Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące albo o „Dostatku” M. Crummeya

Czy znacie to
uczucie, kiedy na okładce książki polecają Wam autora jako
„następnego… [tu wstaw nazwisko lubianego pisarza” i okazuje
się, że to żadna przesada i to naprawdę jest książka w tym
klimacie? Nie? No właśnie, bo to się strasznie rzadko zdarza. Ale
w przypadku „Dostatku” wydawnictwo wcale nie ściemniało: to
jest powieść w klimacie „Stu lat samotności”, tyle że jest
nieco zimniej. I, muszę przyznać, mnie podobało się to może
nawet bardziej.

O czym to w ogóle
jest?
Historia wsi na
nowofundlandzkim wybrzeżu, gdzie wszystko łączy się ze sobą –
jeśli nie normalnym biegiem rzeczy, to podejrzanym zbiegiem
okoliczności. A wszystko zaczyna się, kiedy w czasie przednówkowego
głodu na wybrzeżu osiada na mieliźnie wieloryb. Mieszkańcy
czekają, aż zwierzę zginie, żeby rozebrać je na części. Nie
spodziewają się jednak, że razem z wielorybem przybył do nich
ktoś jeszcze. Tajemniczy mężczyzna, niemowa, albinos, wypłynąwszy
z żołądka zwierzęcia sprawia, że sprawy na wybrzeżu komplikują
się.

Jakie to jest?
Świetne. Serio, to jest
naprawdę misternie skonstruowana książka, a misternie
skonstruowane książki wielbię pasjami. Crummey nie tylko rozsnuwa
nam stuletnią historię zwaśnionych rodów i ich sąsiadów,
żyjących w trudnych warunkach, ale i robi to naprawdę sprytnie.
Wielka historia ma tu znaczenie o tyle, o ile wpływa na cenę
poławianego przez bohaterów dorsza, mała historia toczy się swoim
rytmem przyjazdów, wyjazdów, ślubów, ciąż i sporów
religijnych. Crummey garściami czerpie nie tylko z Marqueza (ale to
jest jedna z tych inspiracji, które wykorzystane są doskonale: bez
przesady, bez żadnego nerwowego mrugania okiem do czytelnika,
naturalnie), ale i z Biblii. Mieszkańcy wybrzeża długo mają tylko
jedną Biblię, wyłowioną, a jakże, z brzucha złowionego dorsza.
Sęk w tym, że brakuje w niej kilku stron różnych opowieści, więc
dłuższy czas nie wiadomo, czy Abraham zabija Izaaka, czy nie. I to
zresztą też pokazuje, jak „Dostatek” jest zrobiony.
 
 
 
 Ilustrować ten wpis muszą oczywiście ryby. Taki dorsz, na przykład. Źródło.


A jak jest
zrobiony?
Przemyślnie. Bo
zobaczcie – ta Biblia funkcjonuje i jako ta konkretnia biblia z
brzucha dorsza, i jako punkt odniesienia dla bohaterów (połowa ma
biblijne imiona, wyłowione z najdziwniejszych zakamarków biblijnych
historii), i jako odniesienie dla autora, w świecie pozatekstowym.
To niewykończenie wątku Izaaka, urwanie go w połowie, to też
zabieg naraz wewnątrz- i pozatekstowy. Czemu? Crummey wbrew pozorom
nie pisze tej sagi rodzinnej od punktu A do punktu B. Historie
urywają się, czasami po dłuższej chwili dowiadujemy się, co się
wydarzyło, zanim opowieść przeskoczyła (płynnie!) do kolejnych
bohaterów. Zależy, kto opowiada. Narrator jest wszechwiedzący, ale
daje przemawiać kolejnym postaciom. Przykładowo o tym, jak
wyglądała śmierć jednej z bohaterek pierwszego planu na początku,
Wdowy po Devinie, dowiemy się niemal na samym końcu, w czasie
jednej z historyjek jej dalekiej wnuczki, śpiewaczki-alkoholiczki
Esther. Wcześniej nie była potrzebna: wiedzieliśmy o Wdowie tyle,
ile nam było potrzebne, ale kiedy opowieść poszła dalej, pojawiło
się mrowie nowych postaci, które same już nie wiedziały wiele o
Wdowie, ktoś musiał tę historię opowiedzieć.

