W przewozach regionalnych albo o „Telefonach do przyjaciela” A. Łaciny

Kiedyś przypadkiem
wpadły mi w ręce „Kradzione róże” Anny Łaciny, które okazały
się być bardzo przyjemną alternatywą dla niezbyt dobrze się już
(mnie, w każdym razie) dobrze czytającej Jeżycjady i generalnie
były taką spokojną lekturą na wieczór: ani przesłodzoną, ani
przesadnie udramatyzowaną. Sięgnęłam potem po poprzednią powieść
autorki, „Czynnik miłości”, który aż tak mnie nie zachwycił,
niemniej miałam szczerą chęć kontynuowania przygody z bardzo
ładnie wydawaną przez Naszą Księgarnię serią (przypominającą mi szatą graficzną gry planszowe Granny), ale… Kolejnych
części nie było w bibliotece. Nie stoi więc za tak długą
przerwą żadne zniechęcenie z mojej strony – bo oto przypadkiem,
ponownie, przechodząc obok pisarzy na „Ł” podczas wizyty w
bibliotece odkryłam, że oto i kolejne części!

O czym to w ogóle
jest?
Słuchajcie, to jest
powieść dziejąca się w czasie wakacji i wczesną jesienią –
jeśli tak jak ja tęsknicie do dłuższych dni, słońca i innych
tego typu przyjemności, może też złapiecie się na tym, że
czytając wzdychacie „na szczęście niedługo lato!”. No, ale do
rzeczy: dwie siostry spędzają lato u dziadków w Iławie. Babcia,
emerytowana nauczycielka wuefu, funduje im co rano pobudkę z
gimnastyką, dziadek, emerytowany kolejarz i zapalony wodniak, wywozi
na Jeziorak swoją starą-nową łódką. Siostry zaś próbują
prowadzić własne życie: Marzena właśnie dostała się na studia,
gra w koszykówkę, wybiera się na festiwal filmowy do Kazimierza i
zastanawia, dlaczego zapatrzony w nią Jasiek jakoś nie do końca
jej odpowiada. Młodsza Ania jest niepewną siebie, czującą się
ciągle jak piąte koło u wozu szachistką po dotkliwym zawodzie
miłosnym ze strony klasowego kolegi. Tak naprawdę to chciałaby
spędzić lato siedząc w ogródku koło krzaków agrestu i czytając
książki. O, tak można by to opisać – ale jest w fabule kilka
twistów, których opisywała nie będę, żeby nie psuć
przyjemności z czytania, bo to akurat tutaj istotne kwestie (ale
gdybyście chcieli przegadać wrażenia w komentarzach, niechaj się
zaczną spoilery!).

 A poza tym podoba mi się i to, że mogę ten wpis zilustrować tak, jakbym pisała o 
Panu Samochodziku. Żaglówka na Jezioraku, no sami powiedźcie. Zdj. Marcin_n, źródło.

Dlaczego się
dobrze czyta?
Bohaterowie są
naprawdę dobrze skonstruowani. Nie obyło się może bez jakichś
drobnych uproszczeń, ale to, co najbardziej mi się w
„Telefonach…” podoba, to ta konstrukcja: nie ma żadnych
czarno-białych bohaterów. Dziadek może być przekochany, ale
wszyscy się trochę boją jego wybuchowego charakteru. Rodzina może
być nie wiem jak kochająca, ale to niekoniecznie ustrzeże któregoś
z jej członków od zwątpienia, że kurczę, ja to jestem jakiś
taki… Otwartość wcale nie powoduje, że wszyscy
sobie wszystko mówią, a poświęcanie
się dla dobra innych nie czyni z człowieka biednej, zamkniętej w
czterech ścianach istoty. Owszem,
są u Łaciny „czarne charaktery”, ale nawet one są takie
bardziej przybrudzone, niż faktycznie czarne – nawet demoniczny
neurochirurg, który wydawał mi się zupełnie przerysowany (wiecie:
do tego stopnia, że nie dość, że robi coś źle, to jeszcze i to,
i tamto, i zapewne kopie małe pieski, idąc ulicą) dostaje na
koniec szansę, żeby pokazać się z bardziej ludzkiej strony. I ja
to kupuję, chociaż czasami wiem, że coś jest bardziej napisane
dla polepszenia samopoczucia czytelnika, niż urealistycznienia
opowieści. Ale czy to źle? Chyba nie, po takie książki chce się
przecież czasem sięgnąć.
Poza
tym: dialogi.
Bardzo lubię dialogi w „Telefonach…”, bo dawno
nie czytałam prozy, w której każde pokolenie miałoby nie dość,
że coś do powiedzenia, to jeszcze brzmiałoby to naturalnie. Nie ma
silenia się na jakiś „język młodzieżowy”, a dziadkowie nie
wtrącają tu i ówdzie „aliści”, żeby pokazać, że są przed
siedemdziesiątką. W dodatku autorka ładnie wykręca się od
stereotypowych przedstawień, co dotyczy zwłaszcza postaci
kobiecych: łatwo by im było utknąć w szufladach „babcia”,
„matka z dzieckiem”, „ta mądrzejsza”,
„dziewczyna-sportowiec”, ale tak się nie dzieje. W sumie przez
bardzo przemyślane „połamanie” charakterów – i to jest coś,
co sprawia, że „Telefony…” czyta się bardzo przyjemnie.

 Zdj. Marcin_n, źródło. Ach, jezioro. Gdzie jesteś, lato?
Jakieś zgrzyty?
No pewnie, w końcu niewiele
jest książek idealnych. A poza tym jestem marudą. Patrząc po
przeczytaniu całości wybaczam tego demonicznego neurochirurga, bo
jak powiedziałam, ta jego „czarnocharakterność” zostaje
przełamana. Nie do końca, przyznaję, rozumiem sposób rozegrania
akcji: bohaterowie ciągle do siebie jeżdżą pociągami, bo całość
rozgrywa się między Iławą, Ciechocinkiem, Inowrocławiem i
Gnieznem. Ja wiem, że to nie jest daleko, ale miałam przez to
wrażenie lekkiego chaosu, czegoś na zasadzie nie wprowadzenia mało
eksploatowanego u nas regionu do literatury, ale uczynienia
z tej przestrzeni jednego, dużego miasta. Ale to drobnostka. Drugą
sprawą, która mnie zdziwiła, było włożenie jednej z bohaterek w
usta sformułowania w rodzaju „a ty wierzysz w prawo w tym kraju?”,
podczas gdy akcja toczy się w 2010 roku, a nie w połowie lat 90.,
gdzie wszystko było mniej lub bardziej płynne, ale zrzućmy to na
karb młodzieńczego sceptycyzmu bohaterki (choć z innymi poglądami
tego typu się ona wcześniej ani później nie zdradza).
I
więcej narzekała nie będę, bo generalnie, co będę kryć,
podobało mi się. Jeśli jesteście zmęczeni czytanymi sagami
młodzieżowo-rodzinnymi, to skuście się na którąś z powieści
Anny Łaciny. A ja sobie w międzyczasie będę doczytywała dalsze.
No i z radością posłucham Waszego zdania o nich, ale to wiecie
sami.

12 thoughts on “W przewozach regionalnych albo o „Telefonach do przyjaciela” A. Łaciny

    1. Sama zetknęłam się z jej książkami przez przypadek, więc trudno mi powiedzieć, wydaje mi się, że seria nie ma jakiejś bardzo intensywnej reklamy (albo ma, ale gdzieś, gdzie się na nią nie napotykam). W każdym razie warto się zapoznać :).

  1. W swoim czasie zachwycilam sie okladka i notka w necie, a potem zapomnialam zupelnie. Nie chcialam kupowac ebooka ze wzgledu na okladke wlasnie (Jestem plytka estetka i zwracam uwage, jak ktos ladnie wyda to moge miec nawet jedno i drugie, bo tak). Ale jeszcze dlugo do mojej wizyty w Polsce wiec moze jakies wydanie elektroniczne jednak zlapie… Chce lata i wczesnej jesieni…

    1. Z chęcią bym pożyczyła, ale egzemplarz niestety biblioteczny. W każdym razie skuś się przy jakiejś okazji (tak jak pisałam, "Czynnik miłości" podobał mi się, ale bez szału, natomiast i "Kradzione róże", i "Telefony…" czyta się naprawdę dobrze; mają swoje wady, wiadomo, ale warto poznać, kiedy się ma ochotę na taką lekturę). A tak w ogóle to w pragnieniu lata się z Tobą łączę, tak generalnie :).

  2. Naprawdę ten neurochirurg taki demoniczny? Nie patrzysz czasem na niego oczami syna i przez pryzmat spojrzenia jego matki? To znaczy być może rzeczywiście w drodze do pracy kopie małe pieski, a wracając z powrotem – małe kotki, to prawda, że skacze z kwiatka na kwiatek, nawet miałby ochotę odbić synowi dziewczynę, ot tak, dla sportu, ale przecież syna uznał, jakiś tam szczątkowy kontakt utrzymuje i alimenty płaci (a matka raczej nie wiatropylna. Skoro potem urodziła jeszcze córkę, a o mężu/ojczymie jakoś ani słowa – syn nosi nazwisko panieńskie matki, to może ogólnie kobieta ma skłonność do demonicznych facetów z nadmiarem męstwa i "od tego męstwa ma już dwa malęstwa"?) Owszem trudno pochwalać jego zachowanie, ale to my mamy ogląd całości, on postąpił w zgodzie ze swoimi przekonaniami, a uważa się (i jest uważany) za świetnego fachowca. Na swój sposób stara się być uczciwy, a jego bezwzględność nie jest podyktowana złośliwością ani podłością.

    1. Nie, wiesz, mnie chodzi bardziej o nagromadzenie wszystkich tych czynników: nie dość, że zgodnie z tym, co wiemy od Qby ojciec nie ma z nim najlepszego kontaktu (matki Qba nie lubi, co jest dość wyraźne, ale nie osądzałabym jej tak srogo, w końcu o to też w tej książce chodzi: o nie osądzanie, mam wrażenie, a ona chyba też nie jest najszczęśliwszą bohaterką), zmienia kobiety jak rękawiczki (relacje o jego licznych kochankach), to jeszcze okazuje się krwiożerczym lekarzem, namawiającym do aborcji po dwóch zdaniach. To nagromadzenie efektów sprawiło, że nazwałam go "demonicznym", ale też zaznaczyłam, że dostaje swoje przełamanie w tej rozmowie z synem na sam koniec i to dobrze, bo sama postać wraca wtedy do równowagi :).

    2. A nie wydaje Ci się, że on udzielając rad Qbie i jego dziewczynie NAPRAWDĘ był zatroskany o ich dobro?
      (i na swój sposób próbował pomóc)

    3. Myślę, że — ostatecznie — tak, ale sama scena była napisana w taki sposób, że oto mamy ojca marnotrawnego, teoretycznie świetnego specjalistę, który nie chce oglądać żadnych wyników badań, niczego, tylko po dwóch słowach od razu mówi: usunąć, co się będziecie męczyć. Dość to było karykaturalne jednak.

    4. Nie jego działka 🙂
      Jeszcze jedno mnie intryguje – te przewozy regionalne :). Jak inaczej oni mogliby się ze sobą spotykać, skoro tylko jedna osoba z całej grupy jest zmotoryzowana?

    5. No właśnie tym bardziej, że nie jego działka, a on od razu z taką receptą. Dla mnie to było zagranie "zobaczcie, jaki demoniczny!" ;). A co do przewozów: jasne, po prostu w pewnym momencie miałam wrażenie, że ta Wielkopolska i Kujawy to coś w rodzaju wielkiego miasta, po którym poruszają się bohaterowie (tak jak pisałam we wpisie). Ale to taka marginalna uwaga ;).

    6. Nadal nie rozumiem, o co chodzi z tym "wielkim miastem" przecież dzisiejszy świat to wręcz globalna wioska – nie potrafię wyłapać, co konkretnie Ci zgrzyta – Twoim zdaniem ludzie tak nie jeżdżą, nawet w wakacje, czy że nie jeżdżą pociągami tylko… no właśnie – czym? Stopem? – to chyba skończyło się lata temu wraz z "Podróżą za jeden uśmiech". "Na łebka"? – niebezpieczne i praktykowane raczej przez mieszkańców małych miejscowości. Blabla car?
      A może problem polega jeszcze na czymś innym? (Na tym, że to jednak nie tak blisko i "normalnym" ludziom by się nie chciało? Że kontakty międzyludzkie face to face zdechły i ludzie spotykają się tylko w wirtualu?)
      Czuję się zaintrygowana.

    7. Nawet nie (bo przecież oni tylko częściowo są "miejscowi", dziewczyny są z Gniezna, rezydują u dziadków w Iławie, Krzysiek w Ciechocinku jest w roli kuracjusza, więc "u siebie" jest najczęściej Jasiek w Inowrocławiu, więc te zasady "e, za daleko, nie jadę" tutaj ulegają częściowemu zawieszeniu: raz przez to, a raz też przez aurę wakacyjną). Bardziej chodzi mi o to, że zatraca się tutaj trochę odrębność tych miejscowości — nie wiem jak Ty, ale ja z pewnym zaskoczeniem przyjmowałam, że o, teraz są w Gnieźnie, o, a teraz Ciechocinek, zaraz, zaraz, czy właśnie przyjechali do Inowrocławia? Czułam się jakby jeździli metrem po Warszawie bardziej niż przez dwa województwa w tę i z powrotem ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *