List do bohatera albo o „Poczmistrzu Znamínko” B. Říhy

Szanowny Panie
Poczmistrzu,
przyznaję szczerze:
nie kupiłam tej książki skuszona ceną (chociaż była okazyjna),
okładką (chociaż obwoluta jest niczego sobie), ani nazwiskiem
autora (choć jego powieści dla dzieci nie powiem, zasadniczo
lubię). Kupiłam i – co więcej – przeczytałam, bo po prostu
mam sentyment do powieści jakoś związanych z pocztą. Winię
Pratchetta. Ale, panie poczmistrzu, nie polubiliśmy się. Dlaczego?
Już mówię, panie poczmistrzu, nie będę tego chowała dla siebie.

 (Znaczek nie z tej epoki zupełnie, ale pan wybaczy, 
wszak to pierwszy czechosłowacki znaczek w ogóle, 
a do tego projektu Alfonsa Muchy.)  
Przede wszystkim, co
tu dużo kryć: jest nudno. Przypomina całość socrealistyczną
powieść, która ma równocześnie jakoś przypominać powieści Ladislava Fuksa. Ot,
kolektyw czy jednostka, praca umysłowa czy fizyczna, bycie częścią
wsi czy bycie na pozycji wyższej niż inni. Ale gdybyż to jeszcze
było zakomponowane w całość – dałoby się znieść.
Wspominałam przecież kiedyś, ale nie wiem, czy i pan to wie, panie
poczmistrzu, że naprawdę lubię czasem przeczytać powieść
socrealistyczną. Więc to nie o to chodzi, w końcu wiem, na co się
piszę. Ale tutaj te wstawki są doklejone, nagle zaczyna się
górnolotną frazą przekonywać czytelnika, że jest tak albo tak,
albo jeszcze inaczej. Aż chce się utożsamić z nieszczęśliwym
listonoszem Klimą, który mówi, siedząc pijany w rowie:
„Ciągle czekam,
aż się coś stanie… Coś wielkiego i wyjątkowego… Ale nic się
nie dzieje…”
(cytaty w moim
tłumaczeniu z wydania Československý spisovatel
1988, s. 67)
I ja też tak
czekałam, czy się coś będzie działo. Bo pozornie, o, pozornie
działo się mnóstwo rzeczy: zmarła przecież matka pana
poczmistrza, pan pojechał do Pragi szukać ojca, potem do wsi
dzieciństwa sprawdzić, czy ukochana po czternastu latach nadal
czeka, chciał pan przygarnąć syna listonoszki, nawet pobił się
pan z mężem urzędniczki, przysłanej z Pragi. Ale to są zdarzenia
pozorne. Bo przypominają raczej próby ubogacenia akcji, w której
niewiele się dzieje, bo niewiele stać się może, kiedy jest to tak
zakrojona akcja. Bo przecież widać, że autor chciałby się
zagłębić w psychikę bohatera, który czuje się lepszy od innych,
ale wypełniają go równocześnie zwalczające się nawzajem
kompleksy niższości: a to że jest sierotą, a to że nie jest
wystarczająco męski, a to że nie ma dzieci – a to przecież tylko
kawałek z tego, na co pan, panie poczmistrzu, narzeka (bo tak, o panu przecież mowa).
No to czy w ogóle
coś mi się podobało, zapyta pan? Nie powiem, był taki moment,
kiedy myślałam, że się nawet polubimy: kiedy wspomniany listonosz
Klima został wyrzucony z pracy, a zamiast niego zaczęła roznosić
listy żona. Ach, pani Klimowa to jest wreszcie bohaterka z krwi i
kości (wiem, wiem, nie przepadał pan za nią, co zrobić, kiedy
czytelnika ona może ująć znacznie bardziej niż pańskie
narzekania na świat, kobiety, księdza, który przychodzi pooglądać
do pana telewizję i na to, że kocha się w panu Milada, a pan jej
nie chce; zresztą czytelnikowi trudno się zorientować, czemu
właściwie). I aż chce się wtedy powtórzyć za inspektorem
pocztowym:
„Tyle się u Was
dzieje […]. Zapis w księdze skarg i zażaleń, afera z
listonoszem…”
(s. 68)
Ale właśnie –
jak mówiłam, zabrałam się za lekturę książki zatytułowanej
pana nazwiskiem z powodu, ni mniej ni więcej, tej poczty właśnie.
A ona jest pusta! Nie, że nikt na niej nie bywa – bywa, przecież
pamiętam, jak młynarz niechcący wstąpić do kolektywu ciągle
nadaje na niej paczki, a ten podejrzany Zajíc
spod lasu odbiera emeryturę za dziadka.
Nie, nie, chodzi mi o sposób, w jaki to jest napisane: jakby byli w
danej scenie tylko ci, którzy akurat mają linijkę dialogu. Nawet
nie jest jak w teatrze, kiedy na scenie oświetla się tę osobę,
która mówi swój monolog. Wtedy widać przynajmniej, że tam w
cieniu przy stole siedzi król, a pod drzwiami wartuje halabardnik.
Tutaj niestety jest przeraźliwie pusto – nawet kiedy są żniwa i
teoretycznie całe pole jest pełne ludzi. Bo że poczta pustawa, no dobrze, ale pole pełne ludzi pustawe?
Przyznaję
więc: rozczarowały mnie pana dzieje, panie poczmistrzu. Szkoda mi
oczywiście zakończenia, ale mimo wszystko miałam wrażenie dość
kuriozalnej przygody czytelniczej i jestem rozczarowana. Ale
przeczytałam, choć w ¼ miałam potężny
kryzys – uratowała mnie długa podróż, podczas którejś coś
jednak trzeba było czytać, a pana losy, panie poczmistrzu, miałam
w torbie. No i cóż, książka wydana została w 1964 po raz
pierwszy, ale że ten akurat egzemplarz pochodzi z roku mojego
urodzenia – niechże go sobie odznaczę. Jako kolejną część
remanentu z zeszłego roku jeszcze, wszak kończyłam czytanie
pańskich przygód pod koniec grudnia.
Kreślę
się z poważaniem,
Pyza
PS Dla porządku, oczywiście:

4 Replies to “List do bohatera albo o „Poczmistrzu Znamínko” B. Říhy”

  1. Ach, poczta! Mnie się kojarzy z dziadkiem – był kiedyś kierownikiem kilku oddziałów pocztowych i wciąż jest zapalonym filatelistą z ogromną kolekcją (ale znaczki przed zapłonem chroni skrupulatnie). Ten znaczek zaprojektowany przez mojego ukochanego Muchę jest genialny, z resztą jak wszystko spod jego ręki. Nie powiem, bym po tę książkę planowała sięgnąć, a po Twojej recenzji tym bardziej zrezygnuję, ale dziękuję za przyjemną lekturę :).

    1. Książki nie polecam jakoś gorąco (przyznaję, że nie sprawdzałam, czy jest polski przekład — dużo cieplej rekomenduję książki Říhy dla dzieci, gdybyś chciała wypróbować autora i jestem prawie pewna, że po polsku też jakieś są :)). No właśnie też skusiłam się na lekturę przez sentyment do poczty — nie rodzinny, co prawda, ale taki ogólny, i — nazwijmy go tak — powieściowy :).

  2. Och, rany – nie ma nic gorszego, niż trafić na powieść, w którą człowiek w ogóle nie potrafi się wczuć. Ani go losy bohaterów nie interesują, ani fabuła za serce nie rwie, ani sobie tego nawet porządnie wyobrazić nie można, bo wszystko się rozłazi na szwach. Podziwiam za wytrwałość i zawzięcie (się) 🙂

    1. Dokładnie tak — tutaj jeszcze był bardzo ciekawy wątek listonoszki, chociaż dla autora chyba mniej ciekawy, bo potraktowany dość po macoszemu ;). A zawzięcie się nie było aż takim poświęceniem, bo powieść jest relatywnie krótka (inaczej pewnie bym się jednak odwzięła ;)).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.