Dbajcie o siebie, wszyscy albo o „Pasterskiej koronie” T. Pratchetta

Wiecie, to był od
lat taki mój mały rytuał: polska premiera książki Pratchetta ze
Świata Dysku powodowała automatycznie, że pierwszą rzeczą, jaką
takiego dnia należało załatwić, była wizyta w księgarni. Co
zatem zrobiłam siedemnastego maja? Pobiegłam do księgarni, żeby
nabyć swój egzemplarz. A potem było mi smutno i wesoło
jednocześnie.

O co chodzi?
„Pasterska korona” to
zwieńczenie cyklu o Tiffany Obolałej, czarownicy z Kredy nieopodal
Lancre. Cykl wyewoluował od takiego dla młodszego czytelnika (no,
głównie, ale tak naprawdę to dla wszystkich) do takiego, który
nie różni się specjalnie od innych powieści ze Świata Dysku.
Tiffany już nie jest dzieckiem i musi zmierzyć się z tym, że
decyzja „co zrobić ze swoim życiem?” stoi właśnie przed nią.

I to tyle Wam powiem
bez spojlerowania, dodając może jeszcze: Łojzicku! Ale ponieważ
mam ogromną ochotę poomawiać powieść nieco dokładniej, to
ostrzegam:

Tutaj
żyją spojlery

Serio,
mnóstwo spojlerów*

(*W
tym te Straszne i Kluczowe)

A teraz ad rem.
Może dla pewnej łatwości myślenia – w punktach. Bo przyznaję,
że chociaż było to dla mnie zakończenie bardzo satysfakcjonujące,
to mam ochotę trochę w powieści pogrzebać, swoim zwyczajem.

I. Przyznaję,
najbardziej miodem na moje serce lało wykończenie wątków.
Zdecydowanie. Bo wiecie, to jest taka powieść, która jest
równocześnie powieścią rozliczającą się z całym cyklem –
nie tylko o Tiffany. Otóż: babcia Weatherwax umiera – i to daje
asumpt do tego, by pokazać, jak zmienia się świat. Oto coś
odchodzi, ale przychodzi coś nowego, co niekoniecznie będzie takie
samo, ale niesie ze sobą inne możliwe rozwiązania – wcale nie
gorsze. Ta fala magii, jaka spada na Dysk po jej odejściu, to jest
taki bardzo piękny montaż scen, w którym pojawiają się nasi
bliżsi lub dalsi znajomi. Bardzo dobrze jest zobaczyć, że wszystko
u nich gra. Poza tym, choć po „Parze w ruch” byłam bardzo
rozczarowana, tutaj wątek kolei dostaje swoje godne zwieńczenie:
tak, ta kolei pokazuje, jak zmienił się świat. Nie, że w ogóle
nie ma w nim miejsca na magię. Bynajmniej – jest, jak najbardziej.
Ale to magia nieco inna. Może nawet bardziej taka w stylu czarownic,
niż wcześniej – wszak liczą się dobre buty i empatia, bardziej
niż rzucanie zaklęć. Bo że magia magów zmieniła się już jakiś
czas temu, wiadomo.

II. Samo zakończenie
powieści jest bardzo piękne i bardzo, bardzo filmowe. W ogóle
muszę przyznać, że dla mnie Pratchett często pisze obrazami –
najbardziej chyba „widziałam” książkę w przypadku „Piekła
pocztowego” – i to jest coś szalenie frapującego (i nie
ginącego w przekładzie ani odrobinę). Jest też mocno symboliczne,
ta Tiffany, która owszem, nie wyklucza, że kiedyś zwiąże się z
Prestonem i zamieszkają razem, ale ostatecznie myśli o tym, że
chce być potrzebna, chce robić to, co kocha i robić to dobrze –
to jest taka postać, na jaką liczyłam. Owszem, można zarzucić,
że wszystko się jej udaje. Tylko że raz, że określenie „Mary
Sue” jest jednak ostatnimi czasy ciut nadużywane, a dwa, że to
nie jest tak, że wszystko przychodzi jej bez trudu. Ten trud sytuuje
się bardziej w sferze psychicznej, niepewności, co zrobić i jak to
zrobić, w ustawicznym pytaniu „czy dorosłam do butów po Babci”
(czy nawet: dwóch Babć), które choć cząstkowe odpowiedzi na nie
padają przez całą powieść aż do końca utrzymuje w mocy
bohaterkę. Nie wiem, czy widzieliście, ale Neil Gaiman powiedział
w jednym z wywiadów, że Pratchett planował jeszcze dopisać w
zakończeniu coś bardzo symbolicznego: że Babcia nie odeszła
wtedy, kiedy przybył po nią Śmierć, ale dopiero kiedy upewniła
się, że z Tiffany wszystko w porządku. I o ile symbolika i tutaj
mi się podoba, to w gruncie rzeczy nie czuję żalu, że tego wątku
zabrakło. Jest pewien posmak tajemnicy – i to dobrze.

III. Jasne, można
powiedzieć, że widać to, o czym w zakończeniu pisze sekretarz
Pratchetta: że powieść nie była do samego końca wykończona. Bo
trochę widać: na niektóre wątki zabrakło miejsca, inne nie
zdążyły nabrać pełnego kształtu. Ale muszę przyznać, że mi
to nie przeszkadza – bo nie jest to zrobione tak, że książka na
tym cierpi. W przeciwieństwie do „Pary w ruch”, gdzie postaci
działały często niezgodnie ze swoim charakterem, a wydarzeniom
brakowało ducha, tutaj wszystko wydaje się być na swoim miejscu.
Może czasem za krótko, może czasem aż żal, że nie ma nic więcej
albo że wątek rozwiązuje się dziwnie szybko – ale summa
summarum
nie umniejsza to
satysfakcji z czytania tego tomu w takim kształcie.

IV. Spośród
wątków, co do których smutno mi, że nie będą miały ciągu
dalszego, jest wątek Goeffreya. Bo, muszę przyznać, jest w tej
postaci coś intrygującego. Począwszy od tego stwierdzenia, że nie
czuje się ani kobietą, ani mężczyzną, a po prostu sobą, co jest
stwierdzeniem odważnym i potrzebnym, aż po to, że stara się o
pracę zwyczajowo wykonywaną przez kobiety i zostaje zaakceptowany –
to wszystko sprawia, że choć nie do końca nakreślony wyraźnie,
jest Goeffrey postacią intrygującą. Wypadło, zdaje się, sporo z
tego, w jaki sposób Tiffany dochodzi do nazwania go „tkaczem
pokoju” (właśnie: bo „Pasterska korona” jest trochę jak
film, który zmontowano bez czujnego oka pierwszego reżysera). No i
jak to jest z tym kozłem? Czy to aby na pewno tylko kozioł?

V. Zdziwiło mnie,
że po raz kolejny pojawia się się rzeź. Nie wiem, czy pamiętacie,
ale w „Parze w ruch” jest taka przerażająca scena rzezi, która
zmienia Moista. I tutaj ponownie mamy krwawą jatkę, a nawet dwie –
ale mówię głównie o tym finalnym starciu. Owszem, opisanym raczej
dowcipnie i w stylu „wszyscy bohaterowie zbierają się by walczyć
ze złem, jak mogą”, ale jakoś mnie to zastanawia. Bo chociaż
dużo jest tu o sile przyjaźni (może nawet za dużo, jeśli wziąć
pod uwagę, że wątek ten nie dostał dostatecznie dużo miejsca),
to jednak ostatecznym rozwiązaniem nie będzie przyjaźń – ale
przemoc. Owszem, w obronie, ale jednak: bo coś za dużo tych
kładzionych pokotem ciał, nawet jeśli mowa o elfach, które
wcześniej jednak okazują się nie być takie fatalne z kościami.

VI. I jeszcze słówko
o przekładzie. Wiecie, ja uwielbiam Pratchetta w polskim tłumaczeniu
Piotra W. Cholewy, ale moją uwagę w „Pasterskiej…” zwrócił
ten rodzaj gwary, jaką mówią Feegle. I chociaż to Feegle, więc
wszystkiego można od nich oczekiwać, ale – skąd to
niekonsekwentne mazurzenie? Raz „ż” jest wymiawiane jak „z”,
innym razem „rz” jak „z”, a czasami jak „rz” – nie
wiem, czy to przeoczenie redakcji lub korekty, czy świadoma decyzja
o nadaniu Feeglom takiego trochę klimatu udawactwa (wiecie, jak ci
wszyscy, którzy chcą coś powiedzieć niby gwarowo, ale im nie
wychodzi).

No dobrze, to chyba
wszystko, co mi przychodzi do głowy z takich wrażeń spisywanych na
gorąco. Koniecznie dajcie znać, jak Wy odebraliście ten tom! No i
powtórzę: smutno mi, że Dysk pożeglował dalej na grzbiecie
Wielkiego A’Tuina i nie zobaczymy się więcej z bohaterami. Ale jak
dobrze, że zostawili nam tyle historii o sobie, do których można
wracać.

53 Replies to “Dbajcie o siebie, wszyscy albo o „Pasterskiej koronie” T. Pratchetta”

  1. No tak, przeczytałam wstęp i na tym poprzestanę na razie 🙂 Dzięki za uprzedzenie o spojlerach 🙂 Tyle mi jeszcze Pratchettów zostało do przeczytania, że do ostatniego tomu nie dojdę chyba w tym roku… ale tak to jest, jak się bliźnich nie słucha i zaczyna od "Koloru magii"… człowiek się zniechęca, wraca po iluś latach i teraz mam za swoje… Tu dyskusje o "Pasterskiej Koronie", a ja dopiero "Ruchome obrazki" skończyłam. Ten rok oficjalnie zostanie u mnie rokiem z Pratchettem.

    1. Och, to masz zdecydowanie wspaniały czytelniczo rok, dużo dobra Cię czeka! 🙂 Swoją drogą, ja zaczynałam od "Pomniejszych bóstw" i "Ruchomych obrazków" właśnie, podejrzewam, że gdybym zaczęła od samego początku, to też mogłabym się aż tak nie wciągnąć. Dwie pierwsze części darzę zdecydowanie najmniejszym sentymentem (aczkolwiek z chęcią do nich kiedyś wrócę).

  2. "Koronę…" zamówiłam. Na razie cieszę się na lekturę i smucę, że to koniec…

    1. Warto się cieszyć na lekturę, w każdym razie obstaję przy stanowisku, że to jest satysfakcjonujący w dużej mierze koniec (a bałam się, że tak nie będzie).

  3. Ja zaczelam od Morta, cykl mi sie konczy i nie wiem za co sie dalej zabrac

    1. Jeśli za Pratchetta, to bardzo polecam jego eseje i krótsze teksty z "Kiksów klawiatury". On sam uważał, że jego najważniejszą powieścią jest "Nacja", ale jeszcze nie czytałam, więc tu nic konkretnego Ci nie powiem. A "Naukę Świata Dysku" znasz?

      Z fantasy nie aż tak wpływowego, ale bardzo przyjemnego w czytaniu, mogę polecić Blaylocka — mało u nas znany, a trylogia o serowarze czyta się, no właśnie, dość przyjemnie i niekiedy umie zaskoczyć ;).

    2. "Nacja", bym powiedział, jest niezbyt satysfakcjonująca.

    3. No właśnie ciekawa jestem, jaka właściwie jest ta "Nacja", bo od wspomnianych "Kiksów…" ciągle się zbieram, żeby ją przeczytać — jasne, autorzy często uważają za swoje najważniejsze książki takie, które czytelnicy odbierają inaczej, ale chociażby z tego powodu chciałabym przeczytać ;).

    4. Być może moja nienajlepsza opinia na temat Nacji wynika z tego, że to książka spoza Dysku. Mnie się to wydawało jakimś skrzyżowaniem Dwóch lat wakacji z Władcą much. Swoją drogą, chętnie sobie powtórzę kiedyś.

    5. Rozumiem, dla mnie też książki nie-Dyskowe bywają problematyczne (do dzisiaj nie rozumiem fenomenu "Dobrego omenu", o "Długiej Ziemi" kiedyś rozmawialiśmy, no, "Kiksy…" podobały mi się za to bardzo, więc i "Nacji" dam szansę ;)).

    6. Dobry omen być może poległ z powodu tłumaczenia, mnie też się nie podobał. Długa ziemia to wiadomo 😛 Mgnienie ekranu warto dla jednego opowiadania właściwie. Z tego wszystkiego Nacja chyba i tak wygląda najlepiej.

    7. Całkiem być może, ale ja miałam też wrażenie, że cały pomysł był za prosty i nie aż tak wypolerowany, żeby olśnić. Ale może to dlatego, że wcześniej widziałam wariacje na ten sam temat — a w czasie powstania "Dobry…" mógł być jednak pionierski ;). A znasz powieści o Johnnym Maxwellu? Bo przyznaję, tego nawet nie miałam w rękach.

    8. Owszem, czytałem Johny i bomba, koncept zupełnie do mnie nie przemówił, to już wolę Dywan i Nomy 🙂
      Intrygi Dobrego omenu nie pamiętam zupełnie, ale kiedy zaczynałem Świat Dysku, to miałem wrażenie, że Pratchett przeniósł z Omenu część pomysłów.

    9. O, właśnie Nomy! Muszę zajrzeć kiedyś, tu też mam braki :). Hm, może przeniósł, ale szczerze mówiąc dowodów teraz mieć nie będę ;).

    10. Nomy się przyjemnie czyta, skojarzenia z Feeglami nieuchronne. Z Omenu chyba przeszedł Śmierć, Jeźdźcy Apokalipsy, nie wiem czy nie Cohen i spółka. O ile nie zmyślam na bieżąco, serio niewiele pamiętam.

    11. Lubię Feeglów, więc brzmi zachęcająco ;). Co do "Omenu…" nie potwierdzę, nie zaprzeczę, nie wiem, czy te pomysły nie wykluwały się aby obok siebie ("Kolor magii" to '83, a Śmierć już tam jest, jeśli mnie pamięć nie myli, nie jestem wielką fanką początków Rincewinda, "Dobry Omen" to '90, więc później).

    12. Nie sprawdzałem chronologii. Być może więc motywy krążyły w obie strony.
      Rincewind, brr.

  4. Smutno tak, że nie ma już z nami Pratchetta… 🙁

    1. Prawda, smutno!

  5. No odważnie tak z detalami, jak dobrze że nie zajrzałem wcześniej, mogłem się spłakiwać nad Babcią Weatherwax z zaskoczenia.
    Osobiście żałuję, że Wilcza Jagoda zginęła, bo byłby przyjemny happy end. Ale teraz jest bardziej życiowo, niestety, i bardziej prawdziwie.
    Geoffrey to faktycznie duży potencjał, szkoda że nie zostanie wykorzystany. Tyle że symbolizować będzie genderowe przemiany na dysku, rozpoczęte szpilkami żeńskich krasnali.
    Gwara Feegli mi nie przeszkadzała, bo okropnie nie lubię takich pseudogwar i z trudem je czytam. Natomiast w początkowej scenie z panną Tyk zrobiłbym "pławienie czarownic" zamiast kąpania.

    1. Dlatego solennie ostrzegałam na początku, żeby się strzec spojlerów. Bo to w sumie taka książka, którą chciałam omówić też na własny użytek, bo ważna — może nie najlepsza z dyskowych, ale ważna. Tak, mnie też Wilczej Jagody szkoda, nie spodziewałam się, że tak będzie, szczerze mówiąc. I nie wiem, czy jest tak, że elfy nie umieją współdziałać, więc są skazane na odejście (jak wyczytałam u Ciebie :)). Wydaje mi się, że jednak umieją — Wilcza Jagoda świadkiem — więc może z czasem jednak jest i dla nich szansa. Odeszły w końcu do czasu, kiedy nie nauczą się współpracować.

      Oj tak, Geoffrey zdecydowanie to kolejny etap, rozpoczęty przez kransoludki — przy czym tak ładnie opisany, że żal, że nie będzie nic dalej. Przy czym: masz jakąś teorię a propos Mefistofelesa? Kim/czym ten kozioł jest? Bo on miał mieć chyba nie tylko symboliczne znaczenie, jak mniemam.

    2. Ostrzegałaś, więc przed lekturą nie czytałem Twojego tekstu.
      Elfy nie umieją współczuć, tak napisałem, o ile pamiętam. Wilcza jagoda mogła być wyjątkiem, bo sama zaznała okrucieństwa pobratymców i to mogło wywołać jakiś przełom. Gdyby przeżyła, mogłaby reedukować elfy, skoro zginęła, to wątpię, żeby Tiffany próbowała uczyć współczucia kolejnego elfa, więc te stworzenia raczej się nie zmienią.
      Geoffrey miał potencjał na osobną powieść. Mefistofeles w pierwszej chwili kojarzył mi się diabolicznie, ale to się nie potwierdziło. Moim zdaniem to po prostu inteligentne zwierzę z charakterem, które lubiło swojego opiekuna. Taka lepsza wersja Greebo 😀

    3. Myślę, że i tak mają potencjał na to, by wrócić i zaistnieć w świecie nie jako okrutni mordercy, ale jako kolejny gatunek — w każdym razie między słowami coś tam takiego jest. Może nie w czasach Tiffany, ale kto wie, może kiedyś (kiedy świat zmieni się jeszcze bardziej? Bardzo to Tolkienowski motyw!).

      Miał, miał, zdecydowanie. Z chęcią dowiedziałabym się o nim więcej. Co do Mefistofelesa — no ciekawa jestem, może to jego spotkanie z Ty świadczyło raczej o niezwykłości Ty niż jego samego ;).

    4. W sumie elfy są już chyba ostatnią rasą, której nie objęło dyskowe multikulti 😛 Więc czemu nie, mogą zostać przytuleni do łona społeczności, ale faktycznie długa droga do tego, a nikt chyba specjalnie nie będzie z misją do nich ruszał.
      Mnie Ty fascynowała, stale podejrzewałem, że jednak Babcia mogła jej zostać skrawek swej świadomości, żeby obserwowała wypadki 🙂 Wg posłowia taka zresztą była pierwsza wersja.

    5. Misją na pewno nie — raczej przyjdą, jak będą gotowe. Co zaś do Ty — właśnie, wspomniany w tekście Gaiman mówił, że taki był zamiar: Babcia przeniosła się w ciało Ty, a na koniec miała odejść, ale nie wtedy, kiedy przyszedł po nią Śmierć, ale na zupełnie własnych zasadach. Co w całości miało mieć wydźwięk symboliczny. Przyznaję, że nie brakowało mi tego — scena odejścia Babci jest po prostu mocna sama w sobie, jak zauważyłeś — ale trochę tego zamiaru z "Pasterskiej…", jaką dostaliśmy, jednak prześwituje.

    6. Same nie przyjdą, bo nie będą gotowe – niby jak? skąd? Nikt im nie pokaże tego, co Tiffany pokazała Królowej.
      Moim zdaniem teraz jest lepiej, z symbolicznymi wydźwiękami łatwo można przefajnować i tu by chyba tak właśnie było. Esme miała swoją godność, koniec gry to koniec gry, a nie jakieś oszukiwanie w ciele kota 😛 Co innego gdyby umarła Niania Ogg, ta by się pewnie pazurami trzymała Dysku.

    7. Z drugiej strony jest pewna nadzieja w tym, że o Wilczej Jagodzie ma się pamiętać (Tiffany mówi wręcz, że musi się pamiętać), czyli że jednak pamięć o dobrym elfie ma przetrwać. No i: "może, kiedy wszechświat zakręci się jeszcze, spotkamy się znowu, w innym obrocie i szczęśliwszych okolicznościach" (ale to już król elfów; no i znowu Tolkienowy motyw).

      Tak, mnie też się wydaje, że bez takiego silnego symbolizmu jest lepiej, a co się daje wyczytać, to się daje :).

    8. No tak, ale pamiętać będzie Tiffany i spółka. Tyle dobrego, że następnym razem będą wiedzieć, że się da reedukować elfa. W dobre intencje króla bym nie wierzył; równie dobrze szczęśliwsze okoliczności mogą oznaczać, że władca będzie miał ochotę sobie popodbijać Dysk 😛

    9. Pamięć na Kredzie idzie przecież w pokolenia, w przekaz międzygeneracyjny i w pamięć ziemi, więc nie byłabym tu taką pesymistką ;). Co do króla — zgoda, też tak w pierwszym odruchu pomyślałam, ale potem naszła mnie taka myśl, że inny obrót to zmiana, a więc i król może być już wtedy nieco inny (w końcu ma szopę ;)!).

    10. Pytanie, czym on się w tej szopie zajmie. Mam czarne podejrzenia 😛
      Ale nawet pamięć ziemi nie wpłynie na elfy, co najwyżej na wnuczkę Tiffany 🙂

    11. Nie dziwię się ;). Na elfy nie — ale na pamięć o nich na pewno (zamiast legend, w których elfy są ładne i rozkoszne, co jest groźne, zostanie pamięć o tym, że mogą się nauczyć żyć razem z innymi, a to już dużo).

    12. Ale ta nowa pamięć też może być groźna dla jakiegoś naiwnego idealisty, który zechce nawracać elfy.

    13. Teoretycznie — ale tak to jest przedstawione, że różni się od tej "pamięci zmieniającej się w mit", z jaką mamy do czynienia w "Panach i damach". Stąd mój umiarkowany optymizm :).

    14. Przebijasz mnie lepszą znajomością źródła, Panów i dam nie lubię, wolę Maskaradę 🙂

  6. Moim zdaniem ta książka to jest najlepsze możliwe zakończenie, jakie mogliśmy dostać. Dla mnie to jest list pożegnalny, szczególnie te sceny z Babcią. W ogóle jestem zachwycona i tak podekscytowana książką, że wkońcu się złamałam i znowu założyłam bloga, bo musiałam to z siebie wystukać. Tyle dobrych emocji… Zupełnie niepotrzebnie się tej książki bałam.

    1. Widzę, że miałyśmy podobne obawy przed lekturą. Mnie towarzyszyła też obawa, że nie będzie dobrze, bo "Para w ruch" jako koniec cyklu o Moiście była bardzo rozczarowująca. A tutaj — zgadzam się — wszystko jest tak, jak być powinno. Mam to samo wrażenie, że śmierć Babci Weatherwax jest świetnie zakomponowana. Pamiętam, że Pratchett powiedział kiedyś, że nie zabije tej postaci i będzie ją pisał tak długo, jak będzie mógł — w tym sensie to jest też bardzo symboliczne rozwiązanie fabularne.

  7. Pamiętam, że mnie "Para…" całkiem się podobała, ale na przykład "Niewidocznymi akademikami" byłam bardzo rozaczaorwana. Być może dlatego, że nie przepadami, ani za magami, ani za piłką nożną. I być może dlatego wszystko inne oceniałam w porównaniu na plus. 😉
    O tej wypowiedzi Pratchetta, dotyczącej śmierci Babci nie wiedziałam. Rzeczywiście w tym kontekście taka decyzja jest jeszcze bardziej interesująca.

    1. Nie, mnie "Akademicy…" nie ruszyli tak bardzo (czytałam tylko raz i byłam stosunkowo zadowolona, ale słabo tę akurat część pamiętam, zwłaszcza że wolę te części, gdzie magowie są, no cóż, częścią akcji, a nie jej głównym przedmiotem), natomiast na "Parę…" bardzo czekałam i rozczarowałam się, zwłaszcza tymi postaciami zachowującymi się nieco jak nie one. Ale wrócę do niej kiedyś, żeby sprawdzić, jak się te wrażenia przechowały (na przykład sczytać tak cięgiem wszystkie trzy tomy o Moiście? brzmi jak plan!).

      1. that's my robot says: Odpowiedz

        Późno dołączam się do dyskusji, ale jak się dopiero niedawno skończyło „Pasterską koronę”, to tak to właśnie wygląda. Gorzej, że ja nawet o ostatnim tomie nie chcę mówić, a o „Niewidocznych akademikach”, skoro już się o nich tutaj wspomina. Bo wg mnie ten tom to złoto. Bardzo dobrze się bawiłam czytając wątki piłkarskie, a podejrzewam, że nie każdy fan piłki akurat doceni nawiązania, które tu się pojawiają, bo nie koniecznie musi je znać. A chodzi mi dokładnie o początki ligi piłkarskiej i rozwój kibicowania w Anglii. Ach, to było miłe. 🙂
        I tak się przez to zastanawiam: o ile pewne mechanizmy czy to biurokratyczne, czy to gospodarcze są dosyć uniwersalne i łatwo je rozpoznać ludziom z różnych stron świata, to ile nam umyka, gdy nie znamy kontekstu kulturowego w jakim dorastał przeciętny Anglik i dla niego pewne nawiązania są oczywiste?
        Bardziej jaskrawym przykładem jest seria o Thursady Next Jaspera Fforde, bo już podczas lektury widać, że nie do końca rozumiemy żart czy sytuację, bo nie znamy dobrze literatury angielskiej, która jest ważną częścią narracji. Łatwiej jest uzupełnić tę lukę poprzez czytanie konkretnych książek czy autorów, ale co z bardziej subtelnymi bądź niszowymi elementami kultury?
        Nie zdarzyło mi się wymieniać wrażeniami z lektury Prattchetta z Anglikiem, ale zastanawiam się jakie mogłyby być różnice w odbiorze nie tylko ze względu na przekład.

        1. To jest ciekawy trop, bo właściwie większość osób, z którymi rozmawiałam o „Niewidocznych Akademikach” uważała ten tom za przyjemny, ale nie za jeden z lepszych (ja sama mam o nim, jak wspominam wyżej, podobną opinię: uważam go za dobry, ale nie należy do tych, do których najczęściej wracam, a może trzeba by go sobie odświeżyć).

          I teraz pytanie, jeśli książka nie broni się zupełnie bez kontekstu, to źle dla książki, czy dla czytelnika właśnie ;-)? Mnie się wydaje, że Pratchetta się docenia tym bardziej, im więcej czyta się brytyjskich klasyków: dla mnie takim „otwierającym” go pisarzem jest na przykład Dickens. Wiem, banalne stwierdzenie, ale co zrobić, akurat tak wygląda to doświadczenie czytelnicze w moim przypadku :-).

          1. that's my robot says: Odpowiedz

            Odpowiadając na pytanie: wg mnie – to zależy. 😉 Zależy jak bardzo ten kontekst jest niszowy i czy jest on głównym kluczem do zrozumienia całości. Weźmy tych „Akademików…”. Jest tam tyle innych tropów dobrze rozumianych przez właściwie wszystkich, że wątek piłkarski wcale nie jest tym centralnym. Jasne, dla mnie był on bardziej czytelny, dostarczał dodatkowej rozrywki i na pewno wpłynął na lepszą ocenę całości, ale czy odbiór głównych problemów jest przez to inny? Wg mnie nie, dalej książka ta oceniana jest pozytywnie, chociaż nie tak jak entuzjastycznie jak u mnie, więc ogólnie się broni (ale to Pratchett ;)).

            Im bardziej jednak znajomość kontekstu będzie miała znaczenie na przyjemność z czytania, tym rzeczywiście może być gorzej i dla czytelnika i dla książki. Źle się czyta, gdy nie można się w jakimś stopniu utożsamić, albo choćby zrozumieć i/lub polubić bohaterów. Bohaterowie odnoszący się do nieznanych nam kodów kulturowych czy społecznych mogą nam się wydawać dziwni, odpychający, wręcz głupi, bo przecież my byśmy w podobnej sytuacji zachowali się inaczej, „mądrzej”. W takim wypadku nawet dobra książka, z punktu widzenia danej społeczności lub grupy, może być oceniona źle przez kogoś z zewnątrz. To może, ale nie musi, być problemem dla książki, bo zależy to też od intencji autora, tzn. dla kogo pisze i o czym, co chce przekazać. Czasami przy dyskusji o polskich filmach pojawia się wątek odbioru danego filmu za granicą. Bo kontekst, bo zbyt polskie i na pewno niezbyt zrozumiałe dla zagranicznego widza. Pytanie: czy ogólnoświatowy rozgłos był ambicją twórców? Nie wydaje mi się. Czy to świadczy o tym, że dzieło jest złe? Nie(koniecznie).

            O, dobrze wiedzieć, że po uzupełnieniu kontekstu o Dickensa, Świat Dysku nabierze dodatkowych barw. Do tej pory nie za bardzo było mi z tym klasykiem po drodze, ale każdy pretekst do powtórzenia Pratchetta jest dobry. 🙂

            1. Nawet bym rozszerzyła a propos kontekstu: bo przecież czasami podobne wrażenia towarzyszą nam przy lekturze tekstów z innej epoki. Że jak to tak, bohater robi coś na sposób A, a nie B, przecież A jest bardziej zrozumiałe czy oczywiste (mój ulubiony przykład: nierozmawiający ze sobą bohaterowie, nierozmawiający nie dlatego, że nie chcą, ale że zabrania im konwencja albo obyczaj — wiele problemów w opasłych klasycznych tomiskach dałoby się rozwiązać jedną rozmową bohaterów, do której po prostu nie może dojść; wydaje mi się, że problematyczną pochodną tej kwestii jest spotykane często dzisiaj rozwiązanie, rodzaj wytrycha narracyjnego, gdzie bohaterowie po prostu ze sobą nie rozmawiają i w ten sposób rodzi się cykl komplikacji popychających fabułę do przodu).

    2. Przepraszam, że się wtrącę, ale czytanie Moista hurtem to bardzo zły pomysł. Zdarzyło mi się czytać po sobie Piekło i Finansjerę, co niestety podkreśliło tylko wtórność Finansjery, tak wtórną, że aż boli.

    3. Czytałam! W sensie: też tak raz zrobiłam i owszem, zgodzę się, że widać, że schemat narracyjny jest podobny, a "ten zły" słabo wykorzystany, ale przy pierwszym czytaniu byłam bardziej krytyczna. Dlatego ciekawa jestem, jak czytana w jednym ciągu z tymi dwoma wypadnie "Para…".

    4. Dobiłaby mnie miałkość Finansjery, a jeśli przypadkiem bym nie zszedł całkiem, to Para dokonałaby reszty 😀 Para to chyba jeden z tych Pratchettów, których nie mam ochoty powtarzać.

    5. Hm, w "Finansjerze" jest przynajmniej mops ;). Ale nie, tak na serio, to mnie się wydaje, że jednak "Para…" mogłaby tu skorzystać na takim rozruchu dwoma poprzednimi tomami, plus sentyment. Ale to takie gdybanie, jak spróbuję, to powiem, jak było ;).

    6. Moim zdaniem by nie skorzystała, bo to jest książka o nie wiadomo kim; taki niekonsekwentny bohater zbiorowy tam występuje.

    7. Zgadzam się — dlatego też jest rozczarowująca jako zwieńczenie cyklu o Moiście. A z drugiej strony jest potrzebna, żeby wydarzenia z "Pasterskiej…" mogły się w ogóle zadziać.

    8. Ja bym Pary nie traktował jako zwieńczenia cyklu o Moiście, mimo iż początkowo się tak zapowiada. Ot, jeden z tych tomów, gdzie pojawiają się wszyscy po trosze. Ale oczywiście ma swoje miejsce w rozwoju całości, zresztą w miarę upływu czasu Świat Dysku robił się coraz spójniejszy, by wreszcie osiągnąć niemal pełnię konsekwencji 🙂

    9. Gdyby tak na to spojrzeć, być może "Para…" więcej by zyskała. Ale przyznaję, czekałam na nią właśnie jako na finał historii Moista — jeszcze kiedy miała być o podatkach ;).

      Tę dyskową konsekwencję właśnie lubię — stąd może niekoniecznie jestem fanką tych zupełnie wczesnych części (chociaż nawiązanie do historii kobiety, która była magiem, w "Pasterskiej koronie" strasznie mnie poruszyło, bo pokazywało to uspójnienie: jednak ta część zawsze była dla mnie tak bardziej poza wiedźmowym cyklem).

    10. Równoumagicznienie to taki tom, który słabo pamiętam, ale który faktycznie stanowił zapowiedź, że kiedyś Pratchett pójdzie nie w ganiającego się bez sensu Rincewinda, tylko coś fajniejszego 🙂 I w sumie to pierwszy przejaw dyskowego dżenderu 🙂

    11. Zdecydowanie — i fajnie, że motyw z tą bohaterką wrócił na koniec, bo jednak brakowało odniesień trochę do tego, jako że było to w czasach ganiającego Rincewinda, jakby innej dyskowej epoki zupełnie ;).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.