Bufet teatralny#1 albo Szekspir, Różewicz, Kleist

Pora
na pierwszą odsłonę nieregularnego cyklu „Bufet teatralny”. W
końcu na każdym blogu musi być jakaś nieregularność, więc żeby
stało się temu zadość, o dramatach będę pisała, no, od czasu
do czasu. Uzbierało się, to piszę. A co!

Na
pierwsze danie

dla
rozgrzania, pobudzenia apetytu i wprawienia w zastanawiający, ale
raczej dobry nastrój

Opowieść
zimowa” Williama Szekspira

W końcu klasyk, a cóż lepszego na
rozgrzewkę niż zaznajomienie się z dziełem, które za człowiekiem
chodziło przez taki szmat czasu? Miałam okazję przeczytać
„Opowieść…” w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego i nie
było to przeżycie tramatyczne. Czyta się płynnie, większych
zgrzytów nie odnotowałam – inna sprawa, jak sprawdziłoby się to
tłumaczenie na scenie, bo tak naprawdę wtedy tekst dramatu jest
poddawany największemu sprawdzianowi. Sama „Opowieść…”
zaś… No cóż, muszę szczerze przyznać, że nie do końca tego
się spodziewałam. Bardzo podoba mi się pomysł eksplorowania
podobnych rozwiązań i tematów w kilku ostatnich sztukach
Szekspira, bo to coś w rodzaju warsztatu samego dramaturga,
„Opowieść…” to nie jest jednak taka klasyczna historia od A
do Z. Rytm się rwie, sceny nagle w siebie przechodzą, deusy ex
machinusy
fruwają w powietrzu, a jak nagle kogoś zje
niedźwiedź, to nie powinniście się dziwić. Piękne są za to
wszystkie nawiązania do Czech jako kraju leżącego nad morzem i nic
nie poradzę, że ta wizja mnie ze wszystkiego uwiodła najbardziej.
 

Na drugie dane

dla pokrycia ewentualnego
rozczarowania, dla radości ze spotkania ze starymi znajomymi i dla
dłuższej chwili zastanowienia
 

Pułapka”
Tadeusza Różewicza

Zagryźmy starszego klasyka –
nowszym. Z „Pułapką” wiąże się dość zabawna historia, a
mianowicie szukając dramatu do podczytania zasięgnęłam rady mego
znacznie bardziej obczytanego w dramatach Domownika, który podsunął
mi „Pułapkę” mówiąc: to jest jak dla ciebie – Różewicz,
Kafka, sama zobacz. Na co oczywiście rozdziawiłam buzię, bo jakże,
przecież całego Różewicza przeczytałam niemalże, wszystkie
poezje, znaczną część dramatów… I nie wpadłam na taki, który
mówi o jednym z moich ukochanych pisarzy? Niemożliwe! A jednak –
zaczynam czytać i nic, pustka, nie przypominam sobie. I tak do
ostatniej sceny, która mi przypomniała, że a jakże, czytałam i
„Pułapkę”. Nie zawadziło jednak w żadnym przypadku sobie tej
sztuki odświeżyć. Kafka jest tutaj zupełnie nie mimozowaty, bywa
denerwujący, jego neurozy wcale nie powodują, że wzdychamy „och,
Franz”, raczej „och, skurczybyku”, do tego zaś dochodzi rzecz
dla Różewicza właściwa. Czyli: gdyby napisał to ktoś inny i
nieco inaczej, dostalibyśmy straszny kicz. A tak dostajemy
arcydzieło. Wkomponowanie w historię Kafki wątku nazizmu to coś,
co dzisiaj nie dziwi, ale sami zobaczcie, jak to jest zrobione.
Rozbijanie czwartej ściany, świetne szkice bohaterów, a do tego
finałowa scena jest groteskowa w taki sposób, w jaki być powinna:
można się śmiać z absurdów i płakać z ich powodu naraz. Doskonała rzecz.

 I przerywnik wizualny dla odetchnięcia, plakat niemieckiego teatru lalkowego z początku XX wieku.
 

Na deser

dla posmakowania czegoś nowego,
nieznanego, świeżego i dla postawienia sobie kilku pytań na
przyszłość

O
teatrze marionetek” Heinricha von Kleista

To co prawda nie jest dramat, ale
ponieważ ten króciutki tekst jest uważany za jeden z
najważniejszych w historii teatru, postanowiłam go też zaserwować w
bufecie. Kleist daje nam naprawdę zaledwie kilkustronicowe
opowiadanie, o tym jak pewien pan – zgodnie z manierą epoki
oznaczony jedynie inicjałem – spotyka się z innym panem w pewnym
mieście. Obaj panowie zaczynają wymieniać się uwagami: jak to
możliwe, że lalki w teatrze ruszają się w taki płynny sposób,
jak lalkarz potrafi dać nam złudzenie prawdziwego ruchu, czy myśli
o tym, żeby lalka wyglądała naturalnie, czy raczej rozbiera każdy
ruch na części pierwsze i myśli o nim osobno? Po czym obaj
opowiadają sobie dwie historie. Pierwsza jest o pewnym młodzieńcu,
który zauważa, że bardzo mu blisko do klasycznego posągu. Druga o
pewnym niedźwiedziu, który staje do pojedynku szermierczego z
doskonałym fechmistrzem. I wygrywa. Obie te opowiastki traktowane są
właśnie jako komentarz do natury teatru: są takie momenty, w
których udaje się uchwycić coś tajemniczego, dotąd nieuchwytnego
– ale nie da się tego powtórzyć. Próby powtórzenia nie oddają
tej emocji, która towarzyszy temu za pierwszym razem. Teatr jest
więc paradoksalny z natury: polega przecież na nieustannych
powtórzeniach, a Kleist pyta, jak w takim razie znaleźć wyjście z
tej sytuacji? To też historia o przewadze instynktu i naturalności
nad techniką; nawet najlepsza technika nie jest w stanie zastąpić
instynktownego „bycia” w sztuce (to tak a propos tego
niedźwiedzia). Całość zaś bardzo mocno kojarzyła mi się z
atmosferą takiej dobrej fantastyki, kiedy niby fasada jest dobrze
znana, ale pod nią czai się coś, czego się trochę boimy, a
trochę jesteśmy ciekawi. Kilka stron, a ile radości.

Comments

  1. Miłka Kołakowska

    Z miłą chęcią zobaczyłam te dramaty na deskach teatru, odpowiednia obsada i sceneria mogą wzbogacić interpretację o nowe pomysły. Z Twojego trzydaniowego obiadu, najchętniej „zjadłabym” deser i przy okazji poznam co nieco pana Heinricha von Kleista. Pozdrawiam 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      Na pewno :). Zamysł miałam taki, żeby obcować z samym tekstem, żeby sobie odkurzyć sam zamysł czytania większej liczby dramatów :). A co do Kleista, to jak pisałam: to akurat nie jest dramat, ale o dramatach Kleista też na pewno napiszę, bo już kilka mam na oku i wyglądają smacznie ;).

  2. Mirya 91

    "Opowieść zimową" czytałam dawno temu i bardzo chętnie odświeżyłabym ją sobie. Tak naprawdę to miałam pewien "etap" na czytanie Szekspira i pochłonęłam mnóstwo jego dramatów, z czego teraz niewiele pamiętam. Koniecznie muszę się uzbroić w jakiś zbiór jego dzieł, który mogłabym postawić na półce.
    A co do Różewicza to czytałam niewiele, tylko te najpopularniejsze, z "Kartoteką" na czele, ale na pewno chętnie sięgnę po inne jego książki.
    Co do deseru to zawsze idealne dopełnienie dań głównych 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      A okazja idealna, skoro Rok Szekspirowski :). W razie czego polecam, jest taka aplikacja "Shakespear Pro" (jeśli nie mylę nazwy), daje dostęp do wszystkich dzieł barda w oryginale. Taka pozwalająca porównywać przekłady w ogóle byłaby super :).

      To polecam, jestem wielką fanką Różewicza i to i jako poety, i jako dramaturga, i jako prozaika. W sumie rzadko się zdarza, żeby autor był tak dobry we wszystkim, czego się tknie.

  3. Agnieszka Koksanowicz

    Szukam właśnie jakiegoś dramatu do przeczytania, żeby odhaczyć kolejną pozycję mojego wyzwania czytelniczego na ten rok i chyba zdecyduję się na "Pułapkę". Narobiłaś mi na nią smaka 🙂

    1. Post
      Author
    1. Post
      Author
      admin

      Anna Cetera, która przygotowała posłowie do wydania "Zimowej opowieści", którą czytałam, pisze, że jest takie prawdopodobieństwo. Podobno pierwszy tłumacz tej sztuki, Gustaw Ehrenbeg, poprzedził przekład obszernym wstępem, gdzie wskazywał, że rzecz mogła być inspirowana księciem mazowieckim, a nawet że Floryzel to Zygmunt August ;). Później pisał też o tym Kraszewski, ale był raczej sceptyczny. Cetera w ogóle pisze, że to taki "zabytek recepcji", ta koncepcja o "polskości" "Zimowej opowieści" :). Ale sam trop ciekawy ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.