Sasza Załuska atakuje albo o „Okularniku” K. Bondy


Na pewno przeczytaliście już wiele pozytywnych recenzji „Okularnika” – więc wiecie, że to książka bardzo wciągająca, z mnogością wątków, wykorzystująca też historię miejsca, gdzie autorka osadziła akcję. To wszystko prawda. A jednak po przeczytaniu powieści poczułam się wystrychnięta na dudka. Dlaczego? O tym właśnie będzie ten pełen spojlerów tekst poniżej. Wchodzicie na własną odpowiedzialność.

Od razu powiem: nie
czytałam „Pochłaniacza” ani żadnej innej powieści Katarzyny
Bondy. Ale, jak wiecie, ucięłam sobie dłuższą randkę z polskimi
powieściami kryminalnymi, a że „Okularnik” czekał na półce (wyczekała się ta książka na
lekturę, ale na usprawiedliwienie dodam, że to dlatego, że latem
od razu złapał ją mój Domownik) wiadomo było, że moment do
przeczytania – idealny. No, ale jak już wiecie – nie podobało
mi się. Bardzo. Mogłabym tu w sumie się zatrzymać, ale znacie
mnie już trochę i wiecie, że się nie zatrzymam. Żeby łatwiej
oddać całe spektrum moich uczuć do książki, podzieliłam ją
sobie na poszczególne wątki, pomysły i tak dalej. Także, jeśli
drżycie z przestrachu, że zdradzę, kto zabił (no, tego nie
zdradzę), a mimo to czytacie – macie ostatnią okazję, żeby
sobie pójść.
Serio, dalej
spojlery.

Jesteście tu
jeszcze? No dobrze, to do rzeczy.
Zgiń przepadnij,
maro! Czyli główna bohaterka.
Sasza
Załuska jest jedną z najokropniejszych postaci literackich, z
jakimi miałam do czynienia. No,
powiedziałam to. Wybitna
profilerka, która nie sprofilowała nikogo przez 850 stron?
Wygłaszająca uwagi w rodzaju „Nie
po to zapłaciłam za ten sprzęt trzy tysiące funtów, żeby
kupować sobie programy antyszpiegujące”
[s. 529] (bo jak wiadomo,
kiedy kupujemy sobie drogą rzecz, a pracujemy w ryzykownym zawodzie,
wykorzystując ją,
mamy gdzieś zadbanie o tejże
rzeczy bezpieczeństwo)?
Budząca się z serią
podejrzanych ranek na ciele, które zbywa ot, tak? Sasza
nawet podejmuje pewne wysiłki, żeby zakrzyknąć: „ale nie miałam
wszystkich danych!” i opuścić swój
posterunek. Bonda ładuje ją
jednak z
powrotem w szytą grubymi
nićmi intrygę, wrabiając we wszystko, co możliwe, żebyśmy
gryźli palce
w stresie, co będzie dalej. Tylko że to bohaterka tak nieciekawa,
że można co najwyżej z tego właśnie powodu rwać sobie
włosy z głowy w akcie
desperacji. Niby Sasza
zostaje „obudowana” przymiotami: ma córkę, którą kocha (córki
nie poznajemy), ma nałóg, z którym walczy (nie daje nam o tym
zapomnieć, bo ciągle to powtarza, bardziej nawet niż pokazuje), ma
dawnego kochanka, który – w sumie nie wiadomo co, który. Który
jest. Ma też traumę, ale trudno stwierdzić, po co (głównie po
to, żeby zostać zaliczoną w poczet Bohaterów-Z-Traumą, ale i
to tak średnio). A
do tego ciągle robi coś głupiego. Może
oddajmy głos naszej
bohaterce: „Może kilka
razy w życiu zachowałam się głupio, ale nie jestem idiotką!”
[s. 797].
Cóż.
W dodatku Sasza ma być
bohaterką silną, więc autorka każe jej skasować numer telefonu
do jedynego człowieka, który może ją z całego tego bagna
wyciągnąć. Po tym, jak nie odbiera od niej telefonu. Cytacik?
„A
więc znowu mrzonka. Co ona sobie wyobrażała? Nie może na niego
liczyć. Nie może na nikogo liczyć [bo jak wiadomo, jeśli jedna
osoba nie odbiera, to już koniec z wiarą w ludzkość]. Znów takie
męskie gadanie, dla efektu. Fuck
off
,
mruknęła i skasowała wiadomości od Ducha, a chwilę potem
wykasowała też jego numer ze skrzynki. Wal się!” 

[s. 562]
Nieco
później zaś:
„Zganiła
się za tę chorobliwą waleczność [to znaczy skasowanie numeru
telefonu] i postanowiła zacząć działać inaczej. Musi zmienić
modus operandi, bo doprowadzi do jakiejś katastrofy. To samo
dotyczyło jej życia osobistego. Nie miała ochoty być już
amazonką. Czas przyszyć odciętą pierś i pozwolić sobie na bycie
kobietą. Będę łagodna, delikatna, niezaradna i miła jak ulepek,
zdecydowała”.
[s. 782]
Pomińmy
milczeniem średnio urodziwą przenośnię i
to, że miało być chyba „słodka jak ulepek”,
ale z tego cytatu jako żywo wyziera ku nam przeświadczenie, że
Sasza to kawał silnej babki. Podczas gdy tak nie jest – jej
reakcje świadczą raczej przeciwko takiemu postawieniu sprawy.
Wyklęte
Podlasie.
Większość
czytelników stawia autorce plus za osadzenie akcji na Podlasiu. I ja
również go stawiam, ale z „ale”. Otóż akcja faktycznie dzieje
się głównie w Hajnówce i w okolicy, z tym że w pewnym momencie
autorka traci zainteresowanie niektórymi wątkami (patrz: Gdzie
ten barszcz? Widzę same grzyby
).
Cały wątek „żołnierzy wyklętych” i „Burego”-Rajsa
oraz
współczesnego odbioru tamtych wydarzeń jest nie dość, że
interesujący, to jeszcze w dużej części naprawdę nieźle
napisany.
Tylko
szkoda, że w gruncie rzeczy w drugiej połowie książki nic z tego
nie wypływa. Podobnie z wątkiem lokalnych narodowców. Dostajemy
kilka scen, w których postaci mają szansę wyłożyć nam kawa na
ławę swój stosunek do świata (nie ściemniam: kawa na ławę,
serio), po czym w sumie znikają, zbyci jedną sceną i kilkoma
zdaniami podsumowania. Jeżeli
mają szczęście. Inna sprawa, że mam wrażenie, że jeśli coś
dzieje się na Podlasiu, to koniecznie musi pojawić się
postać
szeptunki
– nie
zawsze wiadomo, po
co (tutaj,
na dobrą sprawę, nie wiadomo; chyba żeby była i żeby dopełnić
mroczności).
A
jak już przy tym jesteśmy, zdecydowanie Bonda
przesadziła
z tym
mrokiem
spowijającym
Hajnókę. Jak sama pisze w posłowiu, chciała
„zbudować opowieść Hajnówki, jakby to nie było moje rodzinne
miasto, bo pomniki ze spiżu zbyt szybko się starzeją” [s. 845].
Tylko
że jest dość duża przestrzeń między pomnikiem ze spiżu a
ultramroczną Hajnówką.
Przekoloryzowanie
nie zrobiło jej literackiemu miasteczku dobrze. A
szkoda, bo tam, gdzie dostajemy po prostu opis Hajnówki – jest
nieźle.

 To może jakiś obrazek? Źródło.
Gdzie ten
barszcz? Widzę same grzyby.
Jeśli
czytaliście jakieś teksty o „Okularniku”, czy w ogóle o
twórczości Bondy, na pewno zetknęliście się z argumentem,
że są to książki przegadane. Bo są. A w każdym razie
„Okularnik” jest na pewno. Tyle że odwrócę kota ogonem, bo
mnie nie przeszkadzał koronny argument „po co nam backstory
kobiety
wynajmującej mieszkanie jednemu z bohaterów” (bo jest, jest, nie
dziwcie się – rozbudowany!), bo to czyta się nieźle i mam
wrażenie, że robi to za taką scenę wstępną w serialu
kryminalnym, kiedy wiemy, że zaraz zrobi się nieprzyjemnie i stanie
się coś strasznego, ale w międzyczasie poznajemy naszego bohatera,
który wyprowadza psa, segreguje śmieci i jest całkiem miły –
więc drżymy tym bardziej. W „Okularniku” nieźle się to
sprawdza. Przegadanie widzę gdzie indziej: za
dużo tu wątków,
które się urywają. Można
sobie zadać pytanie: o czym
to w ogóle jest? O
niezdekomunizowanych komunistach i układzie? O rozliczeniu z
historią „narodową”? O
mrocznych tajemnicach małego miasta? Widzicie, to dobrze, że
historia jest wielowątkowa – ale w tym przypadku ona jest
wielowątkowa dla samej wielowątkowości. Przez co część historii
wydaje się wciśnięta na siłę (w rodzaju „ale… ale skąd się
to tu wzięło?”), część się nie kończy („hej, bohaterze, a
ty gdzie?”), a część trwa do zakończenia w stanie jako-takim
(„tylko trzy zdania i już? No hej!”). Plus
od czasu do czasu trafiał się kwiatek w postaci bohaterki
krzyczącej, że poszczuje kogoś psami, podczas gdy – tak,
zgadliście – nie miała psa.
Osobny
akapit chciałabym poświęcić ciekawemu zjawisku.
Otóż trochę po „Okularniku” widać coś w rodzaju
wspólnoty polskich
pisarzy kryminalnych. Od
mniej lub bardziej zręcznych aluzji w „Okularniku” się roi
– pojawia się i Zygmunt
Miłoszewski (jako
pisarz przystojny), i
Kryminalna Piła (w
backstory bohatera,
którego jedyną rolą jest zamknięcie drzwi – i co ty na to,
historio kobiety wynajmującej pokój bohaterowi, a?), i zapewne
jeszcze kilka innych wątków, które mi przemknęły koło nosa.
No i jeszcze jedna rzecz: w
imię źle pojętej intertekstualności pojawia się nam postać z
innych książek Katarzyny Bondy, jak się okazuje, czyli kolejny
genialny – Hubert Meyer. Dlaczego źle? Ano dlatego, że
bohaterowie ciągle sobie opowiadają, że przyjedzie taki genialny,
pomoże, o, już przyjechał, genialny, genialny… Po czym dostajemy
scenę konfrontacji Saszy i Huberta, i – Hubert wyjeżdża. Żadnego
przełamania, żadnej epifanii. No, był. Nie, niespecjalnie
genialny. Tak, pojechał. Hm.

Akcja, akcja… A
nie, to było inaczej!
To
jednak, co mnie osobiście doprowadzało do białej gorączki w
trakcie czytania, to styl
prowadzenia narracji. Krótka
teoria takiego pisania: bohaterka kleci profil, kleci, kleci, pot,
łzy, wysiłek, drogi komputer, akta. Trzy strony jak z bicza
strzelił. Dostajemy podgląd jej przemyśleń, jak to się biedzi,
akta, drogi komputer, no, rozumiecie już. Po czym ostatnie zdanie
wskazuje, że ona wie, że akta lipne, więc profil będzie kiepski.
Wie – tylko co, wcześniej się kamuflowała i przed sobą, i przed
nami? Strasznie, w celu zwodzenia czytelnika, jak sądzę,
nieumiejętnie jest tutaj stosowany ten chwyt – dlatego, że partie
narratora i myśli bohaterów czasem się ze sobą plączą. No,
częściej niż czasem. Stąd można się nagle dowiedzieć, że było
zupełnie inaczej niż bohater myślał, ale że on tak naprawdę tak
nie myślał i tak dalej. Do tego dochodzą przeoczenia w rodzaju:
siedzi Sasza w mieszkaniu, dowiedziałaby się, co na świecie się
dzieje, ale ma tylko telefon. Dwieście stron później wpada na
policjantów krzycząc, że już wszystko wie, bo ma w tym telefonie
internet. Może nowy kupiła, a myśmy się nie dowiedzieli? Może.
Tylko że to powieść, a
nie od parady nazywamy
„wątek” „wątkiem” – to jak przy tkaniu: on wchodzi i
wychodzi, jeśli się urywa albo pojawia nagle w drugim rogu tkanego
materiału, to znaczy, że coś robimy źle. Poza tym Katarzyna Bonda
uprawia inny straszny proceder: skacze między myślami bohaterów
tak, że czasami trudno się zorientować, w czyjej głowie właśnie
siedzimy. I jest to, naprawdę, bolesne doświadczenie lekturowe.
O
języku germańskim.
Widzicie,
Katarzyna Bonda używa najdziwniejszych słów w zupełnie
nieoczekiwanych miejscach. A właściwie nie tyle słów jako takich,
ale synonimów, żeby uniknąć powtórzeń. Co skutkuje przedziwnymi
konstrukcjami w rodzaju: „Poza
germańskim znał biegle siedem języków” albo bohaterką,
która nagle zaczyna się przeglądać w zwierciadle. Albo z
żyjącymi z uprawy roli prostymi ludźmi konstatującymi, że ktoś
komuś uczynił afront. Bo że „afront” jest pewnym archaizmem –
zgoda. Natomiast od języka stylizowanego na język chłopstwa lat
40. archaizmy wiele dzieli. Bo nie każdy archaizm da się przypisać
każdej grupie społecznej.

To o czym ja
jeszcze… A tak, wampiry! Ubeckie wampiry, panie kochany!
Ale
najbardziej mnie frustrowało przedobrzenie pewnych wątków. Bo
skoro mamy ubeka, to może niech jeszcze będzie homoseksualistą.
Jak homoseksualistą (bo w całej powieści jest jeden) to złym. Jak
złym, niech gwałci (wywozi pewnego bohatera do lasu, bohater
orientuje się, że dał się wywieźć, zgroza, po czym dostaje
spirytus do wypicia i pije, aż się upija i mdleje – najwyraźniej
między jednym zdaniem a drugim bohater stracił rozsądek, wyparty
przez imperatyw narracyjny). Jak gwałci, to niech odetnie bohaterowi
prącie. I ma romans z księdzem. A jego córka niech będzie takim
nowoczesnym wampirem! A co się będziemy ograniczać. Nie, nie
zmyślam. Widzicie, pytałam Was, czy macie czasem tak, że chcąc
opowiedzieć komuś wątek z książki na głos, odkrywacie, że jest
on jeszcze gorszy
niż przy czytaniu. W
„Okularniku” takich wątków jest cała masa. Ale tak, końcowa
rozprawa w wampirycznej klinice to moment, w którym pomyślałam
sobie „i czemu ty to czytasz, Pyzo?”. Możecie powiedzieć: nikt
cię nie zmuszał, mogłaś odłożyć. Tylko że w pewnym momencie
lektury następuje taki moment „ale jak to, to tak można napisać?
Co tu się jeszcze pojawi?” plus, oczywiście, w przypadku
kryminałów, chce się poznać wyjaśnienie zagadki. Ale wracając
do naszych hajnowskich wampirów: wydaje mi się, że ten wątek tak
wygląda, żeby dobrze zakamuflować córkę rzeczonego ubeka, a żeby
ją zakamuflować, musi ona wyglądać młodo. Wzięła więc autorka
i przeprowadziła czytelników przez przedziwny wątek wampiryczny,
dla niepoznaki teoretycznie umotywowany nie czynnikami
nadnaturalnymi, a medycznymi
kombinacjami. Po raz kolejny powiem tylko: hm.
Czy mam jakieś wnioski, pytacie? Moje wnioski ograniczą się na razie do
wstrzymania się z dalszą lekturą powieści Katarzyny Bondy. A poza
tym, po napisaniu pięciu stron, zasadniczo chyba wyłuszczyłam swój
punkt widzenia. Jestem okrutnie zawiedziona, bo tak naprawdę
chciałam przeczytać interesujący kryminał z wątkiem obyczajowym,
co dostałam na jakichś pierwszych 300 stronach, a potem, no, sami
już wiecie. Szkoda. Boże to książka zawierająca ciekawe partie, temu nie przeczę. Ale gdyby ją przyciąć i uporządkować, byłoby naprawdę ciekawie. No, ale póki co, nie jest, niestety.

93 Replies to “Sasza Załuska atakuje albo o „Okularniku” K. Bondy”

  1. Zawsze podskórnie czułam, że Bonda jest przehajpowana. Jak widać mój instynkt nie zawodzi.

    1. Przekonałam się na własnej skórze. Ale wiesz, zawsze warto sprawdzić ;).

    2. Jestem w takim niedoczasie, że bardzo lubię, jak inni się przekonują za mnie 🙂

    3. No tak, chociaż wiesz, tutaj zasada "czyta się szybko" faktycznie się sprawdza ;). Ale nie będę gorąco orędowała przekonywania się samemu ;).

    4. Rękopis znaleziony w Saragossie też się szybko czyta, a też nie mam czasu, niestety.

  2. Czytałem wywiad z samozwańczą królową, w którym wszelkie takie utyskiwania zbywała krótkim, że czytelnicy marudzą i nie dorośli do odkrywczości utworów. Nie mogę niestety tego znaleźć. Jako wyznawca jedynej słusznej królowej polskiego kryminału Bondę omijam szerokim łukiem. Nie chce mi się brnąć przez 800 stron, żeby dojść do wniosku, że należało sobie dać spokój po pierwszych pięćdziesięciu.

    1. Jedynie słuszna królowa ma na imię Joanna :)?

    2. A jakże 😀 Więc wszelkie próby uzurpacji są z góry skazane na niepowodzenie.

    3. O, właśnie — któregoś dnia podczas czytania na pytanie "a co tam czytasz?" odpowiedziałam "ach, no nie wiesz, podobno królową polskiego kryminału" i reakcja była właśnie taka: "o, Joannę Chmielewską czytasz?" ;). Także tak. A w ogóle to chyba ona (to jest: Katarzyna Bonda) nie jest samozwańcza, czy to nie czasem Zygmunt Miłoszewski ją ukoronował?

    4. Prędzej jakiś obrotny spec od reklamy, z tych, co to lubią przesadzać w stylu amerykańskim.

    5. Bo akurat promocję to ta książka ma naprawdę dobrą, wychodzi na to.

    6. Pani KB wygląda na autorkę, która mogłaby wybić pół wydawnictwa, gdyby promocji nie było 😀 W sumie, na pozór wszystko w tych książkach jest tak atrakcyjne, że tylko reklamować. Autorka też jest mistrzynią autoreklamy. Samograj po prostu.

    7. Powinniśmy mieć przypinki ze zdjęciem Chmielewskiej i napisem "Królowa jest tylko jedna" ;).

      Pani KB jest idealna do promocji- ładna, wygadana i pewna siebie. I zgaszam się co do wybicia wydawnictwa. Szkoda, że tak samo nie podchodzi od redakcji ;).

    8. Być może redakcję wybiła od razu, bo co się będą królowej z jakimiś przecinkami narzucać 😛

    9. No właśnie, sądząc po "języku germańskim" chociażby wnoszę, że duża część poprawek redakcyjnych tutaj musiała zostać odrzucona. Inna sprawa, że do interpunkcji się nigdzie nie przyczepiłam, może coś mi umknęło ;). Tak się zastanawiam, czy gdyby ta książka nie poleżakowała dłużej, nie została przycięta i pozbawiona niektórych wątków, to nie wyszłoby jej to na dobre.

    10. Ale z poprawkami stylistycznymi już się narzucać mogli.
      Takie dzieła nie mogą leżakować, one muszą krążyć, docierać, i oczywiście zarabiać.

    11. Mogli, ale ostateczna decyzja należy jednak do autora (tak w każdym razie mi się wydaje?). No i właśnie: a gdyby poleżakowało, to by lepiej docierało, bo na przykład całego wątku powojennego na Podlasiu szkoda.

    12. Mogli też narzucać się z nożyczkami by wyciąć niepotrzebne fragmenty ;).

    13. Owszem, decyzja należy do autora, a nie sądzę, żeby pani Bonda dobrze reagowała na uwagi redakcyjne. Tekst o tym świadczy. Nie jest też autorką, która pozwalałaby tekstom leżakować. To jest zresztą przypadłość czasów. Autor pisze na kolanie i od razu pcha wydawcy, a ten od razu do druku. Z pobieżną korektą.

    14. @Anna, brzmi złowieszczo ;). Zresztą to nawet nie jest tekst do takiego cięcia, ale miejscami do przerobienia, samo cięcie to praca wstępna, jak sądzę :).

      @Zacofany: może przypadłość czasów, ale sięgnąwszy w przeszłość też byśmy znaleźli i szybko piszących autorów, i szybko wydających wydawców, jeno się nam nie ostali do dzisiaj w pamięci czy w historii ;).

    15. Kraszewski nam się ostał. Po wielu jego powieściach rozpaczliwie widać, że się nie odleżały chwilę. Ale to samo widać i po Balzakach. W sumie to nie wiadomo, czy lepiej pisać szybko, czy dłubać latami jak nieszczęsny Proust.

    16. Tak, u tych piszących mnóstwo się tu i ówdzie da to dostrzec, ale ilu jest takich, których nawet z nazwiska nie umiemy wskazać? Tak sobie czasem myślę, że historia literatury może dawać takie wrażenie, że kiedyś to byli wielcy pisarze i wielkie dzieła, a teraz trafi się nam takie jedno na dekadę. A to jednak w dużej mierze kwestia odległości w czasie: wtedy też wielkość nie zawsze była wielkością, a trafiało się sporo rzeczy rozmijających się z oczekiwaniami :).

    17. Normalny bieg rzeczy. Czasem wystarczy i 10, i 25 lat, żeby złapać perspektywę. Od razu mi się licealni idole literaccy przypominają, spadający z hukiem z piedestałów 😀

  3. Czytałem "Pochłaniacza". Ciąłbym 🙂

    1. No przydałoby się, przydało. Nie wiem, z czego wynika ta dążność do tomiszczowatości, bo raczej nie z potrzeb fabuły.

    2. Nie wiem. Może to myślenie w rodzaju: gruba książka = poważna/dobra książka. Może po prostu brak umiaru w upychaniu wyników riserczu na stronach powieści. Bo po co się ma marnować. A może jednak rozmiar ma znaczenie? 😛

    3. Swoją drogą, ciekawe jak to robiła Agata Christie. 250 stron małego formatu, a mieścił się detektyw z wielkim ego, tło obyczajowe i jeszcze całkiem spora zbrodnia z tłumem podejrzanych.

    4. Może dlatego, że pani Agata nie tłumaczyła detalicznie procedur związanych z np. pozyskiwaniem śladów zapachowych? A może po prostu procedury były mniej skomplikowane. O ile w ogóle były? 😛 A teraz jest trudniej, bo jak która postać coś wie, to _musi_ to koniecznie powiedzieć. Bo zawsze w jej pobliżu znajdzie się taki co nie wie. I ten drugi nie potrafi na początku wykładu powiedzieć, że wiedzieć nie chce. Oni zawsze chcą wiedzieć. Czyli to wszystko przez brak asertywności po prostu 😛

    5. Bo detektywi pani Agaty sami mieli węch. I nosa. I intuicję. Co to za fachowiec, co nie umie wykryć sprawcy, jak nie zbada DNA? Amator jakiś. Chociaż to obraza dla amatorów, panna Marple sobie radziła.

    6. Co do Christie — myślę, że to dlatego, że pisała, zanim narodził się dzisiejszy kryminał skandynawski. Który pośrednio czerpie z tego, o czym mówi Bazyl, że książka objętościowo duża, więc może i do tego dobra. A to jednak zupełnie nie w tym rzecz. A to detaliczne wyjaśnianie, tak samo jak coraz wymyślniejsze zbrodnie, to moim zdaniem taki nacisk na "realizm" (biorę go w cudzysłów, bo to tego rodzaju realizm — mający przekonać czytelnika, że tak jest, jak mówi narrator, bo narrator się zna).

    7. Swoją drogą, to ciekawe, że ponoć mamy czasy streszczeń, smsów, pobieżnych komunikatów, a tu znienacka byle kryminał musi mieć od razu objętość Wojny i pokoju. Że niby taki intelektualny i wyrafinowany, żadne tam czytadło do metra?

    8. Bo z tymi czasami streszczeń to jednak przesada chyba? No a co do diagnozy: tak, też mi się wydaje, że objętość ma przydawać powagi, chociaż przecież tutaj wcale jedno od drugiego nie zależy.

    9. Nie wiem, czy przesada. Co prawda wokół mnie wszyscy umieją czytać, nawet długie książki, i nawet napisać coś w miarę bez błędów, ale co dzieje się dalej? Bite jest przecież na alarm, że wtóry analfabetyzm, że wypełnienie kwitka na poczcie naród przerasta, że lektury tylko w streszczeniach…

    10. @ZwL Z tym, że to trochę strzał w stopę, bo popka jednak w sporych nakładach chodzi w wydaniach kieszonkowych, a weź tu zakieszonkuj książki pani Bondy 😛
      @Pyza Ja tam wolałbym, żeby wraz z ubytkiem objętości ubywało też kryminałom powagi. Tzn. nie zrozummy się źle. Trzon czyli zbrodnia niech się pławi w powadze, ale niech na drugiej szali będzie trochę równoważących tę powagę jaj.

    11. Techniki składu i druku poszły do przodu, wszystko się da zakieszonkować 😀

    12. O, o, właśnie — humoru strasznie brakuje, a jednak każdą, nawet najczarniejszą fabułę, się dla niej z sukcesem przełamuje jakim lżejszym tonem. To strasznie dziwne, że w literaturze bądź co bądź rozrywkowej często tej zasady w ogóle nie ma.

    13. Bo Prawdziwa Królowa Kryminału Polskiego napisała kiedyś, że napisać dzieło do płaczu to każdy potrafi, a do śmiechu to już jest sztuka. Co dedykuję polskim autorom wzdętym własną powagą.
      Pyzo, a propos humoru, znasz Jeremiego Bożkowskiego?

    14. Da się, ale po co? Wyciągnąć kieszonkową Bondę w kolejce do lekarza, a taką king size … Jest różnica? 😀 Drzewiej się śmigało z Ulissesem pod pachą i teraz też trzeba mieć widocznie co dźwigać. Jest popyt, jest podaż 😛

    15. @Zacofany, a nie znam, czytać :)?

    16. Ja tam, panie dziejku, nie wiem, co się teraz u lekarza czyta. Pewnie ulotki o pierwszej pomocy. A po mieście śmigam z Diuną w słuchawkach.

    17. @Bazyl, @Zacofany.w.lekturze — wciągam Bożkowskiego na listę, brzmi cudownie :).

    18. @Pyza: koniecznie, och koniecznie. Od Mszy za mordercę 🙂 Bazyl chwali, ja chwalę, to coś znaczy, nie?

    19. To, że ja chwalę, to akurat nic nie znaczy 😛 A zamiast audiobooków targam po przychodniach kindelka 🙂

    20. Po przychodniach nie bywam, a że ostatnio poranki ciemne, to audio lepsze.

    21. Wziąłem Grzędowicza na przebieżki, ale zagłuszałem sapaniem. No i rytmiczna muza lepiej jednak niesie 😀

    22. @Zacofany.W.Lekturze – czy w tej Diunie w słuchawkach co i rusz pada zdanie o nieuchronnym przeznaczeniu (czy jakoś tak)? Bo w zeszłym roku chciałam w końcu całe Kroniki Diuny przeczytać, ale to przeznaczenie jakoś mnie zniechęciło do sięgnięcia po następne tomy.

    23. Owszem, o przeznaczeniu tam sporo, ale nie tylko o nim. Moim zdaniem warto dotrwać przynajmniej do końca pierwszego tomu.

    24. Dotrwałam do końca pierwszego tomu, chociaż "dotrwałam" to nie jest zbyt dobre słowo, bo są tam wątki, które mi się podobały i chciałam o nich czytać. Tylko jak po raz nie-wiem-który było o przeznaczeniu, to – jak zwierz ładnie określa – ręka sama szukała czoła. Minęło już kilka miesięcy, więc może jednak dam szansę drugiemu tomowi.

    25. Jeśli nie wciągnął Cię bez reszty pierwszy tom, to drugi może sprawiać problemy. Mniej się tam dzieje, a więcej jest o przeznaczeniu, liniach przyszłości i mechanizmach polityki.

  4. Gdybym wiedziała, że tam są wampiry, może nawet doczytałabym do końca. A tak porzuciłam na etapie jakiejś imprezy przedślubnej, bo miałam dość tłumu nieistotnych postaci, porwanych wątków i braku akcji. A Sasza wkurza straszliwie, pozwoliła mi docenić pewnego prokuratora ;).

    SPOILERY DO POCHŁANIACZA!! A z tym kochankiem to jest tak, że on był seryjnym mordercą, którego Sasza miała rozpracować. Ale się w nim zakochała, poszła do łóżka i mają córkę. Sasza ma jeszcze kiepskie relacje z matką (niespodzianka!)

    1. O, to wiele straciłaś ;). Nie, muszę powiedzieć, że tym początkiem byłam jeszcze zaintrygowana, w sumie tak od sceny gwałtu mina mi się wydłużała i łapałam się na tej niezdrowej fascynacji "ale co jeszcze się tu może pojawić?!". O nie, moje uczucia wobec wiedźmińskiego prokuratora pozostają niezmiennie chłodne, ale trzeba przyznać, że w trakcie czytania zarzucałam mu wiele, ale jednak mniej, niż Saszy.

      Aha. To jestem zdezorientowana, bo mnie z "Okularnika" wyszło, że on jednak tym seryjnym mordercą nie był (?) albo może był to znowu nagły atak imperatywu narracyjnego. Ale profilerskie umiejętności Saszy po tym, co mówisz, jeszcze spadły w moich oczach (rozumiem, co ten wątek miał dać, ale, zdaje się, efektu nie dał, przynajmniej w moim przypadku). O, a tutaj matka dość marginalnie się pojawia i aż tak tego nie widać ;).

    2. Prokurator jest napisany dużo lepiej, moim zdaniem, niezależnie od jego charakteru ;).

      Pewnie w trzeciej powieści wyjdzie, że kochanek jednak był mordercą, żeby utrzymać nutę tajemnicy i niepewności u czytelników. A ostateczne rozwiązanie będzie dopiero w czwartym tomie.

    3. Tu się zgadzamy :).

      Całkiem możliwe, w końcu teraz kochanek poszkodowany przez wampiry i w ogóle (no żałuj, że nie doczytałaś do wampirów ;)).

    4. Oj, tak troszkę ;).

  5. Hej! Trafiłam tu przypadkiem, ale od razu się zakochałam. Masz taki świetny styl pisania i super pomysł na bloga!
    Gratuluję, będę wpadać. :3

    1. O, dziękuję :). Rozgość się, oczywiście :).

  6. Nie czytałam tej książki i nie zamierzam czytać. Ale zauważyłam w tym pierwszym cytacie błąd ortograficzny: „mżonka”. Domyślam się, że chodzi o „mrzonkę”. Trochę mnie dziwi, że książki Królowej Kryminału są wydawane z błędami 🙂

    1. Dziękuję za zwrócenie uwagi, błąd jest mój i tylko mój :). Mam karygodną skłonność do pisania tego wyrazu przez "ż" (pewnie w związku z mżawką ;)).

  7. A tak z ciekawości: zrozumiałaś, o co w ogóle w tej książce chodziło? Tzn. jakbyś miała streścić w paru zdaniach kto kogo i dlaczego zabił, to byś potrafiła?
    Bo ja nie i tak się zastanawiam, czy to ja jestem jakaś niekumata (przyznaję, że książka zmęczyła mnie na tyle, że od pewnego momentu poziom mojego skupienia był dość niski i sporo szczegółów mogło mi umknąć), czy ta książka naprawdę jest taka chaotyczna. Plus próbowałam dyskretnie wypytać osoby, którym się podobało (w nadziei, że one przynajmniej zrozumiały), ale zazwyczaj dostawałam odpowiedź w rodzaju: No w sumie to nie wiem, ale tam jest takie fajne tło obyczajowe! 😛

    1. A wiesz, że to dobre pytanie? Tak się zastanawiałam i w sumie potrafiłabym powiedzieć, kto kogo zabija, ale z motywacjami jest gorzej (to znaczy to się da rozrysować, oczywiście, tylko że zupełnie nie o to chodzi przecież). Bo książka jest chaotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o tę główną oś fabularną. Głównie dlatego, mam wrażenie, że podejrzenia czytelnika mają być szybko zbijane ("no to jeszcze jedno ciało!"), a tropy — mylone (co bardzo widać po tej narracji "chodzi o to"-mija akapit-"a tak naprawdę to chodziło o co innego!"). Jak w tym żarcie o lisku ;).

  8. Zagwozdkę mam. Jakiś czas temu czytałam w internetach rozmowę o mordercach między dwoma polskimi pisarzami kryminalnymi (pan i pani, żeby było do pary) i chociaż zaczynając czytać notkę o "Okularnikach" wydawało mi się, że tą panią była właśnie Bonda, to teraz taka pewna nie jestem. Rozmowa była nawet ciekawa, rozmówcy robili sympatyczne wrażenie i powstała nawet chęć sięgnięcia po ich twórczość gdy nadarzy się okazja, ale jakoś "Okularnik" mi do tego obrazu nie pasuje. Może wcześniejsze książki Bondy są lepsze?
    Po "Okularnika" jednak nie sięgnę, bo za bardzo mi się przypomina sprawa z serią o Lipowie Puzyńskiej (tzn. pomysł dobry, ale wykonanie…), którą to serię porzuciłam po 3 tomie, bo już nawet wyszukiwanie klisz czy głupotek nie bawiło. Gdyby nie było to jeszcze takie pokaźne tomiszcze, to pewnie i tak bym się skusiła, żeby sprawdzić – oczywiście zaczynając od tomu 1 jak bozia nakazała – ale najpierw ponad 600, a później ponad 800 stron skutecznie mnie od tego odstrasza.
    I takie jeszcze dwa spostrzeżenia-marudzenia, bo mi tak wynika z toku myśli:
    1. ja rozumiem, że serie są fajne, bo można bardzo dobrze rozbudować świat, przekazać przemiany bohaterów itp., ale od czasu do czasu dobra samodzielna książka bardzo by się przydała;
    2. super, że wydawać można spokojnie książki, które mają powyżej 250 stron i się sprzedadzą, bo czytelników nie odstrasza już tak mocno długość powieści, ale czy naprawdę wszystko powinno mieć ponad te 250 stron? No bo jak to tak: wydać książkę na 800 stron i nawet wątków nie pozamykać? Lub, o zgrozo, (bo jeśli już jest to seria i zamierzone zamknięcie wątków znajdzie się w tomie następnym) jest to nieciekawe 800 stron? Brr…

    1. Co do wcześniejszych książek Bondy się nie wypowiadam, bo nie czytałam. Z recenzji, które znalazłam, wynika jednak, że cierpią na podobne problemy — ale oczywiście najlepiej byłoby się przekonać samemu, tylko że nie mam póki co odwagi ani, co kluczowe, ochoty :).

      Właśnie, to, co piszesz, jest tu w kontekście bardzo ciekawe, bo szczerze mówiąc zastanawiam się, na ile seria, do której należy "Okularnik" spełnia te założenia o budowaniu świata — skoro każdy tom ma się dziać chyba w innym mieście (tak zakładam?), a historia Saszy jest dość jednak niespójna. Choć kto wie, może się jakoś uspójni w tomie trzecim. A co do objętości — jak wyżej zauważył Bazyl, to może być kwestia "gruba książka = poważna książka".

      A no właśnie, a propos serii o Lipowie: jakoś nie mam szczęścia do współczesnych polskich kryminałów pisanych przez kobiety.

    2. Słusznie. Lepiej od "Okularnika" nie zaczynać. A i powieści Bondy o Meyerze są o dwie trzecie krótsze. To i pewnie bardziej spójne.

  9. O, Pyzo! O, kochana! Dzięki Ci za tę notkę, za wytknięcie dłużyzn i istniejących nie wiadomo po co wątków! Mniej więcej podobne przemyślenia miałam po "Pochłaniaczu", czyli pierwszym tomie tej serii. Gdyby wyciąć z 200 stron, byłoby o wiele lepiej. Gaduła z tej Bondy, nie umie przystopować, gdy trzeba 🙂

    Wciąż się waham, czy sięgnąć kiedyś po "Okularnika" (bo zwykle daję autorom dwie szanse, chyba że za pierwszą było tak tragicznie, że nasza znajomość już w ogóle nie rokuje), może i tak… Ale za kilka lat: na razie mam ciekawsze lektury przed sobą 🙂

    1. Służę :). Ano i właśnie — może gdyby książka była krótsza, byłaby i spójniejsza, łatwiej byłoby zapanować nad chaosem i zobaczyć, jak z dystansu wypadają niektóre wątki. Na "Pochłaniacza" się skusić nie zamierzam — ciekawa jestem dalszych losów nie tyle Saszy (bo to mi obojętne przez postać samej bohaterki), ile odbioru całej serii, kiedy się ukaże. Ale na razie mam postanowienie śledzić to z dystansu ;).

  10. I tak bym raczej nie sięgnęła po tę książkę. Chyba, że już naprawdę pozamykaliby wszystkie biblioteki, księgarnie i ukradli moją domową biblioteczkę i tylko książki pani Bondy by zostały na czytelniczy głód.
    Wiem, że to nie zabrzmiało miło, ale jestem do tej pani uprzedzona po tym, kiedy moja znajoma wróciła z Targów Książki z niewyraźną miną i pokazała mi egzemplarz "Okularnika" podpisanego przez autorkę wielkimi literami jako Królowa Polskiego Kryminału. Już nie będę pisać, jakie wrażenie wywarła sama autorka jako osoba na mojej koleżance, bo wiadomo to jej subiektywna opinia, ale ta buta i brak skromności mnie zmroził. Już nie chodzi nawet o to, że dla mnie osobiście królową polskiego kryminału była i jest pani Chmielewska. Ale kurczę… trochę pokory. Wiem, że popularni "couchowie"/trenerzy rozwoju osobistego uczą, aby być bezczelnym, ale co za dużo to nie zdrowo.

    Próbowałam czytać "Okularnika", ale już po kilku stronach mi się odechciało. Dotrwałam chyba do dwudziestu i stwierdziłam, że mi po prostu szkoda czasu czytać coś na siłę. Dlatego podziwiam Cię, że wytrwałaś 😉

    Czytając dziś Twój tekst (swoją drogą bardzo ciekawy i znowu mnie skusiłaś do tego, żeby sama wreszcie zaczęła pisać o książkach) utwierdziłam się w przekonaniu, że zrobiłam dobrze 🙂
    Dziękuję Ci bardzo za to, bo cierpię na syndrom "niedokończonej książki" i czasem mnie taka straszy po nocach, że ja ją rzuciłam, a nóż widelec ona mogła być dobra, tylko dłużej się rozkręcała 😀

    Buziaki, przytulaki Pyzo Kochana! :****
    Cały czas jestem i Cię czytam, tylko ja jestem z tych nieśmiałków, co się rzadko odzywają 😉

    1. Hm, podejrzewam, że tu problem leży w promocji — sama też nieufnie podchodzę do wszelkich "wielkich" tytułów, jakie pojawiają się odnośnie do pisarzy. Może ta dedykacja to był taki żarcik, w sensie — żeby to jakoś ograć? Sama nie wiem, wcielam się teraz w adwokata diabła troszkę :).

      Pisz, pisz o książkach! Wiesz, że Twoją notkę o powieściach Harrisa wspominam ciepło i czekam na kolejne :). A co do syndromu niedokończonej książki: czasami się trafi nawet taka czarna seria, bywa, trzeba przeczekać i odetchnąć, no bo po co się męczyć, jeśli książka nam nie odpowiada? Może to nie nasz klimat, może zabraliśmy się za nią w nieodpowiednim momencie? Przecież i tak się może zdarzyć :).

      Serdeczności ślę :)! Wiem, że czytasz, to jest bardzo miła świadomość :). A jeśli chcesz się odezwać, to zawsze jesteś mile widziana, wiesz o tym :).

    2. Awwwww jesteś kochana Pyzo 🙂
      Jak widzisz masz na mnie dobry wpływ, bo nowy wpis o książce już jest 😀

  11. A ja mam takie pytanie: dlaczego Sasza? Rosyjskie korzenie? Od pewnego czasu obserwuję w wytworach polskiej popkultury rozkwit dziwacznych imion. Zastanawiam się, czy autorom się wydaje, że jak postać dostanie "ciekawsze" imię, to automatycznie staje się przez to ciekawsza. No i Sasza to dla mnie jednak imię męskie.

    Bonda jest mi znana tylko z relacji i na razie (a może i na zawsze) tak pozostanie. Ale dobrze wiedzieć, co tracę 😉 Tylko spojlerów trochę mało. Tyle ostrzeżeń, a potem nic nie zdradziłaś. Nawet nie zdradziłaś kogo zabili…

    1. O, zapomniałam o tym napisać. Będą spojlery, cobym trochę dopełniła danego słowa, że będą ;). Otóż w pobliżu Hajnówki znajdowała się wieś Załuskie, zniszczona w czasie pogromu wsi prawosławnych. Wszyscy więc pytają Saszę, czy ona stąd, czy nie stąd. Ta się całą powieść zarzeka, że nie, że jest z Pomorza od wieków (sic), ale w końcu zostaje jej wytknięte, że czemu zdrabnia imię na "Sasza". *Nastrój tajemnicy* Nic z tego wątku nie wypływa, bo Sasza, chociaż dostaje zdjęcia dwóch osób o takim jak ona nazwisku z tejże wspomnianej wsi, zagaduje o nich matkę, matka na to, że kto wie, na co Sasza uznaje, że nie, jednak nie pochodzi stamtąd (streszczam wiernie, choć wydaje się, że robię skróty — uroki prowadzenia narracji w "Okularniku"). Zostajemy więc z rodzajem niedopowiedzianej historii, która jednak nie jest niedopowiedziana, więc tajemnicza, ale urwana i poprowadzona w dość chaotyczny sposób. I zostajemy w gruncie rzeczy przy tym, o czym mówisz — że postać ma być ciekawa, bo ma niezwykłe imię. Czy raczej: w nietypowy sposób je zdrabnia, bo na imię ma Aleksandra.

    2. Sposób dość typowy, przynajmniej dla języka rosyjskiego, gdzie Sasza to po prostu zdrobnienia od imienia Aleksander lub Aleksandra, do innych języków trafiające już w formie zdrobnionej, bez asocjacji z owym Aleksandrem lub ową Aleksandrą 🙂

    3. Jasne, doprecyzuję: nietypowy dla polszczyzny, gdzie większość Aleksander jest raczej Olami :).

  12. O ile zazwyczaj unikam oceniania ludzi po tym, jakie książki (a nawet szerzej – dzieła sztuki) przypadają im do gustu, bo przecież olbrzymia jest gama wrażliwości i różne rzeczy można różnie interpretować w zależności od posiadanego doświadczenia oraz nabytych upodobań, tak już podobanie się lub niepodobanie książek Bondy uważam za doskonały wskaźnik czytelniczego wyrobienia. Powodów wymieniać nie muszę, bo zrobiłaś to doskonale w notce 🙂

    1. Właściwie zgadzam się z pierwszą częścią Twojej wypowiedzi, ale podtrzymuję, że oceniać ludzi po tym, jakie czytają książki i co się im podoba, nie można. Też dlatego, że może tu panować szalona różnorodność i ktoś może uwielbiać na raz książki Wielkiego Twórcy Arcydzieł i Autora Piszącego Trzydzieści Powieści Rocznie. Bo czemu nie :).

  13. Bonda nawet prowadzi warsztaty literackie, na których uczy, jak pisać książki ; )
    Przeczytałam z ciekawością, co prawda i tak nie zamierzałam jej czytać, ale naprawdę dziwi mnie, że znajduje sporo czytelników. Co ta reklama robi z ludźmi ; )

    Karmena

    1. Tak, mamy nawet w domu jej książkę o pisaniu właśnie i ona miejscami jest naprawdę sensowna — choć nie wychodzi poza takie zwyczajowe podręczniki pisania, one trochę działają na zasadzie "jeden widziałeś-wszystkie widziałeś", plus minus — tyle że w "Okularniku" da się zobaczyć wiele rzeczy, które autorka innym odradza. Myślę, że — powtórzę — to kwestia za szybkiej publikacji i braku "odleżenia".

  14. No dobrze, to teraz ja. Oczywiście pod prąd. Przepraszam za niezborność wypowiedzi, ale to brak czasu i niewyspanie.

    Primo: czytałem "Pochłaniacz", który jest pierwszą częścią "sagi". Tylko w kontekście "Pochłaniacza" można rozmawiać o rodzinie Załuskiej i o jej stosunku do Czerwonego Pająka, bo to się w pewnym, wydłużonym, ale jednak konkretnym i celowym rytmie rozwija. Tylko znając "Pochłaniacz" zrozumiemy dlaczego tak na Ducha czeka i doczekać się nie może, czemu go lubi i nie cierpi za jednym zamachem, dlaczego Łukasz Polak zabrał pół zdjęcia z jej portfela etc. Choćby nie wiadomo jak mówić, że jest to osobna powieść, to te wątki zaczynają się o wiele wcześniej i skończą się o wiele później, niż obejmuje to czas fabuły.
    Secundo: pani Katarzyna Bonda, o czym wspominała w wywiadach, pisząc swoim rodzinnym mieście dowiedziała się czegoś z własnej historii rodzinnej, co dość mocno poturbowało ją psychicznie. Chciała jakoś to wpleść w treść książki, ale jak widać, przepracowanie traumy przy użyciu kryminału nie wychodzi najlepiej. Zamiast tego urobiła dwupokoleniową historię rodową, niczym zaczyn jakichś podlaskich „Stu lat okropności”. Zgadzam się, że tu liczba grzybów przesłoniła barszcz.
    Tertio: Załuska nie profiluje. W ogóle ona tu nie. Nie robi nic, co ją charakteryzowało w „Pochłaniaczu”. „Pochłaniacz” był opowieścią o gęstej atmosferze Trójmiejskiego świata cieni, gdzie „Policja” i „Mafia” były tylko nazwami stref wpływów i w ogóle nie były moralnie rozróżnialne. Załuska tam profilowała, a w treści opisano jak to wyglądało, czemu Policja jej nie poważała, jak przebiegała jej kariera naukowa etc. „Okularnik” jest pewnego rodzaju spin-offem, który ma wprowadzić pewne zwroty akcji, np. ponowne spotkanie Polaka. Można powiedzieć, że Załuska przestaje być tu podmiotem, a raczej staje się przedmiotem, niczym kamera go-pro przymocowana do pustej tratwy, za pomocą której widz obserwuje kipiel górskiej rzeki siedząc w ciepłym fotelu i drapiąc się po brzuchu.
    Quarto: przyznajcie szczerze, wszystkie krytykantki i krytykanci – każde z Was na początku miało pewne wyobrażenie co do roli Bondaruka. Każdy w pewien sposób sobie go wyobraził. I – jak przypuszczam – nikt nie podejrzewał, że odegrał on taką rolę. Zgoła odmienną od pierwotnego wyobrażenia wyciśniętego doświadczeniem czytelniczym i konwencją. A do tego pani Katarzyna nie zrobiła tego jednym zwrotem akcji, ale stopniowo, odsłaniając nam kolejne wydarzenia (już pominę, że robi to w rytmie zastosowanym przez Eco w „Cmentarzu w Pradze”). Postać Bondaruka jest zdecydowanie mocnym punktem literackim. Według mnie. I kończąc powieść należy się cofnąć do spotkania jego i Saszy w restauracji i jeszcze raz odczytać jego słowa. Tamto spotkanie w ogóle przypomina to migawkowe zderzenie Bourne'a i Carlosa w „Tożsamości Bourne'a”, czy też Skrzetuskiego i Chmielnickiego na Dzikich Polach. Gdyby przeredagowała te powieść, wycięła część tekstu, widać byłoby jaki to fajny materiał.
    Quinto: Tak, jestem serdecznie rozczarowany zakończeniem powieści, którego nie ma. Brakuje mi tylko napisu „ciąg dalszy nastąpi”, jakby to był pierwszy odcinek serialu. Albo raczej ostatni pierwszego sezonu.

    Reasumując: proszę przeczytać inne powieści pani Katarzyny, bo ona sama chyba nie nazwałaby „Okularnika” jakim swoim szczególnie reprezentatywnym utworem.

    No to już wystarczy 😉

    1. O, to bardzo ciekawe, o czym mówisz — tylko zastanawiam się, czy mimo wszystko nie należy nadal, nawet w takim toku rozumowania, zastanowić się nad sposobem prowadzenia postaci w "Okularniku"? Bo mimo wszystko te sygnały są w nim czytelne, ale nie sprawia to ani, że reakcje Saszy można jej zaliczyć na plus (nie wiem, jak to określić lepiej, ale wiadomo, o co chodzi — a Twoja interpretacja postaci Saszy jest jak zwykle przekonująca, jako fanka wielości możliwych odczytań przyklaskuję, co jednak nie zmienia mojego osądu tej postaci, który wyłuszczyłam wyżej ;), a który wynika też jednak z samego sposobu opisywania bohaterki w powieści, co więcej: z tego, jak zostaje poprowadzona fabuła, która miejscami jednak kuleje), ani że pojawienie się Polaka w tej części (a jak wspomniałeś o zakończeniu: to zwłaszcza jego rola w zakończeniu) nabierają sensu. Myślę, że przez tę dziką mnogość wątków właśnie.

      No, ale właśnie ten wątek "żołnierzy wyklętych" i pogromu wsi prawosławnych — to było to, co autorce udało się najlepiej z całości; ale czy było to faktyczne przepracowanie? Tego nie wiem, ale zobacz, że ten wątek się urywa, właściwie znika — więc moje pytanie brzmi: dlaczego? Czy dlatego, że został dołożony? Czemu traci nim zupełnie właściwie zainteresowanie po opisaniu samego pogromu? Bardzo mi tego szkoda.

      Przyznam, że nie do końca rozumiem pytanie o postać Bondaruka — mógłbyś rozwinąć?

  15. Hmm. Do rozwinięcia trzeba byłoby zrobić całą analizę postaci – gościa, którego zaczyna się pokazywać jako lokalnego "Ojca Chrzestnego" w mercedesie i z listą "zgubionych na zakręcie" kobiet, po których zostają mu jacyś synowie, aż po człowieka, który jest ofiarą, i to ofiarą nie swoich decyzji, lecz jakiegoś mrocznego, podlaskiego splotu grzechów ojców. Na początku Quaku wydaje się być jego konkurentem, z którym zdradza go przyszła żona. Pomyślałaś, że będzie chciał go zlikwidować, że młodzi się przed NIM ukrywają. Czy od razu wpadłaś na to, że to jedyny jego syn, a Bondaruk chce go niejako wykorzystać jako "męża per procura" swej żony? Bo sam… nie może? Dużo jest takich zwrotów, gdy coś nam się sugeruje, ale klocki pasują w innych miejscach niż te, które podpowiada nam konwencja.
    Co do

  16. Co do kwestii pogromu i "Burego". To nie beletrystyka. To się na prawdę wydarzyło. Tylko to już nie byłby kryminał, ale straszna książka historyczna, która musiałaby się kończyć kolejną historią a la "Pokłosie".

    1. Już rozumiem. Ale równocześnie przyznaję: cała sprawa dla mnie była zarysowana w zbyt oczywisty sposób, to znaczy nie sądziłam, żeby Bondaruk miał być tym faktycznym Sinobrodym i domyślałam się, że musi to być bardziej skomplikowane. Nie od razu za to doszłam, kto jest czyim krewnym. Przy czym tu jeszcze nasuwa mi się jedna myśl: że ten wątek urywa się tam, gdzie ma się zrobić bardziej tajemniczo, a nie jest prowadzony tak naprawdę (zobacz chociażby, jak w tle pozostaje Iwona i Quaku po ucieczce — z tym nieszczęsnym wątkiem wampirycznym na dobitkę).

      Natomiast do do "Burego"-Rajsa, oczywiście, i uważam, że ten wątek zdecydowanie należy do najlepszych w książce, tylko że znika. I tego mi szkoda, bo to ważny wątek, który potem gdzieś ginie w przegadaniu całości, urywają się też jego współczesne konotacje.

  17. Dzień dobry,
    Przed chwilą skończyłam słuchać audiobook Okularnik i niestety, ale muszę przychylić się do opinii wyrażonych przez inne osoby, że choć słuchałam wnikliwie, nie jestem w stanie powiedzieć kto kogo zamordował i dlaczego 🙁 Nie wiem również kto pogryzł Kingę i w jaki sposób Quaku znalazł się w odmładzalni. Co dziwniejsze, książka ogólnie mi się podobała i była wciągająca 🙂

    1. Tak, im więcej czasu minęło od lektury, tym i mnie bardziej nurtuje to zagadnienie "kto kogo zabił i po co" (nawet ostatnio rozmawiałam o tym ze świeżo upieczoną czytelniczką "Okularnika" i nasza rozmowa zeszła dokładnie na ten temat — więc to nie odosobniony przypadek, nic a nic!).

  18. Witam,to moja pierwsza wizyta na Twojej stronie 🙂 super że tu trafiłam. właśnie skończyłam czytać Okularnika. jestem tez po Pochłaniaczu.czekam na Lampiony – przeczytam na pewno, choćby po to żeby sie dowiedzieć co dalej 🙂
    co do książki…mam mieszane uczucia :/
    – zgadzam się, że dużo wątków poruszonych i nie dokończonych, czuje niedosyt
    – pisaliście o jej pochodzeniu- nie wyszło w końcu na to że jeden z braci Załuskich- Jan to cioteczny dziadek ojca Laury- matki Saszy? i możliwe że ona jakoś podświadomie zdrabnia swoje imię do Saszy a nie Oli, bo czuje w kościach pochodzenie 🙂
    – pamiętacie atak na Kingę z pizzerii- kto go dokonał? bo wątpię ze Polak- obstawiam że on nie jest Czerwonym Pająkiem, a jedynie został w to jakoś wplątany i wyjaśnienie bedzie w ostatniej części. wracając do sytuacji z Kingą- może to prawdziwy morderca wrócił?
    – kto zabił kogo ..to jest dobre pytanie :)ale w sumie to rozchodzi sie o morderstwo Larysy, bo Mariola ukrywała sie u ojca, Jowitę zabiła Marzena z Jakubem, który postrzelił Laryse i Piotra na czyjeś życzenie. i tu chyba stoi za tym Dawid- ojciec Iwony, a jednocześnie oficer Piotra. dowiadujemy się ze winił on Piotra za to, że wyrzucili go z SB.Poza tym szczerze go nienawidził. i rada sprawiedliwych wydała w końcu na Bondukara wyrok.
    -Marzena- prosi Saszę aby ta sie dowiedziła kto zabił Jowitę. dala jej zdjecie ich trójki. mówiła ze nie zna faceta…na prawde była przekonywujaca i uwierzyłam ze to nie ona. ale jednak okazało sie co innego. wiec po co cała ta szopka z Marzena i jej checia odkrycia prawdy, próba udowodniecia ze ona jest nie winna. zwracając sie z prośbą o rozwiazanie zagadki wiedziala ze dojda do tego ze to ona jednak zrobiala. to miało jakis cel? a moze go nie zauważyłam?
    -Ałła- Piotr mówił że to jedyna osoba której ufa i której jest w 100% pewny, skąd ona sie wzięła, kim była tak na prawde, skoro pojawiła sie z grupą aby wydac na niego wyrok.

    mam tak wiele pytań co do sytuacji opisanych w książce
    nie potrafię pisać tak pięknie jak Wy , mam nadzieję ze z mojej chaotycznej wypowiedzi coś zrozumieliście.
    pozdrawiam
    Kasia

    1. Cześć, cieszę się — rozgość się :).

      Co do pochodzenia Saszy: tak, oczywiście, w grę wchodzą tu różne gry z podświadomością, ale moim zdaniem ten wątek wprowadzony był bardzo na siłę i wyszedł na dość naciągany (zwłaszcza z tym podświadomym zdrabnianiem imienia).

      Wiesz, zastanawiam się nad Twoimi pozostałymi uwagami: jasne, przybladły mi wrażenia z lektury, ale konstrukcyjnie "Okularnik" nadal wydaje mi się słaby — zwłaszcza uzasadnienia kto kogo zabił (jeśli się pojawiają) i po co; trochę tak, jakby mnogość wątków miała zapętlić zagadkę i zapętliła ją do tego stopnia, że motywacje i postępowanie postaci straciło dużo na klarowności.

  19. Witam,
    skończyłem Okularnika dwa dni temu i tak się zastanawiałem czy ja jakiś nierozgarnięty jestem, że nie zakumałem kto kogo i dlaczego, kto pogryzł Kingę, kto zabił Dankę itp czy po prostu panuje w tej książce jeden wielki chaos… Wasze opinie poprawiły mi trochę humor i podniosły na duchu bo myślałem sobie, że gdzie mi tam prostemu poddanemu do Królowej i widocznie literatura przez duże "L" nie dla mnie a tu jednak na szczęście nie jestem odosobniony w swoim absmaku na temat tej powieści…
    Najgorsze cechy tej książki (kolejność nie przypadkowa):
    – infantylny i zupełnie nie pasujący do niczego wątek wampiryczny z super nowoczesnym laboratorium w podlaskiej mieścinie – kosmos zupełny.
    – brak zakończenia, nie czytałem jeszcze Lampionów więc być może zaczynają się tam gdzie Okularnik się urwał ale jednak jeśli książki w serii są osobnym bytem to jakieś zakończenie nam się należy.
    – chaos zupełny i to nawet nie w przeskakiwaniu w latach bo to jest ciekawe, nie w pojawianiu się co krok nowych coraz mniej ważnych bohaterów, bo to też jeszcze idzie przełknąć ale w tym nie dokańczaniu wątków ważnych – Pires i jego ojciec, rany na ciele Saszy po przebudzeniu na kacu, ukrywanie się Marioli itp.
    – kto kogo i dlaczego??? Piotr Stepana i księdza, rozumiem, Rada Starszych Piotra rozumiem ale za co? Larysa czemu i na czyje zlecenie? Danka??? nagle się naśladowca pająka w Hajnówce pojawił? jednak Polak mimo, że mówił, że nie? kto ugryzł Kingę i po co? To Kinga z Kubą jednak porwali Iwonę? a potem zabrali Quaka do odmładzalni? Czemu jego akurat?
    Mnóstwo pytań tak jakby kolejne wątki były tylko do wydłużenia książki a odpowiedzi na nie żadne lub zdawkowe…
    Dodatkowo informuję, że Pochłaniacza przeczytałem, jest prostszy, bardziej spójny choć też kończy się trochę nijako a Lampiony mam zamiar przeczytać choćby po to aby ostatecznie się przekonać, że Król a raczej Królowa jest naga

    1. Tak, widzę, że spektrum czytelniczych problemów z "Okularnikiem" mamy bardzo podobne :-). Ja się jak dotąd nie skusiłam na żadną inną powieść z cyklu, mimo że przez chwilę aż mnie kusiły "Lampiony", ale potem sobie przypomniałam wszystko to, co mnie denerwowało i zbijało z pantałyku przy "Okularniku" i powiedziałam pas :-).

  20. Fragment o imperatywie narracyjnym (romans z księdzem, odcinanie prącia i wampiryzm) mnie zabił. Bardzo dobry artykuł! Sprawił mi chyba więcej radości niż lektura samej powieści.

    Na korzyść "Okularnika" przemawia dla mnie jedno – o czym była tu zresztą mowa: wątek retrospekcyjny. Nie przepadam za tym zabiegiem i zazwyczaj narracyjne cofanie się w czasie mnie nuży w książkach tego typu; a tu przeciwnie. Może wynika to ze słabego poprowadzenia głównego nurtu narracji? A może jednak risercz przeprowadzony przez autorkę i jej osobiste związki z regionem coś dały i dlatego w tych fragmentach wojenno-powojennych zabrzmiała wreszcie autentycznie?

    1. Dziękuję :-). Cieszę się, chociaż oczywiście mi przykro, że przyjemność z lektury była mniejsza (za to ja przyznaję, że faktycznie trauma po jakimś czasie opada — przy czym po "Lampiony" nadal nie odważyłam się sięgnąć).

      Tak, zgadzam się zdecydowanie, to jest najmocniejszy akcent i straszna szkoda, że gdzieś ginie w powodzi wampirów i innych atrakcji.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.