10 moich ulubionych opowiadań albo o opowieściach

Kiedy Rusty opublikowała wpis o swoich ulubionych opowiadaniach, wiedziałam, że nie przejdę obok niego obojętnie. I nie tylko dlatego, że wynotowałam sobie te, których nie znałam – pomyślałam, że też napiszę o swoich ulubionych (powiedzmy, że w ramach długiej odpowiedzi na pytanie kończące wpis).

1. „Kafkiada”
B
ohumila Hrabala

Powiedzmy sobie zupełnie szczerze: opowiadania Hrabala są genialne.
Nie będę narzekać, że „to mistrz krótkiej formy, powieści to
nie to samo”, bo się z tym nie zgadzam, jego powieści też są
cudowne. Ale opowiadania – zwłaszcza te, które wyszły u nas w
tomie „Bar Świat” to są trochę takie kawałki bursztynu, w
których w środku widać coś, jakiś szczątek świata, który nie
istnieje i możemy sobie wyobrazić, jak funkcjonował, kiedy nie był
jeszcze zatopionym w żywicy strzępkiem czegoś, co przestało
istnieć. „Kafkiadę” lubię szczególnie, dlatego że
reprzentuje nurt, który jest mi bliski: bohater czyta książki,
szwenda się po mieście i przytrafiają mu się dziwne rzeczy –
które jednak wcale takie dziwne nie są, jak na pierwszy rzut oka,
bo wypływają gdzieś z przemyśleń i przeżyć bohatera. Jest tu
nocna Praga, jest i duch Kafki, który po twórczości Hrabala krąży
– idealnie. 
 

2. Kapellmeister
Enders”
Henryka Worcella

Worcell, którego pewnie kojarzycie z „Zaklętych rewirów”, po
wojnie przeniósł się na Dolny Śląsk i pisał o tym, jak
wyglądało życie tam po roku czterdziestym piątym. A że
literatura opisująca Ziemie Zachodnie i Północne po wojnie to
jeden z moich koników, bardzo wysoko cenię sobie „Najtrudniejszy
język świata”, zbiór takich opowiadań-obrazków z życia ludzi
tam i wtedy. Tylko że Worcell robi coś jeszcze: zaburza granicę
między rzeczywistością a opowieścią, między tym, co mogło się
zdarzyć wtedy a kiedy indziej, topografia wsi zmienia się, ludzie
zaczynają się jakoś inaczej nazywać, wszystko jest takim snem o
innym życiu. Otwierające tom opowiadanie lubię szczególnie: za
paletę bohaterów, za krótkie, celne charakterystyki, wreszcie za
niemieckiego kapelmistrza, którym bohaterowie-Polacy gardzą, a
który okazuje się być w głębi kimś, do kogo – choć wcale nie
chcą – są jakoś podobni. I jaka doskonała jest tu scena z
muzyką! 
 
 
 
 Ogniska, bo gdzie się tak archetypicznie snuje opowieści? Wszystkie stąd.


3. „Dziki
Zachód”
Igora Newerlego

To jedno z moich nie tak znowu dawnych odkryć. Newerly świetnie
pisał, a został zapomniany (choć może ktoś jeszcze kojarzy go z
listy lektur). „Dziki Zachód” to – trochę jak wyżej –
opowiadanie o Ziemiach Zachodnich, Newerly—narrator—bohater
wyprawia się do Wrocławia szukać sprzętów, które są potrzebne
jego organizacji, i styka się z zupełnie absurdalną
rzeczywistością, w której nikt, kto ma mieć wpływ – go nie ma,
a kto nie mieć powinien – oczywiście, ma. Narrator jeździ,
obserwuje i wraca, i toczy z żoną w małym, nieciekawym mieszkaniu
długie rozmowy o tym, że nie tak miała wyglądać rzeczywistość
i gdzie się omsknęła, że wylądowali w takiej, w której zdobycie
tapczanu graniczy z cudem. Przeplata się to z historiami z obozu, w
którym narrator spędził wojnę, i to też są opowieści bardzo
wyważone, bez epatowania, szukające języka, by wypowiedzieć
doświadczenie, które z momentu, w jakim jest opowiadane, wygląda
inaczej niż wtedy, gdy było przeżywane. 
 

4. „Młyn nad
Kamionną”
Jarosława Iwaszkiewicza

Iwaszkiewicz
opowiadań napisał mnóstwo i niektóre lubię bardzo, inne lubię
mniej, jeszcze inne w ogóle mi się nie podobają. Ostatecznie do
tego zestawienia wybrałam „Młyn nad Kamionną”, bo to rzecz
najdziwniejsza: niby prosta historia o księdzu, któremu świat
taki, jaki jest po wojnie, zupełnie nie pasuje (wiem, słychać tu
echa moich fascynacji opisanych wyżej) i o Żydówce, do której
wojenne echa (ale inne niż można by pomyśleć po takim
szczątkowym, jak mój tutaj, opisie) wracają nie proszone w formie
jak najbardziej materialnej. Lubię to opowiadanie, bo ono jest
właśnie takie na pozór proste, a potem okazuje się, im głębiej
schodzimy w świat opowieści, że z motywacjami postaci jest coś
nie tak, że one jednak chyba robią to, co robią, z zupełnie
innych pobudek. W czasie, gdy wyszło, opowiadanie odczytywane było
jako przyłączenie się autora do nagonki na kościół – wydaje
mi się jednak, że to za bardzo spłyca i fabułę, i konstrukcję,
więc warto przeczytać je bez tej krytyki dziejowej. 
 
 
 
 

5. Oh,
Whistle And I Will Come To You, My Lad”
M. R. Jamesa

Nie mogło zabraknąć mojego zeszłorocznego odkrycia, czyli
straszącego od wieków nestora grozy, Montague’a Rhodesa Jamesa. Ze
wszystkich opowiadań chyba to lubię najbardziej, bo jest tu
kwitesencja wszystkich sposobów, w jakie autor lubi straszyć. Mamy
aroganckiego naukowca z Oxbridge, który gardzi innymi gałęziami
nauk, mamy wojskowego, który z niejednego pieca chleb jadł (jaka
ładna paralela z „Mogiłą” Grimmów!), mamy dziwne znalezisko,
którego lepiej nie ruszać i mamy w końcu pensjonat nad morzem,
wokół którego rzeczywistość zaczyna działać inaczej niż
powinna. O innych sposobach straszenia, uprawianych przez Jamesa, bardziej analitycznie pisałam tutaj
 

6. „Jak ocalał
świat”
Stanisława Lema

Zdziwicie się
zapewne, że ze wszystkiego, co Lema przeczytałam, wybrałam
opowiadanie dość, wydawałoby się, lekkie i przyjemne, i to z
„Bajek robotów”. Ale nie dość, że pojawiają się w nim Trurl
i Klapaucjusz, czyli dwójka konstruktorów, hm, wszystkiego, którym
więcej uwagi dostaje się w „Cyberiadzie”, to jeszcze w lekki
sposób mówi się tu o rzeczach wcale nie lekkich (bo jednak
kończenie się wszystkiego takie znowu wesołe nie jest). No i
poznajemy odpowiedź na pytanie, gdzie zniknęły murkwie i pćmy, a
to rzecz niebłaha. 
 

7. „Kobieta,
która pożyczała wspomnienia”
Tove Jansson

To opowiadanie z, moim zdaniem, nierównego
tomiku „Wiadomość” wywarło na mnie ogromne wrażenie. Głównie
przez to, że skonstruowane jest jak pozytywka – taka bardzo
skomplikowana pozytywka, która zmienia melodie, a człowiekowi
trudno uchwycić moment, w którym jedna przechodzi w drugą. Po
latach spotykają się dwie znajome – i o sile tego opowiadania
może świadczyć, że w takim opisie niemal każde zdanie można
zanegować. Kto mówi prawdę – czy ktoś w ogóle mówi prawdę –
jak to wszystko musiało wyglądać, plus ogromny ładunek napięcia
emocjonalnego, wyzierający z kart: to nie są rzeczy, które jakoś
często się spotyka ubrane w oszczędną, elegancką wręcz formę. 
 

8. Anomalia”
Iana Watsona

Kiedy byłam małą Pyzą i miałam dostęp wyłącznie do jednej
biblioteki w mojej szkolnej podstawówce, wyczytywałam namiętnie
niedługą półkę z fantastyką. A na niej stał między innymi
zbiorek Iana Watsona „Powolne ptaki”. Te opowiadania (no, nie
wszystkie, ale kilka) – czytane ileż to lat temu! – zostały ze
mną do dzisiaj, głównie dlatego, że są bardzo sprytnie napisane.
Ale największe wrażenie wywarła na mnie „Anomalia”, o której
myślę często, zwłaszcza podczas jazdy samochodem. Oto w świecie
pojawiają się pewne zakłócenia przestrzeni – coś, co było
daleko, nagle jest godzinę drogi od domu. Narrator opowiada nam to
wszystko, ale czujemy, że czegoś nam nie mówi. Wspaniała sprawa,
móc w kwadrans przejechać z miasta, które normalnie oddalone jest
o dziesięć godzin drogi, do domu, prawda? Zatem: co nie gra? 
 
 
 
 

9. Figurki”
Jana Nerudy

Ten dziewiętnastowieczny czeski dziennikarz, pisarz i właściwie
wychowawca całego pokolenia literatów, doczekał się polskiego
przekładu „Opowieści z Małej Strany”, więc sami możecie
sprawdzić (bo dobre to opowiadania są, oj dobre!). Moje ulubione
zamyka zbiorek. Oto młody aplikant postanawia wynająć mieszkanie
na Malej Stranie, bo gdzież lepiej mu się będzie uczyło, niż w
cichej, zielonej dzielnicy w środku pięknej Pragi? Już pierwszej
nocy zachwyca go śpiew słowika, a za dnia raduje się możliwością
obcowania z tymi prostymi ludźmi, od których podnajmuje
mieszkanie… Tylko że z czasem słowiki zaczynają strasznie się
drzeć po nocach, nauka do egzaminu się ślamazarzy, a pytanie, kto
tu jest tym „prostym człowiekiem” nie dostaje takiej łatwej
odpowiedzi. 
 

10. Św.
Ksawery” Jakuba Arbesa

Ciągle Wam opowiadam o Arbesie narzekając na brak polskich
tłumaczeń, więc nie mogłam tutaj nie wspomnieć o jednym z
najlepiej chyba znanych opowieści mistrza krótkiej acz dziwnej
formy w Czechach. Tytuł zatem sprokurowałam, żeby brzmiał po
polsku. Jest sobie kościół (naprawdę jest), a w nim obraz (jak
wyżej), a w kościele nieopodal tajemniczego obrazu zamknięty w
świątyni na noc zostaje nasz bohater. I ba, pewnie by się to
zdarzyć mogło – ale czemu z nim razem zamknięto kogoś, kto
wygląda zupełnie jak przerażony święty z kościelnego obrazu,
pod którym obaj stoją? Czy przypadkiem nie kryje się tutaj więcej
niż jedna tajemnica? 
 

I
jeszcze słówko o samej konstrukcji wpisu: wybrałam opowiadania, do
których lubię wracać – więc kilka, które bardzo doceniam, ale
do których wracać nie lubię, bo są bardzo mocne, tak, że aż
boli („Kolonia karna” Franza Kafki) tu nie ma. I ot, tak to
wygląda.

18 Replies to “10 moich ulubionych opowiadań albo o opowieściach”

  1. O, uskutecznię niebawem bezczelny plagiat i napiszę podobną notkę, ale skupię się na grozie 🙂

    1. Oczywiście, pisz, fajnie, że to będzie taki "chodzący wpis" :). I daj koniecznie jakiś ranking straszności, żebym wiedziała, czy czytać, czy jednak bać się ;).

  2. A tak z ciekawości: których opowiadań Iwaszkiewicza nie polubiłaś? Kiedyś przez kilka miesięcy zachwycałam się opowiadaniami tego autora i przeczytałam ich wtedy dosyć sporo. Najbardziej mnie ujęły "Brzezina", "Kochankowie z Marony", "Noc czerwcowa", "Jadwinia". "Młynu nad Kamionną" akurat sobie nie przypominam. A "Ikar" i "Matka Joanna" nie przypadły mi do gustu.

    1. Na przykład nie przepadam za "Wieczorem u Abdona". To opowiadanie zadedykowane Witkacemu i Iwaszkiewicz faktycznie jest tam taki rozedrgany, abstrakcyjny, dekadencki — i jakiś zupełnie nieswój, jakby brakowało tam, hm, może nie przekonania czy talentu, ale takiej iskry? Trudno mi to nawet dobrze określić. "Noc czerwcowa" — ojej, jaki to jest piękny tekst! Ja jeszcze bardzo lubię to, którego tytułu w tej chwili nie mogę sobie przypomnieć (ale sprawdzę!), o staruszce siedzącej na cmentarzu. Absolutnie nic się w nim nie dzieje, a jak jest napisane!

    2. Wiem, o które Ci chodzi! O "Cmentarz w Toporowie". Tak, w tym opowiadaniu nie ma żadnej akcji, nic się w nim na pozór nie dzieje (jakaś staruszka siedzi sobie przy grobie nieznanego Niemca), za to z wrażliwym czytelnikiem może dziać się bardzo dużo 🙂

    3. Tak, to to! Dziękuję :). Dokładnie tak, jak piszesz: ono operuje bardziej na emocjach czytelnika niż na jakichś spektakularnych zwrotach akcji.

  3. Czerwiec miesiącem opowiadań! Jak pewnie widziałaś na Goodreads (swoją drogą dziękuję za zaproszenie, otworzyło ono przede mną nowe nowe możliwości portalu 😉 ) ja poczytuję sobie wspomnianego Kafkę. "Kolonię karną" na razie omijam, czytam to co przed i po.

    1. Naprawdę? To tylko się cieszyć :)! Co do zaproszenia — ale i do Kafki. Osobiście najbardziej lubię Kafkę listowo-powieściowego (ach, "Zamek"! ach, "Proces"!), listowego może nawet najbardziej. Co nie ujmuje niczego jego opowiadaniom, bo są doskonałe :).

  4. Uwaga, będę bluźnić!
    Nie lubię opowiadań. Krótkie formy sa dla mnie zdecydowanie za krótkie. Mam za każdym razem wrażenie niedokończonej historii, takiej tylko zapowiedzi dłuższego tekstu, zaledwie migawki.

    I w tym miejscu przedstawię wyjątek potwierdzający regułę.
    Lubię opowiadania Edgara Kereta. Czytając te zazwyczaj niewolne od fantastyki teksty mam wrażenie jakbym oglądała teledysk na MTV. I takie wrażenie już bardzo mi pasuje 🙂

    1. Wiem, o jakie uczucie Ci chodzi — wydaje mi się, że to też kwestia podejścia: to znaczy w momencie, kiedy nastawisz się na taką formę, zupełnie inaczej zaczynasz ją odbierać, może wtedy przestaje to tak przeszkadzać? Wiesz, jak wtedy, kiedy wydaje się nam, że oglądamy komedię, a to dramat czystej wody i to rzutuje na nasz odbiór?

      Ha, z Keretem nie miałam wiele do czynienia, przeczytałam jeden zbiór jego opowiadań, dawno temu, i mnie nie porwał. Obiecuję sobie dać mu drugą szansę, ale jeszcze póki co nie dałam. Ale zrobię to ;).

  5. Oj, muszę sobie przypomnieć 'Młyn nad Kamionną '

    1. Robi wrażenie, jak się tak w niego wgryźć!

  6. *dopisuje "Kafkiadę" do listy*

    1. Super! Cały "Bar Świat" gorąco polecam — "Chce pan zobaczyć Złotą Pragę?" jest też świetne.

  7. Najbardziej przepadam za ,,Kobietą…" mojej ukochanej Tove…ale od dzisiaj resztą się zainteresuję…

    1. "Kobieta…" bardzo dobra, teraz czytam "Córkę rzeźbiarza" i chyba znalazłam moją ulubioną Tove-opowiadaniową :).

  8. Może też bym ukradła… Uwielbiam opowiadania, ale z wyborem miałabym chyba problem. Na pewno "Ci, co odchodzą z Omelas" i "Kierunek Drogi" Ursuli K. le Guin, z Sapkowskiego "Wieczny ogień", z Gaimana "Zbłąkane oblubienice złowieszczych oprawców w bezimiennym domu nocy potwornego pożądania", z Lema "Podróż ósma" z "Dzienników gwiazdowych… Zebrałoby się 😛
    Pozdrawiam,
    Między sklejonymi kartkami

    1. Kradnij, kradnij, niech temat krąży :). Zawsze można dowiedzieć się, czego polecanego jeszcze się samemu nie czytało :)! (A Lema zawsze popieram :D!).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.