(Nie)drobni mieszczanie i (nie)drobne zbrodnie albo o „Tajemnicy domu Helclów” M. Szymiczkowej

 
 
Lubię mistyfikacje.
Pasjami. Zresztą przyznając się do zainteresowania kulturą czeską
– z mistyfikacji słynącą – trudno ich nie lubić. Dlatego z
ogromnym zainteresowaniem zapolowałam w księgarni na „Tajemnicę
domu Helclów”, powieść pióra duetu Jacek Dehnel – Piotr
Tarczyński, ale podpisaną nazwiskiem Szymiczkowa. I to wydanie
wprowadziło mnie, przyznam szczerze, w pewną konfuzję. A o samej
książce – poniżej. O konfuzji zresztą też.

Historia pewnej
mistyfikacji

Otóż na pierwszej
stronie okładki mamy Marylę Szymiczkową. Spoko. Macie moją uwagę
– literackie mistyfikacje u nas zbyt częste nie są, a tu na
ostatniej stronie okładki mamy nawet życiorys pisarki. Sformułowany
zresztą tak, że już wiemy, że bawimy się: ale nie wprost, z
takim mrugnięciem oka do czytelnika. Super. Tylko że od razu pod
spodem wydawnictwo nas informuje, że Szymiczkowa to pseudonim
pisarskiego duetu, zdjęcia, biogramy et caetera. Muszę
przyznać, że nie rozumiem. Jakby zatrzymano się w pół kroku:
mamy mistyfikację, ale nie do końca, szybko, zanim czytelnik się
zastanowi i doceni, rzucamy mu prawdziwe tożsamości twórców w
oczy. Zastanawiam się, kto się wycofał: autorzy? Wydawnictwo? I
dlaczego.

No,
ale jak już opadło ze mnie wzburzenie i zaskoczenie, zaczęłam
czytać. Na pewno już wszyscy wiedzą, o czym rzecz i że generalne
przyjęcie powieść miała dobre, więc nie będzie to – jak
przeważnie tutaj zresztą – recenzja, raczej zbiór uwag. Ale
jeśli nie słyszeliście o „Tajemnicy…” to dwa słowa: o
czym to jest?
Zofia
Szczupaczyńska, krakowska mieszczka, żona profesora UJ-otu, zajmuje
się głównie prowadzeniem domu i udowadnianiem, że jest
krakowianką z kościami (choć rodem z Przemyśla). Jest rok 1893 i
wszystko wygląda tak, jak można się spodziewać w Galicji tego
czasu: mało kto pamięta, że przed Franzem Josephem był jakiś
inny cesarz, największą ekscytację budzi budowa teatru a grób na
Zaduszki musi być odpowiednio wyszykowany. Szczupaczyńska przez
przypadek właściwie wplątuje się jednak w aferę kryminalną,
kiedy licząc na zdobycie fantów na loterię na rzecz dzieci
skrofulicznych (pozdrawiamy Gombrowicza) włącza się w poszukiwania
zaginionej lokatorki tytułowego domu Helclów, czyli czegoś w
rodzaju domu spokojnej starości dla osób z różnych klas
społecznych.
 
 
 
Ponieważ Jan Matejko pewną rolę w powieści ma, dla ilustracji jego
mniej znane (przynajmniej mi) obrazy. Tu „Nocne przygody Jana Olbrachta z Kallimachem”.
 

A
Czechów brak

Muszę
przyznać, że strasznie podoba mi się cała kwerenda, która
musiała poprzedzić powstanie książki. Jasne, autorzy co prawda
chętnie podrzucają nam anegdoty z epoki znane (skandaliczne drugie
małżeństwo Sienkiewicza, charakter pani Matejkowej), ale i te
mniej znane, obficie polane cytatami z ówczesnej prasy (choć
przyznaję, przy czytaniu pisanych dzisiaj retro powieści mam
wrażenie, że zbyt często oddaje się koloryt lokalny cytując
gazety; choć nie powiem, urywki to smakowite), ale i oddaniem
obyczajnych
i nieobyczajnych realiów
epoki (sadzanie służącej, by pilnowała po nocy, czy nikt nie
ściąga dekoracji z grobu!). Bardzo
też podobało mi się to, że choć galicyjski Kraków to wciąż
Kraków ostatnio jakoś chętnie u nas eksplorowany zaduszny – w
sensie pewnego zaduchu i stałości, nie zawsze takiej cudownej – w
nim panującej (pozdrawiamy „Dumanowskiego” choćby), to jest to
też Kraków naprawdę austro-węgierski. Wszystkie narody monarchii
tam mamy, co więcej, chociaż autorzy nie wrzucają nam dialogów
w językach obcych (poza dwoma zdaniami po niemiecku), to oddają ten
wielojęzyczny konglomerat w sposób, który wymaga niezłego ucha:
stylizując wypowiedzi postaci na takie wygłaszane z odpowiednim
akcentem.

Pozwólcie,
że się tu zatrzymam i zadumam. Bo o ile żadnych uwag do
niemieckojęzycznych postaci nie mam – mamy w polszczyźnie zresztą
idiom zapisywania tego, jak mówiący po polsku Niemiec mówi – to
z jedną Czeszką, jaka się nam w powieści trafia, jest nieco
inaczej. Jestem pełna podziwu, jak się autorom udało uchwycić
czeski akcent bohaterki: kilka kiksów tam co prawda jest (nie
powiedziałabym na przykład, że stosująca nagminnie czeskie
końcówki Sedláčková
nagle
strzeliłaby słowem „muszu”, zamiast „musim”), ale
generalnie naprawdę było to interesujące doświadczenie. No i to z
kolei naprowadziło mnie na inny trop: że my w polszczyźnie takiego
wzoru czeskiego bohatera po polsku mówiącego właściwie nie mamy.
Mamy sporo mniej lub bardziej kreatywnych żartów z czeszczyzny, ale
nic poza tym. Dziwne, prawda? Wszak to
naród bliski i sąsiedni, a jak blisko, to przecież jakoś
wypadałoby – a jednak nie. Czechów u nas w literaturze w roli
bohaterów też nie bardzo widać. Hm.
 
 
 
Portret Matejkowej dziatwy.
 

Mego ojca piłą
rżnęli

No
dobrze, ale tak naprawdę-naprawdę to najbardziej w całej powieści
podobał mi się wątek rabacyjny. Spokojnie, żadnymi spojlerami
siać nie będę, uwagi będą natury bardziej ogólnej. Bo widzicie,
zastanawia mnie od jakiegoś czasu ta nieobecność rabacji w
świadomości, nazwijmy ją, narodowej. Galicja to taki twór, który
kojarzy się przeważnie albo z przysłowiową biedą galicyjską,
albo z tym zaborem, co to nie był taki straszny, bo nie
germanizowali (no, od pewnego czasu) i nie uciskali, a kultura się
rozwijała, chociaż Wawel nieco tam jednak bezczeszczono. A ta
rabacja jakoś przechodzi bokiem – wspomina się o niej, że była,
ale to tyle. Oczywiście, mamy „Wesele” i ducha Jakuba Szeli, i
ten fragment, który – w formie nieco zniekształconej, w jakiej go
tu przytoczę – w domu mym pada zawsze, gdy o rabacji mowa (tak,
toczymy sobie z Domownikiem rozmowy o rabacji galicyjskiej), czyli
„mego ojca piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli” (u
Wyspiańskiego rżnęli jednak dziadka). Ale widzicie, z tego cytatu
nawet widać, co zostało: o pierwszej części się nie pamięta, bo
tak prawdziwa jest druga.

A
to jest jednak wydarzenie niesamowite: w aurze, w rozwoju, w tym, że
przecież faktycznie mamy potem kolejne pokolenia, które wzrastają
z pamięcią i tożsamością ukształtowanymi przez bycie ofiarami
lub sprawcami. Taki punktowy wybuch nienawiści, który przeradza się
w horror z rodzaju gore, z pobudek, które różnie można tłumaczyć:
podstępem austriackich władz (ale jednak czemu właśnie głównie
polska część Galicji?), wyobcowaniem tak głębokim, że nic nie
łączyło szlachty i chłopów, wzburzeniem
w związku z wielosetletnim ograniczaniem praw i rugowaniem
obowiązków, demoralizacją z powodu warunków życia. Dehnel
i Tarczyński bardzo dobrze tę rabację w „Tajemnicy…”
ogrywają: od małych wzmianek po wątki poważniejsze. A że mnie
fascynują takie poważne, acz przyprószone siwizną zapomnienia
wydarzenia historyczne, to przyklaskuję i
przytupuję temu
przywołaniu.
 
 
 
 Alchemik Sędziwój.


Nie
byłabym sobą, gdybym jeszcze chwilę nie pomarudziła. Bo tak
naprawdę to nie traktowałam „Tajemnicy…” jako kryminału
(wątki kryminalne wydają mi się zresztą coraz częściej
wybiegiem formalnym, żeby opowiedzieć o jakimś problemie albo
zbawić czytelnika interesują historią z jakimś trupem w szafie
dla zwrócenia uwagi), ale gdyby, to przyznaję, że mimo klasycznej
struktury – nawet pogadanka detektywa z wszystkimi zamieszanymi w
aferę zgromadzonymi w jednym pokoju (pozdrawiamy Agathę Christie!)
była – to jednak jakoś chyba do wyjaśnienia wszystkich wątków
czytelnik sam dojść nie może. Żadnych nagłych olśnień
bohaterka co prawda w wielkiej liczbie nie doznaje, ale co najmniej
jedno jest nieco deus-ex-maszynowe.
Ale nic to, akurat to mi – z powodów wyżej wspomnianych –
niespecjalnie wadziło. Trochę mi jednak szkoda było, że autorzy
porzucili wątek emancypacji z nudy, jaka stała się udziałem
bohaterki (emancypacji jednak na modłę pani Linde).

Ale
ponieważ
autorzy pozostawili tu i ówdzie luźniejszą nitkę fabularną na
wietrze powiewającą, liczę że Zofia Szczupaczyńska jeszcze do
nas, czytelników, powróci. Ja bym ją chętnie zobaczyła na
przykład przy urnie w wyborach roku 1919. Kto
wie.

16 thoughts on “(Nie)drobni mieszczanie i (nie)drobne zbrodnie albo o „Tajemnicy domu Helclów” M. Szymiczkowej

  1. Też byłam okropnie zawiedziona, że mistyfikację z nazwiskiem "autorki" można było odkryć przewracając książkę. I zgadzam się w całości, co do wątku kryminalnego (scena zbiorowa,etc.). Jak dla mnie Tajemnica była trochę przewidywalna: sporo tam wątków i motywów charakterystycznych dla Dehnela. Przyznaję jednak, że w ogóle nie zwróciłam uwagi na wątek czeski, a i na rabacyjny nie patrzyłam w ten sposób. A masz rację, bardzo ładnie go "ograli".

    1. Zastanawia mnie, czy to wydawnictwo w ostatniej chwili stwierdziło, że jednak mistyfikacja mistyfikacją, a lepiej promować książkę nazwiskami prawdziwych autorów?

      Ano, gdyby tak ustawić "Tajemnicę…" w rządku powieści kryminalnych retro, to jest przyjemna, ale nie powala. Natomiast ode mnie duży plus za wykorzystanie rabacji. No i jeszcze za coś: za rytm zdań! To się naprawdę dobrze i płynnie czyta, chociaż zdania są często długie — bo są tak dobrze zrytmizowane :).

    2. Ja tak właśnie myślę, że łatwiej wypromować książkę nazwiskiem znanego i docenianego pisarza, więc niby jakaś mistyfikacja i tajemnica jest, ale tak, żeby wszyscy wiedzieli i chętnie wyciągnęli pieniądze z portfela. A to, że autorzy są parą jest chyba dodatkowym atutem i czymś co może przyciągać.

      Sama mam ochotę na lekturę, bo tak mnie ta książka intryguje i co jakiś czas poszturchuje moją pamięć, że chce mi się natychmiast pędzić do biblioteki i ją wypożyczyć. A z drugiej strony stylu Dehnela znieść nie mogę, przez żadną jego książkę jeszcze nie przebrnęłam, więc i z tą pewnie będzie ciężko. I jak tu żyć z takimi dylematami? 🙂

    3. No właśnie, tylko że jednak to trochę psuje zabawę z mistyfikacji, czego nie mogę odżałować, bo tych mistyfikacji u nas za wiele nie mamy :). Natomiast jeśli o styl chodzi: wiesz, mnie przy lekturze uderzyło, jaka ta książka jest wyważona, jeśli chodzi o takie cyzelowanie językowe, nie ma tych rozdmuchanych zdań, uprzymiotnikowienia i tak dalej, które widziałam w innych prozach Dehnela. Dlatego wydaje mi się, że tutaj pisanie w duecie się świetnie sprawdza — może to trochę rozwiązuje Twój dylemat ;)?

    1. Zawsze można podsunąć jako propozycję zakupu w bibliotece :). A historyczne smaczki są naprawdę smakowite i zasadniczo nienachalne, więc jest się na co cieszyć!

  2. Książkę mam, zdobyłem swego czasu, ale jeszcze nie przeczytałem – wciąż mi nie po drodze z wszystkim, co retro w literaturze. Natomiast uwielbiam te Twoje teksty z luźnymi refleksjami o tym, co Cię akurat w książce zainteresowało. Dużo ciekawych odniesień, wychwyconych smaczków, wiedza historyczna; bardzo zachęcasz do przeczytania, nawet jeśli jednoznacznie nie zachęcasz 😉 I to takiego uważnego, bo wszystkie książki Dehnela poprzedzone obszernym rekonesansem epoki zasługują na uwagę, są skarbnicą drobiazgów, jakie uwielbia autor.

    Odniosę się tylko do tej konwencji kryminalnej – w ostatnich latach Polacy wprost uwielbiają kryminał, stajemy się pomału drugimi Skandynawami. A że je czytamy, każde skojarzenie literatury innego gatunku z kryminałem jest nośne. To się zaczęło już pod koniec lat 80. i rozwijało przez całe 90., kiedy trzeba było np. za pomocą elementów literatury popularnej przełamać złe wrażenia po literaturze na siłę zaangażowanej (twórczość Huellego, Chwina, Stasiuka, częściowo Pilcha czy Tokarczuk). Teraz nic nie musimy zmieniać i udowadniać, ale robimy to dalej – i dobrze, bo ten choćby po cichu przemycany kryminał przybiera coraz ciekawe kształty, czy to w wymiarze retro, czy w ujęciu metafizycznym… ciekawe tylko, kiedy poczujemy przesyt 😉

    A mistyfikacja bardzo nieudana. Właściwie od początku, kiedy dowiedziałem się o istnieniu tej książki, nie łączyłem jej z nazwiskiem Szymiczkowej. Od razu byli Dehnel i Tarczyński, więc to zabieg zupełnie zbędny.

    1. Ojej, ależ przyjemnie czytać takie rzeczy (bo pisanie sprawia mi dużo przyjemności — a wiedzieć, że czytanie tego cieszy, to rzecz bardzo dobrze robiąca na samopoczucie :)).

      Mam wrażenie, że moda na retro (chociaż może "moda" to złe określenie, bo daje posmak jakiegoś koniunkturalizmu, może raczej "prąd"?) okrzepła u nas i rodzą się rzeczy coraz lepsze. I to się jednak jakoś łączy właśnie z tym umiłowaniem konwencji kryminalnej, o którym piszesz: to znaczy spotkać kryminał retro można niemal wszędzie, powoli każde miasto zaczyna mieć swojego detektywa — a jeśli nie ma, to rozpisuje konkurs, żeby mieć albo żeby mieć więcej ;). Wydaje mi się, że oprócz tego, o czym piszesz, jest tu jeszcze jedna rzecz: taki synkretyzm gatunkowy, czy może jeszcze inaczej — wykorzystywanie tropów z gatunku jednego w innym. I to się dzieje nie tylko u nas, bardzo wyraźne jest chociażby w Czechach. I teraz pytanie: czy dlatego, że kryminał "się sprzedaje", czy może jednak z innego powodu?

      No właśnie, ale autor w komentarzu niżej wyjaśnia, że — trochę jak przypuszczałam — szło jednak o niechęć wydawnictwa. Straszna szkoda (załkała po raz kolejny Pyza, fanka mistyfikacji :)).

  3. Pomysłu z "mistyfikacją" nie rozumiem. A sama książka średnio mnie ciekawi, ale to raczej ze względu na moją (może nie do końca uzasadnioną, ale jednak) niechęć do duetów literackich;)

    1. Och, duet duetowi nierówny — mam wrażenie, że w tym przypadku to jest duet znakomicie dobrany (co widać chyba po tym, co piszę), więc jak będziesz miała okazję, zerknij, a nuż wpadniesz po uszy ;).

    1. Dziękuję za wyjaśnienie! Straszna szkoda, że jednak wydawnictwo się tak uparło, bo mistyfikacji literackich nam brakuje (a ciekawe rzeczy można po nich wywnioskować). Ale przynajmniej Maryla Szymiczkowa ocalała na okładce — może z czasem jakoś przesłoni mistyfikatorów? Taki rodzaj "wstecznej mistyfikacji"?

  4. Chciałam stanąć w obronie autorów w sprawie pseudonimu, ale widzę, że autorzy sami się obronili. 😉 Ale za to powiem, bo wiem, że na jesieni ma być drugi tom! 🙂

    1. Tak, przy czym potwierdziło to moje przypuszczenia (szkoda, że wydawnictwo się tak uparło, będę to powtarzać, bo literackich mistyfikacji ci u nas niedostatek!). Ooo, drugi tom, powiadasz? Super, zapewne przywędruje tak czy inaczej na moje półki ;). Dzięki za wiadomość :)!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *