Czeska fantastyka albo rozpoznanie terenu

Wpis
powstał dzięki Moreni, która zagadnęła mnie, czy nie mogłabym
napisać czegoś o czeskiej fantastyce. Chociaż przyznam się Wam,
że nie jestem wielką fanką dużej części twórczości, którą
znam, znakomitej części nie znam, a wiele jeszcze przede mną, to
pomyślałam: właściwie czemu nie, jest okazja dowiedzieć się
czegoś więcej, jakąś listę zrobić i tak dalej. A oto poplon
riserczu.

Zacznijmy
od dwóch prostych rzeczy.
Czy może raczej: wcale nie prostych,
ale takich jakby obowiązkowych. Przede wszystkim: tak, mamy
klasycznych autorów, których nazywa się ojcami czeskiej fantastyki
i – a jakże – znajdziemy ich w XIX wieku. Jednym z nich będzie
mój ulubiony Jakub Arbes (pisałam już o nim tutaj), pisarz z absolutnym pechem do polskich przekładów, twórca
opowiadań z wątkami nadnaturalnymi i cudowną ręką do kreślenia
niesamowitych klimatów. Słuchajcie, jeśli lubicie takie klasyczne
opowieści o duchach (ale nie tylko, tak naprawdę takich zwyczajnych
duchów to tam nie ma), piszcie do wydawnictw, niech się ktoś
Arbesem zainteresuje albo namawiajcie znajomych tłumaczy. Ale ja nie
o tym, nieprawdaż. Tak więc: Arbes. Z klasyków, u których
znajdziemy wątki – ba, całe utwory – noszące znamiona
fantastyki, dorzuciłabym nauczyciela Arbesa, Jana Nerudę („Msza
świętowacławska” jest cudownym opowiadaniem, w którym bohater
chowa się na noc w kościele i widzi sporo rzeczy, których się
spodziewał i kilka, których się niezupełnie spodziewał; albo
wampiryczne „Trzy lilie” – akurat z Nerudy są przekłady,
polecam!), Svatopluka Čecha (taka
fantastyka satyryczna, powiedziałabym, z dużym zacięciem
społecznym) i, jak to często bywa, autora pięknych ballad Karla
Jaromíra Erbena
(o jego zbiorze „Kytice” napomknęłam tutaj
– powstał też film, zawierający
na przykład tę cudnie kampową wersję mojej ulubionej ballady; a
tu znajdziecie trailer). 
 Trafia się doskonała okazja, żeby zilustrować wpis zdjęciami Karla Čapka. To zilustruję. 
A gdybym się miała słuchać cytatu („Wyobraźcie sobie tę cieszę, gdyby ludzie odzywali się tylko wtedy, kiedy coś wiedzą”) to pewnie bym tego wpisu nie napisała. Źródło.


Tylko
że, no właśnie:
sami wiecie, jak
jest z szukaniem korzeni fantastyki w tego typu dziełach – można
dojść do wniosku, że pierwszym pisarzem fantastyki był Homer, jak kiedyś trafnie komentowała Gryzipiór i inne tego typu ciekawostki.
Innymi słowy: owszem, znajdziemy wątki, ale żaden z powyższych
autorów pisarzem fantastyki nie był ani by się tak nie określił.
Pokazać palcem w ten sam sposób możemy i
twórcę robotów Karla Čapka (och,
przeczytajcie „R.U.R.”, jest doskonałe!),
ale to znowu nie będzie „to” (chociaż
niektórzy pewnie by chcieli, pytanie, co na to sam Čapek).
A tak na
marginesie: nagroda za najlepszą powieść fantastyczną w Czechach
nosi jego imię, laureatów znajdziecie tutaj
i jest to odpowiednik polskich Zajdli, też przyznają ją fani w
głosowaniu, a statuetka – jakże by inaczej – jest w kształcie
jaszczura z „Inwazji Jaszczurów”. Tak
się też nazywa właśnie: jaszczur (po
prawdzie to mlok jest
płazem, ale trzymam się polskiego tłumaczenia tytułu powieści).
 Zdjęcie z wystawienia „R.U.R.”. Niestety nie wiem, z jakiego. Źródło.


Druga
rzecz to to, że
fantasy w
czeskiej literaturze aż do aksamitnej rewolucji właściwie… nie
ma.
Dziwne, prawda? Ale
trochę tak jest. W XX wieku, zwłaszcza w latach 70. i 80. wydaje
się w Czechosłowacji sporo przekładów rosyjskiej science
fiction
i zaczynają się
pojawiać w dużej ilości autorzy rodzimi (choćby, popularny także
u nas, Ondřej
Neff).
Co prawda tenże Neff (w swoich „Trzech esejach o czeskiej sf”)
wspomina o rzeczach z końca XIX wieku, które można by uznać za
próby pisania czeskiej fantastyki, ale wydaje mi się, że szło tu
bardziej o podkreślenie rozdziału fantasy
i sf
niż o szukanie literackich korzeni fantasy
w Czechach (czy też: pisanej po czesku). Neff bowiem prowadzi nas
przez eseje z tezą, że sf zawsze była odbierana przez
społeczeństwo jako coś wydumanego, obrazburczego, podczas gdy
fantasy wpasowywała
się raczej w Szekspirowskie „wiele jest rzeczy na niebie i
ziemi…” i wzruszenie ramionami tudzież pokiwanie głową nad
dziwnością świata. Czy się z nim zgadzamy, czy nie, to inna
sprawa, w każdym razie: tak pisał.
Jakiś
trop podrzucają nam na stronie czeskiego fandomu fantastyki
autorzy
kalendarium, którzy z rozbrajającą szczerością mówią, że
gdzieś trzeba zacząć, więc zaczną od lat 60., wyliczając
wspomniane przekłady – oprócz autorów radzieckich znajdziemy tu
na przykład, a jakże, Stanisława Lema. Wychodzi też kilka
antologii, w których znajdą się autorzy zachodni. Zostaje
zorganizowany nawet konkurs (w jury – między innymi Josef
Škvorecký,
czyli pisarz z, użyjmy brzydkiego słowa,
mainstreamu).
Zaczyna wzrastać zainteresowanie sf, choć wszystkich pisarzy można
by chyba wtedy bez problemu zgromadzić
w jednym pokoju, niemniej – są. Wszystko
to jednak są
póki co osoby, które piszą, chcą pisać albo lubią science
fiction
,
o fantasy
jakoś
tak głucho. Szczerze mówiąc, na tejże stronie fandomu oficjalnie
zaczyna się o fantasy pisanym
po czesku wspominać dopiero pod sam koniec lat 70. Cały czas są to
jednak powieści z bardzo szerokiego „pomiędzy” między sf a
fantasy,
niektórzy piszą o nich per science
fantasy
:
są to na przykład „Živé meče Ooragu” („Żyjące miecze
Ooragu”) Jaroslava Jirana czy „Na pomezí Eternaalu” („Na
granicy Eternaalu”) Vilmy Kadlečkovej (nagrodzona Mlokiem na
początku lat 90.). Zresztą kiedy sprawdza się je w databazie
czeskiej fantastyki
,
obie są opisane jako sf, więc coś jest na rzeczy (Waszej oddanej
riserczerce nie udało się ich przeczytać póki co, więc opieram
się na zdaniu innych).
 Karel z bratem, Josefem. To on miał tak naprawdę wymyślić słowo „robot”, gwoli ścisłości. Źródło.


Tu
pewnie zapytacie: jak to, naprawdę było tak źle?
Nic
się nawet nie przekładało? No, niechże za przykład posłuży nam
„Władca Pierścieni”. Tłumaczenia dokonała, początkowo na
własny użytek, anglistka Stanislava Pošustová
i
miano je nawet wydać, ale obawiając się cenzury, zrezygnowano z
tego zamiaru. Podobno odpisy na maszynie krążyły wśród fanów,
ale papierowe wydanie książki ukazało się dopiero w 1990 roku.
Także, jak sami widzicie, było trudno. Bo trzeba mieć na uwadze,
że system komunistyczny – wraz z cenzurą, walką z opozycją i
tak dalej – w Czechosłowacji był jednak sroższy
i niełatwo go było ominąć. W dodatku cenzorzy bardzo byli
wyczuleni na wszelkie konotacje religijne, więc naprawdę sprawa
była skomplikowana (a sytuacja jednak od polskiej, mimo wszystko,
odmienna). W
każdym razie – jeszcze tak z klasyków gatunku – w latach 80.
krążyły rozproszone tłumaczenia opowiadań o Conanie (Conan
doczekał się nowych przygód pisanych po czesku od lat 90. do
dzisiaj, tak właściwie). I w sumie, na dobrą sprawę, to tyle.
No
to zacznie się w końcu ta
fantasy
czy
nie zacznie, zapytacie?
Zacznie
się, zacznie i to z przytupem. Otóż niejaki Jiří
W. Procházka, zasłyszawszy
na wykładzie wspomnianego wcześniej Neffa o istnieniu fantasy
i o
wyznacznikach gatunku, siądzie i napisze pierwszą czeską
(przynajmniej oficjalnie pierwszą) powieść fantasy:
„Ken Wood: Meč krále D’Sala”. Ken Wood, amerykański kaskader
(z czeskimi, a jakże, kamieniami) wskutek zbiegu okoliczności
ląduje na obcej planecie, gdzie w dodatku wpada w środek walki
między dwoma królestwami, z czego jednym rządzi bezwzględna
czarownica. A wokoło biegają kapusty. No, początki bywają trudne,
ale „Ken Wood” cieszy się szaloną estymą w Czechach jako
początek gatunku, ba, doczekał się w latach dwutysięcznych
nowego, poprawionego i rozszerzonego przez autora wydania (a
także, wreszcie, głosów krytycznych).
 I jeszcze mistrz z psem. Źródło.


To
teraz może coś bardziej konkretnego,

czy jak się mają rozmaite fantastyczne podgatunki i gatunki u
naszych południowych sąsiadów. Jak już wiecie, nieźle sobie
radzą epigoni Howarda – trudno mi się odnieść do tego, jak
dobrze literacko, bo i sam Conan nadal przede mną. Posttolkienowska
fantasy spod
znaku epickości to w Czechach przede wszystkim Veronika Válková
(pisząca pod męskim pseudonimem Adam Andres) i jej sześciotomowa
„Wetemaa”,
Jana Rečková i jej trylogia „Chast” (to imię głównego
bohatera, rycerza, rzecz jasna), czy powieści Leonarda Medka i
Františki Vrbenskiej. O ile się orientuję, niczego stąd na polski
nie przełożono. Jeśli
chodzi o najpopularniejszych autorów, zdecydowanie króluje Jiří
Kulhánek – sytuacja
na pewno dla nas znajoma, jeśli weźmie się pod uwagę, że jego
specyficznym stylem inspiruje się masa naśladowców. Kojarzycie
„Śmierć zrodzoną w Pradze” Miroslava Žambocha,
który
– przez to, że przetłumaczony i całkiem obficie nawydawany u nas
– jest chyba najczytelniejszym skojarzeniem z fantastyką czeską
dla czytelników w Polsce (inna
sprawa, czy to dobrze)?
No to Žamboch
polemizuje z Kulhánkiem,
ba,
Kulhánek
pojawia
się jako jeden z bohaterów w jego powieściach. A
samego Kulhánka
po polsku znajdziecie w antologii „Zachowuj się jak porządny
trup” (swoją drogą tylko dwie czeskie pisarki się tam znalazły,
mimo tego, że autorek, jeśli by na to spojrzeć, jest bardzo dużo
i to bardzo dobrze piszących i w samych Czechach popularnych; co
zresztą w tym wpisie widać – ba,
tytuł antologii wziął się z opowiadania Jany Rečkovej)
oraz
w kilku współpracach ze wspomnianym Žambochem.
Tu
w ogóle może nadmienię inną rzecz
,
która rzuciła mi się w oczy przy czytaniu czeskiej fantastyki i o
czeskiej fantastyce. To to, że krąg twórców jest dość wąski,
mimo wszystko, i polemiki / odpowiedzi / aluzje w książkach jednych
do drugich to coś zupełnie na porządku dziennym, dużo bardziej,
mimo wszystko, mam wrażenie, niż gdzie indziej. Rzutuje to trochę
na jakość niektórych książek (które są właściwie takimi
rozbudowanymi fanfikami od znajomych dla znajomych – trochę może
jestem niesprawiedliwa, ale jako osoba z zewnątrz jednak śledzę to
z większego dystansu), a czasami sprawia, że spora część zabawy
niezorientowanemu czytelnikowi umyka. Nie
miałabym nic przeciwko jednemu bądź drugiemu, gdyby wszystkie te
książki były bardzo dobre czy chociaż dobre, z tym że jednak
niektóre rażą mnie archaicznymi rozwiązaniami,
monochromatycznością bohaterów i tego typu kwiatkami, nie wziętymi
w cudzysłów. Ale to inna sprawa.
No
dobrze, a co dalej?

Dalej mamy całkiem płodną gałąź czeskiej urban
fantasy
,
ale nie mówcie, że się nie spodziewaliście. Po Arbesie, Brodzie,
Meyrinku, Urbanie i Ajvazie – którzy wszyscy wykorzystywali i
wykorzystują magiczność Pragi i niesamowitość historii i
atmosfery miasta – trudno by było nie stworzyć sobie takiej
gałęzi literatury fantastycznej. Z
autorów warto tu wspomnieć popularnego
Pavla
Renčína („Złoty krzyż”) i
Lucie Lukačovičovą
(piszącą
czasami
z siostrą, Petrą). Nie
powiem Wam nic więcej o ich twórczości, bo choć są na mojej
liście, to na razie wiedzę o nich czerpię z drugiej ręki. O
Lukačovičovej
warto
wspomnieć też ze względu na jej serię „Panowie czasu”,
historycznej fantasy dziejącej
się w Japonii. Z innych fantastów
historycznych warto wspomnieć na przykład o piszącym po czesku
Juraju Červenáku
(tłumaczonym
u nas), czy – siegającym
po tematy z czeskiej historii – Zdenku
Žemličce
i
jego powieści o ziemiach czeskich między Celtami a Słowianami czy
Lenardzie
Medku
piszącym
z Františką Vrbenską „Cień niebieskiego byka” (strasznie to
wszyscy mi od dawna polecają, więc jak się w końcu zaopatrzę,
dam Wam znać – rzecz dzieje się, ponownie, przed epoką Słowian,
ale na, przyszłych,
ziemiach czeskich).
Jak
sami widzicie, notka jest faktycznym rozpoznaniem terenu – trochę
sama chciałam się zorientować, co już wiem, poukładać, czego
nie wiem, doczytać i przedstawić Wam, co też udało mi się
ustalić. No i wypadałoby w końcu zabrać się poważniej za
podczytywanie czeskich autorów fantastyki, skoro część z nich
przynajmniej stoi sobie spokojnie na moich półkach. A póki co,
takie wprowadzenie, dla siebie i dla Was.

14 thoughts on “Czeska fantastyka albo rozpoznanie terenu

    1. Tak, jak wspominam we wpisie, Červenáka zaliczam do czeskiej fantastyki, bo pisze po czesku (chociaż widzę teraz, że niektóre rzeczy pisze i po słowacku). Fandom jest faktycznie w wielu miejscach wspólny, ale też dodałabym, że ten starszy fandom — młodszy się raczej rozgałęzia na część czeską i część słowacką, tak w każdym razie wynika z moich obserwacji :).

  1. Przecudowna notka<3

    Mam wrażenie, że to wzajemne komentowanie się autorów w utworach jest jednak charakterystyczne głownie dla Czechów. Co prawda nasza "Achaja" (tfuzgińprzepadnij) miała być odpowiedzią na Wiedźmina, a i Piekarze zdarzyło się drwić (jest też nawiązanie do Kresa w "Grillbar Galactika" Kossakowskiej, ale to jest w ogóle parada nawiązań, więc), ale Sapkowski nawoływał, żeby złośliwości zostawić sobie na konwenty. Tak więc pisarze fantaści polskiego poletka unikają nawet wyrażania opinii o kolegach po piórze, a co dopiero przetwarzania ich pomysłów. Anglosasi natomiast, mam wrażenie, wolą się zejść i napisać coś razem, tak, żeby wszystkim się podobało, zamiast dyskutować o tym, co im się podoba/nie podoba w już napisanym.

    "A wokoło biegają kapusty."
    Czytałabym!<3

    Skoro mlok jest płazem, to może powinien był w przekładzie zostać traszkiem (bo salamandra ma już dość określoną rolę fantastyczno-mitologiczną i raczej się nie nadaje)?

    A w ogóle to szkoda, że u nas tak mało wydaje się autorów z, było nie było, zbliżonego kręgu kulturowego. Zwłaszcza, że, jak piszesz, czeski fandom działa prężnie i dość produktywny jest. Chciałoby się z tym i owym zapoznać…

    No to teraz czas na notkę o polskiej fantastyce w Czechach.;P

    1. Dziękuję, starałam się :).

      Mnie się z kolei wydaje, że to kwestia małego i jednak stosunkowo dość młodego (w sensie pojawienia się, nie średniej wieku ;)) fandomu. I że to się jeszcze przekształci — bo na przykład takich kooperacji literackich, że autorzy piszą coś wspólnie, jest sporo, chociażby Medek i Vrbenská. Ba, jest nawet taki pisarz fantastyki František Kotleta, który to Kotleta jest pseudonimem, pod którym ukrywa się (albo ukrywają się) inny pisarz, nikt nie wie, jaki — ale mówi się, że się wymieniają różne tuzy czeskiej fantastyki i piszą pod tym pseudonimem. Taki specyficzny teamwork ;). Natomiast na konwencie nigdy nie byłam, więc tu trudno mi powiedzieć, jak to wygląda, ale możliwe, że skoro wszyscy się znają, jest podobnie ;). Ta taka wzajemna intertekstualność (czy jakby to nazwać) jest zwłaszcza widoczna u autorów debiutujących na progu lat 90., u tych młodszych, mam wrażenie, mniej — stąd też ta moja teza o "młodości" fandomu i przez to tych nawiązaniach. Ale czy składna, nie wiem ;).

      No właśnie nie wiem, czemu nikt tego nie przetłumaczył. Tam jest mnóstwo takich perełek ;).

      Powinien, właściwie nie wiem, czemu został jaszczurem. Chyba dlatego, że był rodzaj męski — ale to dość specyficzny powód (ale to tylko moje przypuszczenie, właściwie w tekście też widać bardzo, że chodzi o płazy, nie o gady). Przy czym myślę, że trudno by to było zmienić, tłumaczenie Bułakowskiej się przyjęło i mogłoby być jak ze Szwejkiem, który burzy wszystkich, że jak to, w innych przekładach nie ma "wojaka" ;).

      Szkoda właśnie, szkoda. Ciekawe, czemu tak się dzieje (i czemu akurat tego Žambocha tyle wyszło, to jest rzecz najbardziej mnie chyba zastanawiająca).

      Hm… Mogłabym na pewno napisać o czeskich przekładach wiedźmina :D.

    2. Może być coś na rzeczy z ta młodością. Fakt, że wzajemne złośliwostki i u nas były zdecydowanie częstsze w latach 90-tych. Teraz raczej się ich nie uświadczy. Acz pomysł z wymiennym pseudonimem jest przeuroczy.:)

      Ależ pisz o wiedźminie, uwielbiam teksty o przekładach(jakbyś kiedyś jeszcze miała fantazje napisać o przekładach Wegnera z jego meekhańskim pograniczem, to też będę wdięczna. Choć nie wiem, czy czytałaś już. Jeśli nie, to przeczytaj koniecznie.:))

    3. Właśnie, właśnie, mnie często ta fantastyka jeszcze sprzed kilku lat przywodzi na myśl te polskie prozy z lat 90. No i nauczyłam się, żeby przed zakupami starannie się obczytać, co jest czym, bo inaczej można mieć niezłą zagwozdkę stojąc przed półką w księgarni (a jakie dziwności mi się zdarzało przywozić, kiedy szukałam czeskiej fantasy… ;)).

      Będzie w takim razie :). Co do Wegnera — jeszcze nie czytałam, ale mam na liście, oczywiście ;).

  2. Notka bardzo interesująca. Chcialem się tylko zapytać, bo moja znajomsć czeskiej fantastyki jest mała. Czy nie było tez trochę tak, ze trochę rzeczy mogących być uznanych obecnie za fantasy jakoś powstało jako powieści młodzieżowe/historyczne?

    1. Dziękuję :). Tak, oczywiście, na pewno dałoby się znaleźć tego typu utwory, przy czym sami autorzy często — tak jak w przypadku klasyków — nie określiliby tego jako fantasy (ale to, jak wiadomo, problem powszechny, a nie specyficznie czeski). Inna sprawa, że nic mi teraz nie przychodzi na myśl: jest trochę baśni literackich, ale to jednak nie to samo.

    1. Spróbuj, zwłaszcza polecam tę starszą (Neffy różnego rodzaju :)), bo z tej młodszej, która u nas wyszła, niczego aż tak gorąco nie rekomenduję ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *