałam sobie, że odważny on. Osobiście staram się tego nie praktykować.

    1. Czasami trudno się oprzeć — ale na swoje usprawiedliwienie 😉 dodam, że najczęściej czytam jednak na trasie przystanek-dom, którą mam już rozpracowaną i daję baczenie na ewentualnie remonty ;).

  3. Oprócz zacinania się papierem (też nie wiem jak sobie z tym radzić, więc łączę się w bólu), przydarza mi się to, co opisałaś w punkcie trzecim. Ale chyba mam inne podejście, bo ja to lubię i nie nazwałabym tego kacem. Po tym uczuciu oszołomienia lekturą poznaje, że książka jest dla mnie ważna. Czekam, aż z czasem książka się we mnie „uleży” i nie przeszkadza mi, że nic w tym czasie nie czytam.

    1. Zastanawiam się, czy to nie są jednak trochę odmienne zjawiska: bo wiem, o czym mówisz, ale to jest chyba jednak takie przyjemne uczucie, że trafiło się na coś w jakiś sposób przyjemnego, ważnego dla nas, taką lekturę, którą z chęcią postawi się na półce, żeby zerkać na nią co rano. A kac książkowy to taki stan, w którym trudno o domknięcie, ten świat nie wypuszcza nas z rąk jakiś czas i wcale nie jest nam miło, że tak się stało ;).

  4. Oj, śmiałam się czytając wpis, bo mi się niektóre punkty z tej listy zdarzają i bez zaczytania – wystarczy, że się mocno zamyślę. W ten sposób i przejechałam przystanek, i nie rozpoznałam znajomego, a nawet wpadłam na człowieka idącego na wprost mnie! Dlatego czytam wyłącznie w domu – nie wiadomo, co by się jeszcze mogło stać, jakbym dodatkowo była zaczytana 😉

    1. Faktycznie, ryzyko mogłoby wzrosnąć ;). Zastanawiam się, czy mi się bez czytania tak zdarza — no, z zacinaniem się na pewno, jestem się w stanie skaleczyć nawet suchą skórką od chleba (serio, serio) ;).

  5. O tak! Dzisiaj mnie ten słodki niczym śmierć "Widmopis" tak załatwił, że się krew polała! A ja tego niewdzięcznika smyrałam wcześniej po okładce! Dzięki również za wspomnienie o czytelniczym gapiostwie (czyli wszyscy wybuchają śmiechem, a ty każdego pytasz "ale sso sie stało?") oraz chorobie lokomocyjnej, która jest moją zmorą od lat dziecięcych i przez którą zmarnowałam wiele potencjalnie przeczytanych stron 🙁

    Od siebie dodałabym jeszcze niewyspanie (jeśli kończysz czytać o drugiej w nocy) i bezsenność (jeśli masz silną wolę i oderwiesz się od książki, lecz za to w takim momencie, że do rana będziesz się męczył, co dalej).

    Pozdrawiam,
    Między sklejonymi kartkami

    1. Tak, to mniej więcej taka sytuacja (i teraz pytanie: czy zakładać, że to coś, co i nas rozbawi i zaśmiać się, a dopytać później, czy jednak dopytać wcześniej ;)). O tak, niewyspanie z całą pewnością jest poważnym niebezpieczeństwem! Bezsenność jednak chyba mnie nie dopadła, ale za to zwarzony humor przez dłuższy czas przez to, co stało się w książce — już tak.

  6. Przegapienie przystanku? Nieraz! Za to jeden jedyny raz przegapiłam autobus. Akurat z tego przystanku nie odjeżdżał żaden inny, więc było o tyle prosto, że wiadomo było: podjedzie – wsiadać. I tak czytałam sobie "Kiedy byliśmy sierotami" Ishiguro, co jakiś czas podnosząc głowę i za którymś razem zobaczyłam, że przystanek zrobił się pusty, a ja nawet nie wiem kiedy podjechał autobus (na usprawiedliwienie dodam, że wygodnie usiadłam sobie na ławeczce naprzeciwko przystanku).

    1. O, to jest coś, czego się zawsze boję: że zaczytam się i niby patrzę, jaki autobus akurat podjeżdża, ale może jakoś przegapię ten, na który czekam, i będę wystawała na przystanku dłuższą chwilę. Na razie — odpukać! — podzielność uwagi mi się sprawdza, ale może to tylko znak, że żadna książka czytana w ten sposób nie pochłonęła mnie bez reszty ;).

  7. Mnie niestety notorycznie przydarzają się wszystkie opisane przez Ciebie nieszczęścia. I jakby tego było mało, u mnie niebezpieczeństwo komunikacyjne jest nie tyle takie, że przejeżdżam przystanek… ale też zdarza mi się wsiąść do złego autobusu czekając na przystanku…

    1. Ha, mnie się też dwa razy zdarzyło. Zajechałam w zupełnie nieznane mi rejony i miałam wycieczkę krajoznawczą przy okazji ;).

    1. Bo co się przeczytało, to się nieodczyta — ale na szczęście czasami można zapomnieć, co też się w książce działo ;).

  8. Zaliczyłem chyba wszystko poza piątką. Szóstka – w liceum spektakularnie władowałem się na latarnię. Rozcięta skóra na łbie, szpital, szycie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *