Zagrajmy! Albo o grach planszowych inspirowanych powieściami ze Świata Dysku

Otóż, jak kiedyś
Wam już chyba wspominałam, moją drugą pasją po czytaniu są gry
planszowe. Ponieważ to pasja trwająca już czas dłuższy, to i
zbiory gier mamy z Domownikiem dość zasobne – a wśród nich moi
absolutni faworyci, czyli gry ze Świata Dysku. A że od wczorajszej
premiery czytam sobie powolutku „Pasterską koronę” Terry’ego
Pratchetta, to postanowiłam o tychże grach dzisiaj napisać. Tyle
słowem wstępu.

Ankh-Morpork

To zdecydowanie mój
faworyt. Gra, zaprojektowana przez Martina Wallace’a, którego –
nawiasem mówiąc – w ogóle wysoko cenię jako projektanta gier
planszowych, jest rozgrywką z całości ankh-morporskich stosunków,
tak mniej więcej do „Prawdy”. Losujemy postać, do wyboru są
Samuel Vimes, lord Vetinari, trzech wrednych lordów-porywaczy, troll
Chryzopraz oraz Smok Herbowy Królewski. Chodzi nam o to, żeby
zrealizować swoje cele, zanim zrealizuje je inny gracz, w ten sposób
wygrywając grę, oraz żeby – oczywiście! – krzyżować
wszystkim szyki. Osobiście najbardziej lubię być Vimesem, który
wygrywa, kiedy skończy się talia kart, za pomocą której wykonuje
się kolejne ruchy (biada tym, którzy trzymają na ręku Obrane
Orzechy!), najmniej zaś – którymś z lordów. Jestem też, jak
się podczas wielu lat grania przekonałam, fatalnym lordem
Vetinarim. Rozgrywka jest o tyle ciekawa, że gra odznacza się dużą
losowością: nie wiecie, kim będziecie, z kim gracie ani jakie
ruchy będziecie mogli wykonać. W dodatku Niewidoczni Akademicy
ciągle podsyłają jakieś podejrzane zdarzenia losowe (demony z
Piekielnych Wymiarów! Trolle! Smok! Powódź! Bezdennie Głupi
Johnson!), a ktoś wpiernicza się do Waszej dzielnicy. Można też
podkładać świnie innym graczom, a przyznaję: jestem osobą
uwielbiającą gry z negatywną interakcją (wychodzi ze mnie przy
graniu jakiś zupełny negatyw Pyzy), na przykład wyburzać im domy
(ha!), nasyłać niepokoje (ha! ha… no, chyba, że ktoś jest
Smokiem Herbowym, a ten z niepokojów czerpie widoki na wygraną,
więc ostrożnie) i mordować agentów (ha! ha! Ha!). Na szczęście
zawsze znajdzie się jakiś Wallace Sonky, który może nas uratować
– kiedy ktoś inny będzie podobne rzeczy chciał zrobić nam.

Dla kogo? Dla
wszystkich. Serio.
 A tak wygląda plansza. Jest cudowna. Można na nią patrzeć i patrzeć.
Zdjęcia niestety upozowałam, bo ciągle podczas grania zapominam je robić.






Guards! Guards!

Pierwsza gra
światodyskowa, którą dostałam (bo to już w sumie tradycyjny
prezent Bożonarodzeniowy lub urodzinowy, kiedy jakaś wyjdzie
wszyscy wiedzą, do czego świecą mi się oczy) i chociaż nie
jestem aż tak wielką jej fanką, to zagrać czasem lubię. Mimo
tytułu to nie tyle próba oddania tego, co działo się w tomie
„Straż! Straż!”, ile dość ogólne przedstawienie tego, co
może przydarzyć się Wam w Ankh-Morpork. Mechanika słabiej jednak
oddaje specyfikę Wielkiego Wahoonie. Można jednak liczyć na smoki,
rozjeżdżający przypadkowych przechodniów (i graczy mających
pecha) Bagaż oraz na zrekrutowanie sobie do drużyny Rona, który
zarazi nas ospą, więc trzeba będzie iść do szpitala. Ano
właśnie, bo chodzi o to, by znaleźć w mieście czary, które
rozlały się z wieży Niewidocznego Uniwersytetu, i odnieść je tam
przy pomocy rekrutów. Rekruci są najróżniejsi, ale trzeba uważać,
by nie werbować samych podejrzanych indywiduów, bo złapie nas
Straż Miejska i nasza drużyna wyląduje za kratkami. Albo okaże
się, że to tajemne bractwo i zwabi smoka. Do dodatkowych
przyjemności w trakcie rozrywki należy wkładanie graczom do
kieszeni alchemicznych materiałów wybuchowych, nasyłanie na nich
skrytobójców i pętanie czarami podejrzanej proweniencji.

Dla kogo? Dla
ludzi, którym nie straszne są skomplikowane z początku zasady i
dziwnie napisane instrukcje. Dla fanów Świata Dysku. Dla złośliwych
współgraczy.
 
 
 W pudełku znajduje się jedna kostka. Ta druga, którą widać, to efekt nieustannych
dialogów: „Jak to, twój czar zadziałał? Twoje czary zawsze działają! Mamy za lekką kostkę!”.



Wiedźmy

Druga gra autorstwa Martina Wallace’a i drugi mój ulubieniec w tym
zestawieniu. Muszę przyznać, że może nawet jeszcze lepiej niż
„Ankh-Morpork” pokazuje, jak działa świat w powieściach
Terry’ego Pratchetta. Przede wszystkim bowiem: gramy czarownicami,
młodym pokoleniem z Lancre. Generalnie chodzi o rozwiązywanie
problemów takich jak: kto odbierze poród, wyleczy owcę lub świnię
albo pogrzebie nieboszczyka. Trafia się czasem jednak przygoda w
rodzaju: skąd się tu wzięły te elfy i hej, hrabio Magpyr, co tu
robisz? Do rozwiązania problemów używamy magii, głowologii i
pomocy innych czarownic. Z magią jednak trzeba uważać: każde jej
użycie powoduje przyrastanie rechotu, a zbyt wiele rechotu grozi, że
pojawi się u nas żeton Czarnej Alice. A wszyscy wiemy, kim była
Czarna Alice. Pewnym mankamentem gry jest powtarzalność i kart,
którymi się gra, i łatwych problemów – ale w tym drugim
przypadku również oddaje to specyfikę bycia czarownicą. Więc
czepiam się nieco na wyrost.

Dla kogo? Ponownie: dla
wszystkich. Dla młodszych graczy również. Można grać samemu –
wtedy cała gra jest naszym przeciwnikiem.
 
 
 
 

Sekary

Nabytek ostatni i jeszcze nie do końca wypróbowany. Istnieją dwa
warianty gry: jeden to wysyłanie wiadomości przez sekar (znajdujący
się na środku planszy) – który zawodnik wyśle szybciej, ten
wygrywa. Proste. W drugim jesteśmy kompanią sekarową i ścigamy
się z Urzędem Pocztowym, kto będzie pierwszy. Jak na razie
ponosimy z Domownikiem sromotne klęski i Moist nas pokonuje za
każdym razem. Sam mechanizm tego, jak oddać na planszy działanie
sekaru (sekara?) jest super. Chociaż, jak dla mnie, odrobinkę brakuje klimatu
– ale może rozpieściły mnie powyższe gry, gdzie fajerwerków i
smaczków jest całkiem sporo (a czasami: mnóstwo).

Dla kogo? Dla wszystkich,
zwłaszcza tych lubiących łamigłówki.
 
 
 
 W prawym dolnym rogu — Moist von Lipwig!




I to tyle: jeśli kochacie Pratchetta i tych gier nie znacie –
warto się zainteresować. Jeśli lubicie gry – koniecznie
zagrajcie, zwłaszcza w „Ankh-Morpork” i „Wiedźmy”. A jeśli
ani jedno, ani drugie, to też dajcie szansę, a nuż Was wciągnie?

A może znacie jeszcze inne gry ze Świata Dysku?

15 thoughts on “Zagrajmy! Albo o grach planszowych inspirowanych powieściami ze Świata Dysku

  1. Ooo matko.
    Jestem fanką gier planszowych, jednakże jakoś całkowicie umknęły mi te gry oparte na Świecie Dysku!

    Niestety od razu po lekturze Twojego tekstu próbowałam znaleźć Ankh-Morpork w jakimś sklepie z grami i niestety jest to obecnie pozycja kompletnie niedostępna :/ Troszkę lepiej jest z "Wiedźmami" i "Sekarami", ale ja jednak chciałam zacząć od Ankh-Morpork…

    1. "Ankh-Morpork" jest naprawdę, naprawdę dobra, ale jak widzę, faktycznie jest z nią teraz kłopot u nas :/. Szkoda, ale wiem, że daje się na nią też zagrać na konwentach czy festiwalach gier — może tam ją wypatrzysz, jeśli będziesz w pobliżu jakiegoś, żeby chociaż zagrać partyjkę dla rekonesansu?

      Jeśli wahasz się między "Wiedźmami" a "Sekarami", to w ciemno możesz brać "Wiedźmy". Co by nie mówić o "Sekarach", brakuje im jednak klimatu. A "Wiedźmy" mają doskonale oddającą powieściową mechanikę działania i do tego cudowną planszę (i bezsensowny dodatek, w którym są jedynie figurki wiedźm — chociaż do dzisiaj go nie nabyłam, więc może jest w nim coś jeszcze, wtedy gryzę się w język ;)).

    2. Claudette – popytaj w bibliotekach, teraz coraz więcej bibliotek wypożycza gry planszowe. W niektórych miastach są też wypożyczalnie gier planszowych. No i zawsze jeszcze pozostaj polowanie na allegro.
      Mi się zatęskniło i chyba sobie wkrótce wypożyczę Ank Morpork 🙂

  2. Z posiadanymi przez nas "Ankh-Morpork" i "Wiedźmami" jest jeden problem z polecaniem. Po śmierci Pratchetta wygasły licencje na ww. tytuły i ceny poszybowały ponad Dysk. I tak jak mam wielki sentyment do tych gier, tak uważam, że płacenie jakichś 250 zeta za każdy z nich jest grubą przesadą. Tej ceny nie uzasadnia ani ilość elementów, ani grywalność, a jedynie kultowość i dzikie prawo rynku. Ubolewam nad tym, bo znajomym się podoba i chcieliby, ale nie kosztem wielodniowych poszukiwań w necie i ceny z kosmosu. No, ponarzekałem, to do meritum 🙂
    Ankh rzeczywiście bardziej grywalny, choć jak na mój gust cele głównych bohaterów zbyt mało urozmaicone. Podkładanie świni o wiele fajniejsze niż jej leczenie w Wiedźmach, choć przy grze z małoletnim przeciwnikiem, nie zawsze dostarczające wszystkim frajdy. W wiedźmach z kolei lokacje typu Długi i możliwość spotkania się na herbatce robią klimat, a możliwość rozgrywki koo przeciw grze sprawia, że można zewrzeć szyki z młodszymi graczami i nie musieć być narażonym na śmiertelną obrazę (patrz – podkładanie świni).
    Sekary oglądałem, ale jakoś mnie nie ciągnie, a tej czwartej w ogóle nie znam 🙂

    1. Tego nie wiedziałam — ale na jakiej zasadzie wygasły te licencje? Myślałam, że jednak przynależy do to wydawnictwa, które wypuściło grę, pośrednio do tego, które wypuściło je na polski rynek? Wiem, że z "Ankh-Morpork" w ogóle dość szybko był problem i robiono kilka dodruków, bo bywała niedostępna.

      Mówisz? Trochę mi zawsze szkoda być lordem, bo lordów jest aż trzech, no ale z drugiej strony czasami stanowi to miłe urozmaicenie (a jak się ma pieniądze, to można cuda robić z osiąganiem panowania nad dzielnicami — jak się nie ma, to się ledwo dycha w rozlatującej się kamienicy na Mrokach albo w Siostrach Dolly ;)).

      "Sekary" nie są aż tak frapujące, ale są niezłą rozgrzewką, jak się chce w coś pograć po nich albo szybko w coś zagrać (wariant z Moistem jest nieco dłuższy). "Guards! Guards!" chyba nie wyszły po polsku (jeszcze?) i mają nieco przetrąconą mechanikę (patrz: sytuacja z kostką), więc dodajemy do nich zwykle garść swoich poprawek i ulepszeń ;).

    2. Wiedza ze samego źródła. Co za tym idzie, ceny będą szybować pod sufit, jak to bywa z niektórymi książkowymi białymi krukami. Nawet mnie kiedyś kusiło zrobić deal na obydwu tytułach, ale ja je naprawdę lubię i dlatego pewnie dokonają żywota w moich rękach 😀

    3. Okrutne — strasznie czekałam na tę grę o bogach, teraz pozostaje tylko wyobrażać sobie, jak mogłaby wyglądać (i sprawdzać, czy aby Wallace tego mechanizmu, jaki wymyślił, nie wykorzysta w innej grze) :(.

      Ha, bo tak chyba wygląda mechanizm powstawania białego kruka: dostaje się/kupuje coś, co jest nowe i całkiem popularne, nic wyjątkowego i potem nagle kilka lat później ocyka się widząc siebie jako właściciela rzeczy rzadkiej, a przez to drogiej ;).

  3. No nie mów, że lubisz gry! Ja ostatnio przechodzę manię planszówek (o ile można tak powiedzieć) 😀 W tę grę akurat nie grałam, ale już od jakiegoś czasu łypię okiem na podobne tego typu (np. inspirowane Lovecraftem).

    1. Uwielbiam :D. Mamy dość duże zbiory z Domownikiem, ale oprócz tego gramy, gdzie popadnie, jak jest szansa :). Widziałam te inspirowane Lovecraftem (znaczy: nie wszystkie, oczywiście, ale jakąś część) — ponieważ mają negatywną interakcję, też na nie łypię, ale ponieważ Lovecraft nie jest moim ulubionym autorem, to mniej pożądliwie ;).

      A do manii przyda Ci się na pewno coś ze światodyskowego uniwersum :D!

  4. Wersja Sekary była moim osobistym rozczarowaniem. Ciągle spoglądam na nie z wyrzutem, bo mnie zwyczajnie nie bawią. Za to mój kot uwielbia porywać złotego poczmistrza ze ścieżki (;

    1. No, trzeba przyznać, że nie są aż takie fajne, jak by mogły (osobiście czekałam bardzo na trzecią grę Wallace'a, ale wszystko wskazuje na to — przez zamieszanie z licencjami — że jej nie będzie, i teraz płaczę).

    1. "Sekary", jak się rozgryzie mechanizm, okazują się dość proste, aż momentami można się wahać "ale czy ja aby na pewno dobrze rozumiem tę instrukcję? to po prostu tak działa…?", natomiast nie są aż tak frapujące, to prawda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *