Krótki poradnik kupowania w antykwariatach albo kupić, nie kupić

Zupełnie na
poważnie napisać poradnika nie umiem, więc wiecie, czego się
spodziewać. Ale pomyślałam sobie, że bywanie w antykwariatach
wcale nie jest czynnością, z którą część z nas obcuje na co
dzień, więc jako wielka ich fanka postanowiłam co nieco o nich
napisać.

I tak, to jest
obiecany przed tygodniem fajny wpis. W każdym razie liczę, że się
Wam spodoba, a jeśli czyta go ktoś, kto z antykwariatem nie miał
do czynienia, może zostanie zachęcony, żeby udać się tam na
polowanie. Przy czym poniższe punkty można realizować równie
dobrze w antykwariatach internetowych. Korzystam z nich nieco
rzadziej, głównie dlatego, że lubię sprawdzać, jak książka,
którą kupuję, wygląda w środku: przede wszystkim jaka jest
wielkość druku, żeby później nie biegać w poszukiwaniu lupy. A
że zdarzyło mi się w przeszłości kupić książki zupełnie
nieczytable (oj, i to bardzo!), więc teraz bardzo się pilnuję. Ale
to mój osobisty fetysz, więc go poniżej nie umieszczam. Nie, żeby
inne nie były osobiste, ale wydają mi się jednak nieco bardziej
uniwersalne.

Wygląd
książki to nie wszystko
(choć
nie zawsze)

Pierwszą
zasadą, którą kieruję się w antykwariacie, nie jest wcale
wyszukiwanie książek w dobrym stanie. Oczywiście rozumiem, jeśli
ktoś książki starszej, pożółkłej i z poszarpaną okładką nie
tknie kijem. To znaczy może inaczej: rozumiem książkowy estetyzm,
ale czasem warto się przekonać, zwłaszcza jeśli to książka nie
wznawiana (albo wznawiana rzadko), albo posiada jakąś wartość
dodaną (zobacz: wartość dodana). Zdecydowanie jednak nie
warto zniechęcać się do jakiejś pozycji tylko dlatego, że nie
wygląda za dobrze. Oczywiście są tu pewne granice: książki
zniszczone tak, że wręcz nieczytelne albo zniszczone w sposób
wyjątkowo obrzydliwy (tutaj niech każdy pomyśli sobie, jaki sposób
jest dla niego najbardziej obrzydliwy i będziecie wiedzieć, o co
chodzi). Niemniej nie warto odkładać czegoś na półkę tylko
dlatego, że ostatnia strona okładki jest najwyraźniej pogryziona
przez buldoga. W tym punkcie od razu przyznam, że moje granice „ależ
ona brzydka!” przebiegają tak naprawdę w nieco innym miejscu:
jeśli książka ma wyjątkowo (ale to wyjątkowo!) paskudną
okładkę, taką, co do której wiem, że aż mnie będzie paliła w
rękach podczas czytania, to nie biorę. Bo potem boję się ściągnąć
z półki. W ten sposób przepuściłam ostatnio wydanie „Kamienia
na kamieniu”, ale uwierzcie, okładka była przerażająca.

Dużo
nie znaczy wszystko
(czyli
egzemplarze i serie)

Przy
kupowaniu w antykwariacie trzeba zdać sobie sprawę, że nie musicie
wcale polować na konkretny tytuł, ale na tytuł w konkretnym
wydaniu. Innymi słowy, jeśli nie pasuje Wam jakieś wydanie z
powodów znanych tylko Wam, można poszukać innego. Istnieje duże
prawdopodobieństwo, że tomów opowiadań Iwaszkiewicza mają na
miejscu mnóstwo i to w kilku różnych rzutach wydawniczych. Kiedy
już nabędzie się tę świadomość – bo nie trzeba się z nią
przecież wcale urodzić – można zająć się zbieraniem
poszczególnych serii i wypatrywaniu na horyzoncie znanych i
lubianych przez siebie wydań. Można tu doceniać walory estetyczne
albo to, jak książka jest wydana, cokolwiek. Oczywiście nie ma
absolutnie nic złego w zbieraniu książek na chybił-trafił.
Dobrze jednak zdawać sobie sprawę, że to nie żadna konieczność.
I że rynek książki – zwłaszcza taki brany pod uwagę, hm,
chronologicznie – to strasznie bogaty rynek i jest na nim mnóstwo
pozycji. Takich, które znacie, na przykład, z dzieciństwa, ale i
wydania jak stworzone dla Was, a o których nigdy nie słyszeliście.

Cena,
cena, cena
(nie
kupuj jak leci)

Na początku naszej antykwarycznej drogi można czasami popaść w
błędne koło. Czyli, mówiąc krótko, kupować dużo, bo tanie. A
w końcu, cytując Hrabala, jak tu nie kupić, kiedy takie tanie? No
właśnie, tylko że ulegając magii „książki za dwa złote!”
można łatwo skończyć z masą powieści, poradników czy albumów,
do których nigdy nie zajrzyjcie (może się oczywiście przydać
Waszemu wnukowi, kiedy skończy lat trzydzieści i postanowi zostać
omnibusem w kategorii „bułgarskie malarstwo pejzażowe lat 30. XIX
wieku”, ale i to niekoniecznie). Zbieranie dla zbierania to, nie
powiem, także rzecz przyjemna – a nieczytane książki można
puszczać dalej – niemniej można również ocknąć się z regałem
książek, których nie tylko, że nie czytaliście, ale także
zupełnie nie pamiętacie, skąd się tam wzięły. Kartony książek
za dwójkę potrafią rzucać takie czary zapomnienia, że nawet
byście się nie spodziewali. Oczywiście, każdy czasem kupi książkę
(albo tuzin), bo a nuż coś jakoś kiedyś, a była tania –
problem pojawia się, kiedy taka część Waszego księgozbioru jest
jednak przeważająca, a Wy dalej nabywacie. 
 
 
 
 Co więcej, większość książek z antykwariatu wcale nie będzie tak wyglądała. Źródło.

Wartość
dodana
(nie
wykreślaj pieczątek)

Można się czasem spotkać z twierdzeniem, że „książki z
antykwariatu to nie dla mnie, bo one już były czyjeś”.
Oczywiście można stać na tym stanowisku, ale można je rozważyć
z drugiej strony: to wspaniale, że były czyjeś, bo razem z książką
przychodzi do nas historia jej czytania. A wiecie, jakie cudowności
można znaleźć w takich egzemplarzach? Pieczątki bibliotek, które
już dawno nie istnieją (bo były na przykład bibliotekami pensji
dla dziewcząt przy ośrodku tkackim w Radości), wycinki prasowe
gromadzone przez kogoś i skojarzone z daną książką (wcale często
można się natknąć na nekrologi autorów pieczołowicie powycinane
z periodyków z danego czasu), zapomniane zakładki, zapomniane
przedmioty służące za zakładki, które czasem trudno rozszyfrować
(moim ulubionym znaleziskiem jest karta perforowana, która – jeśli
dobrze rozumiem – służyła kiedyś do obsługi czegoś na kształt
komputerów), ślady życia, które minęło wraz z właścicielem
albo z epoką, która się skończyła. No i dopiski na marginesach,
które są całą kopalnią wartości dodanych. Może zatem warto
spojrzeć na to pod tym kątem?

Uważaj
na ulubieńców!
(Czasami
znikają)

To punkt w mym domu bardzo kontrowersyjny. Domownik stoi na
stanowisku, że jeśli znajdzie książkę ukochanego pisarza, to
bierze. Ja się często zastanawiam (patrz: wszystkie wyżej
wymienione punkty). Podczas kolejnej wizyty w antykwariacie okazuje
się, że książkę ktoś już kupił. I teraz przychodzi chwila
zastanowienia: bo nie mam tej książki (albo chciałam dać na
prezent), nie zanosi się, żeby pojawiła się w najbliższej
przyszłości, a akurat splot okoliczności pcha mnie w kierunku
tejże lektury. Z drugiej strony wydanie było średnie – ale
okazuje się, że jedyne, i tak dalej, i tym podobne. Tutaj musicie
zdać się zatem na własną intuicję i rozważyć, czy książka
spełnia Wasze oczekiwania (na przykład te wymienione wyżej), czy
jednak nie (tudzież: ile egzemplarzy już macie, jeśli to ten
przypadek). Przyznaję, ja często odpuszczam.

No dobrze, to tyle moich mądrości. Powiedzcie koniecznie, o co
byście ten poradnik uzupełnili! No i jakie jest Wasze zdanie na
temat kupowania w antykwariatach – co Wam się w takich nabytkach
podoba, a co niekoniecznie?

6 Replies to “Krótki poradnik kupowania w antykwariatach albo kupić, nie kupić”

  1. Ktoś (nie mogę jakoś znaleźć dokładnego cytatu i autora teraz) powiedział, że książka żyje tak długo, jak długo jest czytana i bardzo to do mnie przemawia. Lubię książki używane, lubię takie z biblioteki i trochę mi smutno, kiedy pomyślę, że moje własne książki takie tylko raz czytane stoją. Minusem jest to, że raz zostawiłam w wypożyczonym egzemplarzu ręcznie robioną zakładkę, bardzo wygodną i używaną tylko do czytania fajnych rzeczy… Mam nadzieję, że dobrze służy znalazcy.
    Co do antykwariatów, to w moim mieście niestety nie ma żadnego. Tak, można mi współczuć. Odwiedzam te przybytki tylko na wyjazdach i wtedy znikają wszelkie dylematy, bo trudno powiedzieć, czy wrócę do danego miejsca. Nie odpowiadam za szkody wywołane chwilowym szaleństwem, Hulka też nikt nie obwinia o zniszczone budynki i ulice, gdy działa w słusznej sprawia, prawda?

    1. Znam to, w mej rodzinnej okolicy też antykwariatów nie było, przez długi czas kojarzyły mi się one z dość drogimi przybytkami z samymi "nobliwymi" książkami — do czasu, kiedy się przeprowadziłam :). A do tego czasu też zwoziłam sobie z podróży książkowe zakupy dokonane w takich miejscach, więc doskonale Cię rozumiem ;).

  2. Nie chodzę do antykwariatów, bo wiem, jak to się skończy 😉

    Wszyscy polecali mi udać się pod krakowską Halę Targową, bo tam można wyszukać ciekawe książki, bo tanio, miło, klimatycznie. Poszłam raz. Padał deszcz, większość egzemplarzy wilgotna, wszystkie ceny mimo wszystko zawyżone (książki od 15-20 zł) i tłum ludzi grzebiący w kartonach. Pogrzebałam, kupiłam "Małą księżniczkę" Burnett oraz listy Iwaszkiewicza i Wajdy, bo mnie zaciekawiły i tylu.

    Od tamtego czasu jeżeli poszukuję czegoś starszego to raczej przez allegro 🙂

    1. A wiesz, chyba rozumiem, o co chodzi. Był kiedyś taki jeden antykwariat, właśnie w systemie podwórzowo-pudłowym, z którego mój Domownik przynosił cuda niewidy, a ja jak poszłam, to nie dość, że nic nie umiałam znaleźć, to jeszcze wszystko mnie tam wkurzało. I tak sobie myślę, że czasem trzeba znaleźć "swój" antykwariat (też w liczbie mnogiej, oczywiście) i się nie zniechęcać :).

  3. Ja zawsze jak idę do antykwariatu to poluję na Dickensa. Tak mi już weszło w nałóg, że najpierw się rozglądam za Charlesem, a potem zaczynam zauważać inne książki. Nie mogę przeboleć faktu, że jakoś tak polscy wydawcy nie widzą tu potencjału i nie chcą się pokusić na wznowienie takich klasyków!

    1. Widziałam, że wydawnictwo MG wznowiło "Małą Dorritt" i teraz czekam, aż wznowi i "Samotnię", bo to Dickens desperacko potrzebujący wznowienia ;).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.