Szlag by trafił całą sztukę albo o „Stryjeńskiej. Diabli nadali” A. Kuźniak

Jest
taka historia o Stefanii Skwarczyńskiej. Skwarczyńska, wybitna
badaczka literatury, po wojnie wykładała w Łodzi. Przychodząc na
zebranie bądź seminarium w sprawie pracy współakademika czy
studenta, która nie specjalnie jej się podobała, zasiadała,
zamaszyście owijała się szalem, w który była zawsze spowita, i
kiedy zaczynała się dyskusja zabierała głos, mówiąc: „Przede
wszystkim: trzeba docenić trud!”. I to właściwie najlepiej
podsumowałoby moje zdanie na temat „Stryjeńskiej”.

Angelika
Kuźniak wykonała ogrom pracy. Przeczytała całe bogate archiwum,
które zostawiła po sobie Zofia Stryjeńska. Rozmawiała z jej
żyjącymi krewnymi. Prześledziła wzmianki o niej, które pojawiają
się u innych artystów, jak na przykład u Iwaszkiewcza czy
Witkacego. Wyśledziła recenzje jej dzieł. Doceniam bardzo, bo
wiem, ile trudu musiało ją to kosztować. Ale nie oznacza to
jeszcze, że książka jest dobra. I teraz ważna uwaga: chciałabym
rozdzielić dwie sprawy – tak, Zofia Stryjeńska jest postacią
barwną, a długie cytaty z jej listów-dzienników-zapisków są
soczyste i dają wyobrażenie o barwnym stylu pisania i życia
artystki. Ale chciałabym tutaj oddzielić podmiot, o którym to jest
napisane od tego jak to (czyli: książka „Stryjeńska. Diabli
nadali”) jest napisane. A tutaj już mam sporo uwag.

Kiedy
wspomniałam na Facebooku, że planuję się zabrać za „Stryjeńską”,
dyskutowałyśmy z Maną, czy to jest
reportaż, czy biografia i gdzie kończą się w takim razie granice
reportażu. I to jest myśl, która przyświecała mi przy czytaniu
„Stryjeńskiej” nawet nie celowo, ale nie miałam trochę
wyjścia. Widzicie, sprawa wygląda tak, że w książce mamy cytaty
komentowane na bieżąco, tak że dostajemy coś w rodzaju narracji w
czasie rzeczywistym. Cytaty są, jak wspomniałam, cudowne. Brakuje
mi jednak jakiegokolwiek ich wykorzystania. Nie zrozumcie mnie źle,
nie idzie mi o naukową analizę albo – broń Boże – o to, żeby
Kuźniak swoją bohaterkę miała oceniać. Raczej o to, że z
cytatów nic dla samej narracji nie wypływa. Ba, miejscami wydaje mi
się, że pociągnięcie treści cytatu, wyciągnięcie z niego
informacji przyniosłoby sporo korzyści. Ale kończymy na krótkim:
„Stryjeńska notuje” albo nawet i bez tego. Kuźniak zestawia ze
sobą czasami cytaty z opisem, jak na przykład na stronie 23:
dostajemy zapisek o regułach moralnych matki Stryjeńskiej i krótki
opis jej panieńskiego życia. Wytwarza się napięcie, wynikające
ze sprzeczności – nic z tego jednak, nie dowiemy się ani gdzie
mogły leżeć tego podstawy, ani w jaki sposób mogło to wpłynąć
na jej dzieci. Ot, opis.
 Zilustrowanie tego wpisu dziełami Stryjeńskiej byłoby pójściem na łatwiznę
(choć to jedna z moich ulubionych artystek, nie zaprzeczam). Zamiast tego podrzucam
Wam moje ulubione kapele, które choć stricte ludowe nie są, to czerpią z ludowości.
A poza tym często pasują epoką lub klimatem. No i są świetne.
 

Dochodzi
do tego specyficzne przeinformowanie i niedoinformowanie czytelnika w
pewnych miejscach. Widać to już na samym początku: nie dowiemy się
o tym, jaką powieść ilustruje młodziutka Zofia (wiemy, że
„drukowaną w dzienniku Czas”, strona 37), za to – nie wiadomo
po co – dostaniemy opis demograficzny Krakowa roku 1907 z gazet
(nie wiemy jakich) i ile osób zostało wówczas skazanych na karę
więzienia. Trochę jakby autorce szkoda było pozbywać się
pieczołowicie zgromadzonych informacji. Kiedy indziej dostajemy na
przykład informacje, które wzbudzają moje podejrzenia, że nie do
końca temat został przebadany albo nie do końca wpasowuje się w
malowany akurat portret. Pomijam, że Mucha występuje tu pod swoim
zromanizowanym imieniem „Alphonse”, bo jakoś tak się przyjęło,
a szkoda, wszak Słowianin. Ale już na przykład w opisach zabaw
bohemy określanie przez autorkę Franciszka Fiszera jako „filozofa”
nie oddaje pełni działań i wpływów tej postaci (liczył się
wszak bardziej jako ojciec bohemy niż jako filozof w tymże akurat
towarzystwie) albo krótki komentarz, że Witkacy był zdenerwowany
sprawą ze Stryjeńskim, ponieważ chciał być przy żonie,
poddającej się operacji – dostaje motywację, która jednak z
cytatu i z tego, co wiemy z innych źródeł, jednak wcale tak
jednoznacznie nie wynika. Kiedy Stryjeńska spotyka Boznańską,
trudno się zorientować, jak się o niej wypowiada, bo ona sama w
cytatach pisze „p. Olga”, Kuźniak zaś dopowiada „Olga”.
Maličkosti,
jak powiedzieliby południowi sąsiedzi,
ale kiedy książka wzbudza moje podejrzenia, na takie właśnie
drobnostki zaczynam zwracać uwagę.

Kuźniak
śledzi historię życia Stryjeńskiej – życia trudnego,
fascynującego, przez które śledzić można nie tylko los
kobiety-artystki, ale i całej ówczesnej rzeczywistości –
niektóre elementy jednak pomija. Dla płynności narracji? Ale czy
nie jest czasem tak, że po przeczytaniu „Stryjeńskiej” wiemy
mniej więcej tyle samo, co po rzucie oka na wspomnienia z epoki? Na
przykład kwestia pierwszego małżeństwa bohaterki. Muszę
przyznać, że byłam dość zdumiona, kiedy chciałam sobie
podsumować koleje życia Stryjeńskiej, bo oprócz nowej formy, w
jaką historia zostaje ubrana, z zestawienia cytatów niewiele w tego
typu materii wynika. Oczywiście nie idzie tu o to, żeby Kuźniak
teraz podawała hipotezy (choć czasami podaje) czy coś wymyślała.
Ale w takich fragmentach zdaje się, że przejmuje język bohaterów,
jest jak oni wyciszona tam, gdzie mowa o sprawach, o których raczej
się głośno mówiło nie będzie. Można
to traktować jako zaletę? Można. A jednak jakoś nie sposób
ukryć, że niektóre etapy życia artystki i to nawet nie z braku
źródeł, jak się wydaje (obfitość cytatów!) zostają jakby
ominięte. Pod sam koniec jest to nawet kilka dekad.
 

Książka
jest natomiast pięknie wydana i bardzo szybko się ją czyta. Udało
się też autorce uniknąć zmory tego typu książek, czyli „tego
a tego dnia tu stało się to a to, tam to a tamto, a bohaterka
zrobiła wtedy to i to” oraz wstawianiu fantazyjnych dialogów,
włożonych w usta realnym bohaterom. Także: doceniam trud. Ale
jednak jak jestem fanką twórczości Stryjeńskiej, tak fanką
„Stryjeńskiej. Diabli nadali” nie zostanę. Szkoda mi bardzo, bo
materiał – fenomenalny. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o
samej artystce, to po książkę sięgnijcie koniecznie. Zastanawiam
się jednak, czy z większą korzyścią nie byłoby jednak wydanie
samych pism Stryjeńskiej (choć z tego, co mi wiadomo, pamiętnik Stryjeńskiej w jakiejś części został wydany — nie miałam go w ręku, więc na ten temat więcej nic Wam nie powiem) z komentarzem krytycznym. Bo, szczerze
mówiąc, w niektórych momentach „Stryjeńskiej” nie bardzo
wiedziałam, po co dostajemy jakieś informacje – w innych: było
ich aż za dużo (inna rzecz, że nie zawsze na temat). Także
wzdycham ciężko i jest mi żal.

18 thoughts on “Szlag by trafił całą sztukę albo o „Stryjeńskiej. Diabli nadali” A. Kuźniak

  1. Bardzo jestem wdzięczna tobie Pyzo, za recenzję. Choć przyznam, że nadal mam problem reportażowo-biograficzny. Bardzo celne uwagi, których zabrakło mi w tej fali zachwytu Stryjeńską, czy, bardziej właściwie, samą książką. Przyznam, że jej fenomen dalej mnie zastanawia (od miesiąca dorabiam w księgarni, w tym czasie jedną z najczęściej kupowanych książek była własnie Stryjeńska, w sumie przegrywa chyba tylko z książeczkami dla dzieci). Z drugiej strony cieszę się, że Stryjeńska przeżywa teraz chwilowy boom, jej ceny na aukcjach skoczyły, a i sama Zocha zapisuje się mocniej w powszechnej świadomości. Czego zabrakło przy wydaniu jej pamiętników, pytanie jednak na ile to kwestia tekstu, na ile marketingu. 😉

    PS Z ciekawości zajrzałam za "Chlebem prawie że powszednim" na allegro – jest jedna aukcja gdzie oba tomy są wycenione na 400zł, cóż szał na Stryjeńską trwa. 😉

    1. No właśnie: bo o ile to cudownie, że mamy szał na Stryjeńską (bardzo, moim zdaniem, słuszny i na który patrzę z radością), o tyle już szał na "Stryjeńską" jest mam wrażenie zasługą i samej postaci bohaterki, i tych przecudnych fragmentów jej oryginalnego pisania, natomiast, co wyłuszczyłam w tekście, nie samej książki — i na pewno nie formy napisania tej książki, bo z tą, jak widać, mam duży problem. I teraz: nie wydaje mi się do końca, żeby to był problem z tym gatunkiem jako takim, ale właśnie z tym konkretnym dziełem.

      Ojejuśku, to naprawdę nieźle zostały wycenione! Ale po fragmentach pisania Stryjeńskiej myślę, że są warte swojej ceny :). Ja jednak poczekam, aż gdzieś je znajdę, może leżą sobie spokojnie w którejś bibliotece i czekają na mnie :).

    2. @Niekoniecznie Papierowe, o, właśnie, moje zdanie jest nieco bardziej rozbudowane, ale bardzo zbliżone. I tego tła bardzo brakuje, co ujawnia się w takich drobnostkach jak ta sprawa z Witkacem. Ale nie tylko.

  2. Przeczytałam ostatnio "Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie" i uznałam, że na pewno jest to ważna książka dla autorki, ale dla czytelnika już niekoniecznie. Widzę, że podobnie jest ze "Stryjeńską". Szkoda. Chociaż ten boom na książkę jest zadziwiający. Sama się na nią napalałam jeszcze 5 minut temu… Dziękuję, że ostudziłaś moje zapały 🙂

    1. To nie wiem, czy dobrze zrobiłam, bo dla samych cytatów ze Stryjeńskiej warto do tej książki zajrzeć :). Z tym że, no właśnie, wszystkie inne moje zastrzeżenia pozostają w mocy. A "Rzeczy…" mam i zamierzam się zapoznać, bo po przeczytaniu pierwszego rozdziału zrobiły na mnie dobre wrażenie, ale to ciekawe, co piszesz — przekonam się na własnej skórze i na pewno dam znać :).

  3. Pyziu, ja patrzyłam na to "Alphonse", i patrzyłam, i potrzebowałam chwili, by zabrzęczało. Nie widzi mi się to jakoś kompletnie, no jak Muchę kocham. Wiem, że tu "Stryjeńska" dziś gwiazdą, ale mnie tak na wspominki wziął ten "Alphonse" i znów mnie do 2013 do maja do Pragi do wystawy muszej cofnęło. I Ach(:

    1. O, jak dobrze, że nie jestem w tym sama :). Przy czym rozumiem, że można w ten sposób Muchę zapisywać, bo popularność zdobył we Francji. Ale mimo wszystko trochę mnie to dziwi — ale to kwestia wyboru.

  4. Mam podobny problem z książką. Cytaty naszej bohaterki są tak cudne, mięsiste i jaskrawo kolorowe jak jej obrazy – w końcu zaczęłam żałować, że nie czytam jej osobistych zapisków i mogę je poznać tylko we fragmentach. Szkoda… Mimo wad jednak cieszę się, że autorka zajęła się Stryjeńską, o której nagle (dzięki niej) sobie przypomniano…

    1. Dokładnie — nic, tylko polować na ten pamiętnik :). A o Stryjeńskiej, jak sądzę, nie zapomniano. Przecież i wystawa była całkiem niedawno (prac artystycznych), teraz widzę, że jest i wystawa jej spuścizny rękopiśmiennej, w latach 90. wyszły pamiętniki i opracowanie. Ciągle coś się, na szczęście, dzieje :).

  5. A w Trójce tak zachwalają – zresztą od wczoraj jest to lektura przed południem, a czyta Anna Dymna. Zastanawiałam się nawet czy kupić tę książkę, ale ostudziłaś nieco mój zapał, Pyzo 🙂 Może skoro publikacja cieszy się takim powodzeniem to pojawi się kiedyś w mojej bibliotece miejskiej… Bo po zasłyszanych w radiu fragmentach pisarstwa artystki bardzo chętnie bym się dowiedziała o niej czegoś więcej (niestety wymienione wyżej pamiętniki nie są dostępne u mnie w mieście). Może ktoś się orientuje czy są jakieś inne książki o Stryjeńskiej?

    1. O, muszę zasłyszeć w takim razie, skoro Anna Dymna, to myślę, że te fragmenty z samej Stryjeńskiej muszą brzmieć soczyście :). I dla tych fragmentów książkę polecam — ale dla niej samej nie. Chociaż czuję się teraz dziwnie, skoro tylu osobom ostudziłam zapał. Trochę jak ktoś, kto niszczy choinkę w Święta czy coś ;).

      Na pewno jest publikacja, która nazywa się "Zofia Stryjeńska" pióra Marii Grońskiej, która zrobiła też całą "oprawę" (wstęp, przypisy i tak dalej) wydanych pamiętników artystki, ale to chyba jest takie maleństwo, podejrzewam, że wszystko jest w tych pamiętnikach właśnie. Ale dawajcie znać, jeśli ktoś jeszcze o czymś wie!

  6. To ja polecę "Papuszę" Angeliki Kuźniak. Autorka również dużo cytuje za źródeł, ale są one bardzie różnorodne: poeci, krytycy, rodzina, znajomi cygańskiej poetki…

    1. Na różnorodność źródeł tak bardzo nie narzekam, ile na sam fakt, że książka składa się głównie z cytatów, co wiąże się ze wszystkim tym, co wyszczególniłam w tekście :). "Papuszę" bardzo chciałam przeczytać, ale mój zapał ostygł po lekturze "Stryjeńskiej" ;).

  7. "Papusza" zrobiła na mnie o wiele lepsze wrażenie niż "Stryjeńska". Nie pamiętam już, czy cytatów było mniej, czy też, jak wspomniałam, były bardziej zróżnicowane i brak komentarza odautorskiego aż tak nie raził. Czytając "Stryjeńską" zastanawiałam się: co to, przepisany pamiętnik?

    1. Aaa, rozumiem. Może w takim razie się skuszę, jak mi się "Papusza" rzuci w oczy w bibliotece :). Dobrze wiedzieć w każdym razie :).

      1. Pyzo, jeśli jeszcze (od czasu „Stryjeńskiej”) nie czytałaś „Papuszy”, to ja serdecznie polecam. Najlepszą rekomendacją niech będzie to, że czytałam obie książki i nie skojarzyłam, że to ta sama autorka, a „Papusza” jest o niebo lepsza. Fakt, czasami chciałoby się jeszcze czegoś więcej dowiedzieć, ale całość ma wdzięk, ciekawszą formę i zachęca po sięgnięcie do innych źródeł (również o innych osobach).

        1. Jeszcze wciąż nie miałam faktycznie okazji (rekomendacja brzmi zachęcająco i nadal nie wykluczam, że się skuszę!).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *