Jak hodować wrażenia? Albo porady florystyczno-książkowe

Na pewno miewacie
czasem takie uczucie po zamknięciu książki, że bardzo byście
chcieli pamiętać ten moment. Czy to jako przestrogę („nigdy
więcej książek tego autora / z tego gatunku!” – chociaż mimo
wszystko zawsze warto dać mu drugą szansę), czy jako radosne
westchnienie („ależ cudowne!”). Ale te wrażenia w końcu
zbledną. Co zatem zrobić, by te wrażenia książkowe jednak w
sobie hodować? Skupimy się dzisiaj na tych pozytywnych. A zatem
rękawiczki na dłonie, doniczki przygotowane i ruszamy!

Podlewaj
regularnie:
nic nie działa tak
dobrze, jak powracanie do danej książki, jeśli była wyjątkowo
dobra, albo jeśli zrobiła na nas takie pozytywne wrażenie. Można
wtedy odświeżyć wrażenia, zauważyć nowe rzeczy i zmierzyć się
z majaczącym nam na horyzoncie widmem „a może jednak wcale mi się
tak nie podobało?”. Ba, często jednak wyjdziemy ze starcia z taką
zjawą zwątpienia zwycięsko.

Przycinaj: wcale
nie trzeba czytać znowu od początku do końca – można
podczytywać wybrane fragmenty. Może
jedną scenę, może konkretny wątek, może zakończenie
albo sam prolog. Albo wymianę zdań między bohaterem X i bohaterem
Y. A jeśli nie pamiętamy, gdzie konkretnie znajduje się to, czego
szukamy, przewertujemy całość, może coś innego nas teraz
wciągnie.

Zrób rozsadę:
jeśli to konkretny egzemplarz
tak nas porwał, nic prostszego niż wreszcie znaleźć sobie taki
sam, ale własny. Więcej nawet: możemy sobie wtedy w nim
pozaznaczać określone fragmenty, nawet zaginając strony (wiem,
wiem) czy zaznaczając je kolorowymi karteczkami. Dużo to prostsze
niż podskubywanie cudzego, albo bibliotecznego, egzemplarza.
 
 
 
 
 

Urządź sobie
szklarnię:
może to wcale nie
była tak do końca sama książka, która zrobiła na nas takie
wrażenie, ale otoczenie, w
jakim ją czytaliśmy? Sytuacja, w jakiej nas zastała? Pora roku?
Można to zawsze wypróbować, żeby zobaczyć, czy tym razem też
tak zadziała (chyba, że była to sytuacja wyjątkowo nieprzyjemna,
a książka nas z niej uratowała i podniosła na duchu – w końcu
w szklarni panuje specyficzny mikroklimat, który nie każdemu
odpowiada, pamiętajmy o tym!). Na pewno macie książki, które
kojarzą Wam się nie tyle z fabułą, a z tym, gdzie akurat
mieszkaliście, jaki rodzaj herbaty piliście albo w którym fotelu
siedzieliście.

Wyhoduj nowe
odmiany:
jeśli bardzo
wciągnęła nas ta, to może spróbujmy z podobnymi? Niekoniecznie
od razu rzucajmy się na
główkę między regały zawierające te same okołogatunkowe fabuły
– nie, nie, nie szukajmy książek skrojonych w bardzo podobny
sposób, spróbujmy raczej kierować się klimatem, narracją, może
kreacją głównego bohatera. Bo jeśli teraz wsiąkniemy w sam
gatunek (jeśli da się go doprecyzować), szybko możemy się
zmęczyć tym, że „a to już gdzieś widzieliśmy”, „to
wygląda jak w książce A i B” i tak dalej. W końcu chodzi o
nowe, a nie o bardzo podobne, odmiany.

Pikuj nasiona i
produkuj flance:
jedną z
rzeczy idealną do podstrzymywania nas w dobrym nastroju jest
możliwość podzielenia się książką z innymi. Dawajmy
ją zatem, kiedy nadarza się okazja! Niekoniecznie musimy zaraz
rozpożyczać nasz własny egzemplarz, możemy nabywać inne w
okazyjnej cenie (mówi Wam to ta, która pewne książki wykupuje w
antykwariatach zawsze, jak natrafi). A potem tylko czekać, aż
obdarowany/a przeczyta i będzie chciał/a się podzielić
wrażeniami. Tylko oby były dobre – za to ściskamy kciuki i
liczymy na zbieżność literackich gustów.
 
 
 
 
 

Nawoź, kiedy
tego wymaga:
a czasami dobrze
jest z kolei sięgnąć po inne książki tego samego autora, żeby
zobaczyć, jak też mu idzie to, co nas tak urzekło, gdzie indziej.
Oczywiście nie zawsze to zadziała, musimy wyczuć odpowiedni
moment, nie możemy też przesadzić, bo a nuż autor czerpie non
stop z tego samego źródła i nasze dobre zdanie o nim może zniknąć
(zależnie od tego, czy nam to odpowiada, czy nie)? Dlatego z
nawożeniem ostrożnie, dostosować do swoich potrzeb.

A żeby nie było,
że tak nic nie napisałam, wykorzystując okazję na wpis
tematyczny, to:

8 Replies to “Jak hodować wrażenia? Albo porady florystyczno-książkowe”

  1. Do hodowania kwiatów za nic mnie nie namówisz (kwiaty tak, hodowanie nie), ale do hodowania… wrażeń książkowych? O, pewnie! Najbardziej podoba mi się ta szklarnia!

    1. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o kwiaty, to najlepiej wychodzi mi hodowanie (uprawianie?) mięty, tyle że ona akurat nie kwitnie ;). W każdym razie nie ta. Natomiast jak tak sobie ją człowiek poprzesadza, to analogie z czytaniem wysnuwają się same ;).

  2. Piękna analogia! 😀
    Jako, że bardzo lubię hodować kwiaty to jestem i za hodowaniem wrażeń książkowych. 😉 Zwłaszcza, że czytając twój post odniosłam wrażenie, że do części punktów już zdarzało mi się odnosić, jak pewnie wielu twoim czytelnikom Pyzo. No nic, wiosna nadchodzi czas zatem dołączyć do hodowli nowe odmiany.

    1. To na pewno, urok nowości spoczywa tu raczej właśnie w samej analogii ;). Ale nie mogłam się powstrzymać, tak sobie zaklinam wiosnę na własną rękę i zastanawiam się nad tym, jaką szklarnię książkową by sobie urządzić, żeby lepiej ją poczuć (póki czytanie na balkonie przypomina raczej survival niż przyjemność ;)).

  3. Cudowne porównanie 🙂
    Dodałabym jeszcze- mów do niej, przytulaj, albo chociaż pogłaszcz po okładce.

    1. I rozmawiaj o niej — nie dość, że będzie lepiej rosła, to jest większe prawdopodobieństwo, że wypowiedziane wrażenia tak łatwo nie zblakną ;).

  4. Pyza! Skąd Ty te pomysły na wpisy bierzesz?! Są fantastyczne! 😀 Co do mojej szklarni to mam dwie takie książki, które trafiły na półkę ulubionych i to nie wcale ze względu na fabułę czy talent pisarza. (Nie wierzę, ale teraz się niezwykle uzewnętrznię). Jedna z nich to "Norwegian Wood" Murakamiego. Pamiętam jak po niezwykle ciężkiej sesji kiedyś jechałam do domu pociągiem (całe 8 godzin albo i dłużej) i ta książka po takich przejściach jak egzaminy okazała się być balsamem dla zmaltretowanego umysłu. A za oknem akurat wiosna przemieniała się w lato i im bliżej było domu, tym cieplej się na serduchu robiło. Takie miłe wspomnienie i tak bardzo wpłynęło na odbiór książki. Druga to "W drodze" Kerouaca. Dostałam ją od swego Lubego, jeszcze na samym początku związku, parę lat temu i zrobił wtedy coś niezwykle uroczego. Kiedy się żaliłam jak bardzo chciałabym zostać takim tłumaczem, to M. skreślił nazwisko pani Kołyszko i wpisał moje <3 (Pani Ania wybaczy!) Ale ta książka również trafiła na półkę ulubionych.

    Także jak sobie tak teraz czytam Twój wpis to mi się na wspominki zebrało i się zastanawiam, czy jeśli jeszcze raz do nich wrócę, to czar pryśnie, czy może jednak jeszcze silniej przywołają tamte wspomnienia…?

    1. A nie wiem, tak jakoś wychodzi ;). Dziękuję!

      Dokładnie tak, prawda, że to interesujące zbadać takie własne historie? Sama mam podobną z "Kronikami portowymi", które bardzo dobrze zapisały mi się w pamięci — nigdy nie sprawdziłam, czy faktycznie nadal mi się tak podobają — przez to, że czytałam je w jadącym na północ w listopad pociągu, i wszędzie snuły się dymy z ognisk, na których palono jesienne liście. Także doskonale Cię rozumiem — piękne są Twoje historie :).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.