I co jeszcze?
Właśnie ten rytm opowieści
mnie urzekł. Na początku, jak zwykle bywa w korzeniach drzewa
genealogicznego, operujemy na kilku postaciach, dobrze wiedząc, kto
jest kim. Potem drzewo się rozrasta – sami potomkowie nie wiedzą
już wiele o swoich przodkach, czytelnik może zapomnieć, kto był
kim. Wszystko, co było realne, staje się fantastyczne. Historie
rozrastają się razem z drzewem, z jednej gałęzi trudno ogarnąć
całą koronę. Trzeba je sobie opowiadać na nowo: ale czy są
prawdziwe? Czy ten, kto nam je przekazuje, je wiarygodny? Czy to
możliwe, że mąż pani Gallery powstał z martwych i mieszkał z
nią, nie mówiąc nic, jeszcze przez lata? Czy Juda Devine naprawdę
narodził się z brzucha wieloryba? Czy Drzewo Kerrivanów miało
magiczną moc? A może to tylko pijacka opowieść. Może snuta w
długie mroźne wieczory baśń dla dzieci. Może nie.
 
 
 
 I kapelan, bo kapelany służą ciągle jako główne źródło pożywienia. A źródło zdjęcia tu.


Jakieś uwagi?
Mam, kilka mam, oczywiście,
nie będę ukrywała. Do samej fabuły w gruncie rzeczy mam jedną:
Crummey co jakiś czas chce przekonać czytelnika, że to kobiety we
wszystkich opisywanych rodach są na pierwszym planie, że męscy
bohaterowie z bezsilnością zdają sobie sprawę, że tak jest.
Byłoby to super, gdybym była przekonana, że tak jest. Mam jednak
takie wrażenie, że tam, gdzie autor opisuje pewien typ (typ taki
jak wspomniana Wdowa, jej wnuczka Mary Tryphena czy Bride) tak
faktycznie jest – ale i tu w niektórych miejscach daje się uwieść
wizji, „odkobiecając” w gruncie rzeczy swoje bohaterki i ich
doświadczenia na rzecz pewnego archetypu, jaki mają realizować
(nie umiem inaczej wyjaśnić, czemu Mary Tryphena, która większość
dzieciństwa spędziła zastanawiając się, jak to jest z ciążą i
o co chodzi z seksem dostaje najpierw dość kuriozalną scenę nocy
poślubnej, a potem o porodzie jej dziecka właściwie nie ma ani
słowa). W ten sposób też
postaci kobiece mniej przebojowe gdzieś zupełnie znikają (Minnie,
żona Tryphiego, to raczej unik fabularny niż postać).

A wydanie? Tak
naprawdę tutaj tylko jedna rzecz mnie zdziwiła: dlaczego drzewa
genealogiczne są na początku? Trochę, przyznaję, mnie to zwiodło
i raz czy dwa razy nie miałam przyjemności z odkręcania przez
autora przędzionej nici z kołowrotka, bo drzewo powiedziało mi,
kto z kim będzie (chociaż, przyznam szczerze, motyw z listem do
Mary Trypheny to jest cudowny zabieg fabularny – uwielbiam, kiedy
autor tak wywraca na nice własną historię). Druga sprawa to zapis
dialogów: czy zostały tak, bo w oryginale jest on również
niestandardowy? Tego nie umiałam rozstrzygnąć z racji na brak
tegoż oryginału do porównania. I ostatnia rzecz, która mnie
zastanowiła, to tłumaczenie imion. Otóż większość mieszkańców
ma albo imiona biblijne (Abdiasz, Azariasz, Eli, Amos i tak dalej),
albo angielskie, z naciskiem na odniesienia do irlandzkości (Patrick
chociażby). Rozumiem, dlaczego nie mamy zatem Patryków, Jakubów i
Mateuszów, ale Patricków, Jamesów i Matthew. Natomiast dlaczego
część imion biblijnych jest spolszczona (słusznie zresztą), a
część nie? Tutaj najbardziej dziwi mnie Mary Tryphena, która jest
Marią Tryfeną (mówiąc o dziwnych imionach biblijnych – Tryfena
pojawia się w liście do Rzymian, i tyle właściwie), także w
polskim przekładzie Biblii Gdańskiej, z którego pobrane są
tłumaczenia cytatów w tekście. To oczywiście nie przeszkadza w
lekturze, nie myślcie sobie (przekład jest skądinąd bardzo dobry
– wyszukałam jedno miejsce, gdzie się zawahałam, bo nie wyszła
tam gra słowna), po prostu mnie zastanawiało.

Fellow-blogerki
i blogerzy mówili, że będę żałowała, że szybciej nie zabrałam
się za „Dostatek”. No i co mogę powiedzieć? Trochę tak, a
trochę nie, bo historia już za mną. Na szczęście to jest taka
historia, do której można wracać i może (przez znajomość
zakończenia) dawać się odczytać inaczej. No i są inne
nowofundlandzkie powieści Crummeya, na szczęście!
 
Cytat w tytule to fragment z kronika Galla Anonima co prawda, ale jak pasuje.
 

8 thoughts on “Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące albo o „Dostatku” M. Crummeya

  1. A są inne, są! Choć dla mnie wciąż "Dostatek" jest numerem 1 tego autora (noo, nie czytałam jeszcze "Pobojowiska", wciąż łypie z półki) 😉 Cieszę się, że Ci się spodobało!

    1. Bardzo mi się podobało i cieszę się, że jakoś ostatnio zwróciliście moją uwagę na to, że stoi sobie na półce i czeka na przeczytanie :). Zobaczę, która książka będzie następna, ale ostrzę sobie zęby na "Sweetland" zwłaszcza :).

  2. Czytałam niesamowite "Sweetland" tego autora i cieszę się, że "Dostatek" zapowiada się równie dobrze. Nie mogę doczekać się lektury 🙂

    (A jako że jestem tu pierwszy raz i zostaję na dłużej, to zostawię link do siebie ;))

    Między sklejonymi kartkami

    1. Och tak, "Sweetland" mam na uwadze od dłuższego czasu, podobno jest nieco mniej magiczny, ale i tak kusi — a teraz, po lekturze "Dostatku", jeszcze bardziej. No i życzę Ci udanej lektury "Dostatku"! 🙂 No i witaj, witaj, rozgość się :).

  3. Dzisiaj skończyłam czytać! Gdyby nie Twoja rekomendacja, pewnie nigby bym po tę książkę nie sięgnęła. Jestem bardzo ostrożna jeżeli chodzi o literaturę anglojęzyczną. Jest ostro promowana (nie chodzi mi o tego pisarza akurat), ale rzadko wywołuje u mnie zachwyty. A ta powieść spodobała mi się. Dzięki niej poznałam świat, o którym mało co wiedziałam, a wydaje się fascynujący.

    Teraz mam ochotę obejrzeć film "Wielkie uwodzenie" (The Grand Seduction) z 2013. Rzecz się dzieje współcześnie, w Nowej Funlandii właśnie, w małej wiosce rybackiej. To mogłoby być dobre uzupełnienie tej książki.

    1. Cudnie, zawsze mnie cieszy, jeśli coś polecę i komuś się również spodoba (i dziękuję, że dałaś znać, to bardzo miłe!). O, film też brzmi kusząco, muszę się za nim rozejrzeć!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *