Urodzinowy Tydzień Charlotty #2 albo o pewnej znajomości

Dzisiaj będzie nieco o nawiązaniach, nieco o ostatnich nieprzypadkowych wyborach lekturowych, a trochę o biograficznym kluczu odczytywania powieści jubilatki, o którym zupełnie zapomniałam napisać wczoraj.

Zdarza się czasem
tak, że przypadkiem albo celowo (zależnie od konstelacji świecących
akurat na naszym czytelniczym niebie) trafiamy na książki utrzymane
w podobnym tonie, klimacie albo podejmujące ten sam problem
niebezpiecznie blisko siebie. I czasami jest to, oczywiście,
przypadek – jak wtedy, kiedy do kin wejdą podobne do siebie tytuły
i ciągle zapominamy, czy to chodziło o „Prestiż”, czy o
„Iluzjonistę”. A czasami jest tak, że to absolutnie świadomy
zabieg i ciąg wzajemnych inspirujących nawiązań między autorami.

Przyznaję, że
kiedy niedawno czytałam „Północ i Południe” Elizabeth Gaskell
byłam dość zdumiona, że oto w wiktoriańskiej powieści zamiast
dworku gdzieś na sielskiej prowinicji albo domu w tętniącym życiem
Londynie otrzymujemy tak naprawdę przemysłowe miasto jako centrum
całego dziania się, z drobnymi tylko wypadami tu i ówdzie na wieś
czy do stolicy. Zamaskowany Manchester i problemy fabrykantów oraz –
nie mniej ważne – problemy robotników, pracujących w ich
fabrykach stanowiły tam, bądź co bądź, oś fabuły, wokół
której osnute były inne nici, w tym wątek prób emancypacji
głównej bohaterki, Margaret Hale. Kiedy więc sięgnęłam po
Charlottę i na pierwszy ogień poszła „Shirley” zdziwiłam się
nieco, że znowu mamy fabrykę, fabrykanta, robotników i cały ten
jazz.

Tyle tylko, że o
ile w warstwie fabularnej Brontë
zajmuje się podobnym problemem (kwestia jakości życia i
świadomości robotnika, któremu nie zostają wytłumaczone zmiany
cywilizacyjne i uwarunkowania historyczne, prowadzące do obniżenia
prac lub zwolnień – i załatwianie tych spraw „z góry”, bez
zastanowienia się, co to zmienia w życiu owego robotnika), o tyle,
oczywiście, nie jest to żadne nawiązanie sugerujące, że mamy
tutaj do czynienia z faktycznym świadomym ruchem w podobnym co
Gaskell kierunku. Kiedy jednak uświadomiłam sobie, że obie pisarki
się znały, lubiły i ceniły – prowadziły korespondencję,
Brontë bywała w domu Gaskell (prowadzonym jako taki dom otwarty dla
artystów także, i to mimo chorobliwej wręcz, jak zapewniano,
nieśmiałości naszej jubilatki), Gaskell była też osobą, która
gorąco doradzała Charlottcie małżeństwo (wkrótce po ślubie i
szybkim zajściu w ciążę pisarka umiera – nie wiem, czy Gaskell
w ogóle później zastanawiała się, co by było gdyby, ale nie
powiem, jest to kwestia interesująca).

No
i w końcu to Elizabeth Gaskell została przez ojca rodzeństwa
Brontë poproszona, wkrótce po śmierci Charlotty, o napisanie jej
biografii. Niewątpliwie zatem istnieje pewna więź, która łączy
obie pisarki za ich życia – i to, że obie opracowują podobny
temat, nie dziwi. Czy jednak te podobieństwa tutaj się kończą?
Gaskell zaczyna pisać powieść obyczajową i współczesną dla
odbiorcy pierwotnego w 1854 roku: problemy są mu bliskie, tło
znajome, postaci oddziałują bezpośrednio na wyobraźnię. Brontë
porusza temat wcześniej: „Shirley” powstaje w 1849 roku –
krótko po serii tragedii w rodzinie Charlotty (śmierć trójki
rodzeństwa) i jej pisanie to też trochę remedium na to, co się
stało. Pamiętacie, jak pisałam o terapeutycznej stronie twórczości Gaskell? Tutaj zatem mamy pierwsze podobieństwo. Sama fabuła
„Shirley” nie jest jednak bezpośrednio oddaniem tego, co dzieje
się w życiu Charlotty. Oczywiście, mamy stałe tematy (guwernantka
jako soczewka skupiająca możliwe nieszczęścia – zresztą, jak
pisałam wczoraj, to nie jest tak, że wyłącznie kobiety w tej roli
są nieszczęśliwe, potęguje się ich zależność; Louis Moore,
guwerner, jest tu równie nieszczęśliwy i niespełniony).
 
 
 
 

Jednak
już na samym początku powieści można wznieść okrzyk zdumienia:
oto bowiem główna – choć nie tytułowa – bohaterka nazywa się
Caroline Helstone. Helstone Gaskell nazwie idylliczną wioskę, w
której probostwo porzuca ojciec Margaret. Sam siwowłosy i
dobrotliwy pastor zdaje się mieć swoje korzenie w prozie Brontë:
oto bowiem spotykamy pastora Halla (Hall – Hale), ulubieńca
mieszkańców parafii swojej i sąsiednich, właśnie w świecie
„Shirley”. Świecie, musimy dodać, będącym przestrzenią
powieści historycznej – Charlotta przerzuca nas bowiem w
przeszłość, na początek wieku, do wojen napoleońskich, żeby
wybawić bohaterów z kłopotów ich zakończeniem i zniesieniem
blokady, przez co na odpowiednie szlaki wraca handel na Wyspach.

Pastor
Hall z „Shirley” ma także siostrę – Margaret. Wydaje się, że
Gaskell, powracając do tematu pięć lat po publikacji powieści
przyjaciółki, bierze ten motyw, inspiruje się nim i przepisuje
nieco życia bohaterów Brontë.
Margaret przestaje być słodką
starą panną żyjącą z pobożnym bratem – pastor w „Północy
i Południu” traci przecież wiarę w instytucję, którą
reprezentuje – i zostaje wysłana na front podobnego boju
duchowego, który w powieści Charlotty przypada w udziale przede
wszystkim tytułowej bohaterce: Shirley Keeldar. Shirley i Margaret
pochodzą z dwóch różnych światów, są na dwóch różnych
pozycjach (przede wszystkim jeśli chodzi o majątek i
ustosunkowanie), przechodzą jednak swoją drogę w powieściach w
dwóch nieco przeciwstawnych kierunkach. Shirley zaczyna jako
świadoma swoich praw i ograniczeń kobieta, która kończy, grając
nimi na swoją korzyść, ale jednak podporządkowując się im w tej
warstwie najbardziej zewnętrznej.

Dla
Margaret akcja „Północy i Południa” to droga ku emancypacji –
nie tyle nawet zewnętrznej, co przede wszystkim wewnętrznej.
Margaret musi odnaleźć w sobie to, z czym Shirley zaczyna. Pod tym
względem „Shirley” (jako powieść) skonstruowana jest naprawdę
misternie – nie będzie wciągała czy trzymała nas w napięciu,
ale w bardzo ładny sposób wprowadza temat i go ciągnie,
podstawiając na scenę dziania się kolejne postaci, trochę jak w
teatrze. Ostatecznie obie
bohaterki dostają swój happy
end
,
na który składa się jakaś samorealizacja (i ręka nie takiego
znowu przystojnego przemysłowca na krawędzi bankructwa: choć
inaczej wykończyły tu autorki wątki) i zdanie sobie sprawy z tym,
że choć społeczeństwo nakładać na nie będzie nadal pewne
ograniczenia, to uświadomienie sobie ich i próba ich odrzucenia
jest celem istotnym i – co więcej – realizowalnym.

___________________
A
jutro mała przerwa w świętowaniu – zapraszam Was serdecznie na
piknik z klasyką, na którym gościem będzie Bolesław Prus i jego
„Kroniki”. Będzie się działo! Będą towarzystwa do opieki nad
towarzystwami, sprawa szaletu publicznego w Teatrze Wielkim i
japoński
raport o stanie życia w Warszawie.

7 thoughts on “Urodzinowy Tydzień Charlotty #2 albo o pewnej znajomości

    1. Super, mam nadzieję, że Ci się spodoba :). Gdybym miała wybrać jedno słowo na określenie "Shirley", wybrałabym przymiotnik "subtelna" ;).

  1. Napisałam taki ładny komentarz wcześniej i mi go pochłonęło:/ Chciałam Ci podpowiedzieć, że motywy robotnicze i fabryczne, główną inspiracją mógł być Dickens, bo Gaskell się z nim tam mocno kolegowała. I dodać, że Ostrowski w "Charlotte Brontë i jej siostry śpiące" rozpisuje wszystkie możliwe teorie spiskowe, jeśli chodzi o powiązania twórczości sióstr z życiem. Najlepsza teoria, do której się wręcz sama skłaniam, to ta, że Charlotte sama napisała te wszystkie powieści, żeby zabezpieczyć byt siostrom;) Ale fascynujące są też dzieje miłości belgijskiej Charlotty, jej fantastyczne opowieści pisane z bratem Branwellem i inne historie. Miałaś tę książkę w łapkach?

    1. Nie miałam, ale mieć będę z pewnością w takim razie :D! Chociaż wiesz, nie przepadam za tą teorią "Charlotta jako autorka wszystkiego", mnie się podoba jednak, że to była taka odmienna i podobna zarazem trójka autorek. To dość fascynująca koincydencja :).

      Tak, ten Dickens jest bardzo ciekawym tropem — tylko że według mnie bezpośrednią inspiracją jednak było po prostu to, co Gaskell widziała w Manchesterze i to, o czym opowiadali jej koledzy (w tym twórca młota parowego, z którym się kumplowała ;)). Jak sądzisz? Przy czym niezaprzeczalnie Dickens miał na nią duży wpływ: przecież jej straszne historie to jego bezpośrednia inspiracja :).

      Ale miłość belgijska Charlotty — o, w tym muszę pogrzebać, nie słyszałam! Dzięki za cynk :)!

    2. Co do detali powiązań Gaskell-Dickens-Mancherster itd. ekspertem nie jestem, ale w sumie… można by też stworzyć taki wpis (to już trzeci pomysł, raturnku!) o najciekawszych teoriach spiskowych I nie tylko na temat sióstr…

    3. Im więcej pomysłów, tym lepiej! 😀 Poza tym Gaskell dość okrutnie niekiedy żartuje z Dickensa (chociażby tam, gdzie podstępnie wybija bohaterów korzystając z tego, że czytają akurat dzieła Dickensa ;)).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *