10 mantr, które pomagają przetrwać schematyczną lekturę albo czary-mary

Wiem, wiem,
obiecałam wpis problematyczny, ale ponieważ się jeszcze nie
napisał, to w międzyczasie (tak zwanym) pomyślałam, że przekuję
wreszcie na tekst dawny pomysł o tym, jakie słowa mruczane pod
nosem pozwalają doczytać książkę do końca bez rzucania nią o
ścianę / wysyłania wyjców do wydawnictwa / wyrywania włosów z
głowy. Bo że każdemu się pewnie taka lektura zdarzyła, a
doczytać z sobie znanych powodów chciał, mogę założyć.

Jeszcze tylko x
stron…
Nie wiem, czy
należycie do tego rodzaju czytelników, których motywuje do
dalszego czytania to, ile już za Wami, a ile przed Wami, ale jeśli
tak, to taka mantra powinna się sprawdzić. Wyobraźcie sobie taką
sytuację (albo może: przypomnijcie) – dobrnęliście jakoś do
setnej strony, całość ma, dajmy na to, dwieście. I myśl: jeszcze
tylko sto stron… Tylko sto… O, a teraz dziewięćdziesiąt
dziewięć… I tak jakoś nagle liczba wynosi zero, a Wy
wytrwaliście. Inna sprawa, czy się opłacało. Ale tak czy siak:
przeczytaliście.

Nie, to
niemożliwe, żeby ten bohater…
O,
jakże często przy dziwnych, niezrozumiałych albo pachnących
potwornym banałem rozwiązaniach fabularnych myślimy sobie coś w
tym rodzaju. I czasami się sprawdza: bohater faktycznie nie zrobi
tego, o co możemy go podejrzewać. Ale czasami pocieszamy się tak,
pocieszamy, a tu na ostatniej stronie jednak bohater to robi. Ale,
ponownie: może i zrobił, ale przetrwaliśmy, książka i nasza
fryzura cała.

Zawsze mogłoby
być tak, że…
Wariant mantry
powyższej. Oto powieść może nie jest najlepsza, ale przynajmniej
nie ma w niej [tu wstawiacie scenę, która Was drażni albo taką
wyczytaną w Najgorszej
Powieści Jaką Czytaliście]. Zawsze istnieje możliwość, że
Scena jednak się pojawi. Ale może nie. To utrzymuje Was w
przekonaniu, że tak źle jak w [nazwa Najgorszej Powieści Jaką
Czytaliście] jednak nie jest, znaczy – da się czytać.

Przynajmniej nie
ma…
Kolejny wariant tego, co
wyżej, ale dużo szerszy. Może koncentrować się na „przynajmniej
nie ma bohatera, który…”, „przynajmniej nie ma wątku takiego
jak w…” lub po prostu – pozwalając nam cieszyć się małymi
osiągnięciami – „przynajmniej nie ma na okładce…”,
„przynajmniej nie ma mikroskopijnego druku” i tak dalej.

W powieści X
było gorzej…
Tu już
zupełnie otwarcie wybieramy sobie punkt odniesienia i pocieszamy się
po Schopenhauerowsku, że przecież mogłoby – ba! było kiedyś! –
gorzej. Im bardziej wybujały obiekt do porównania wybierzemy, tym
bardziej możemy nabrać przekonania, że wytrwanie przy czytaniu Tej
Książki wcale nie jest takim wielkim osiągnięciem. W końcu „w
powieści X było gorzej…”.

Ale podobno
rozkręca się na…
Sięgnęliśmy
po książkę skuszeni pozytywnymi recenzjami / opiniami znajomych /
listem od tajemniczego nadawcy dołączonym do książki, którą
znaleźliśmy na wycieraczce. Wiemy, że od sceny pożaru / porwania
Puszka
/ karmienia gołębi w parku będzie coraz lepiej, teraz musimy
dotrwać do sceny pożaru / porwania Puszka
/ karmienia gołębi w parku. W związku z tym powtarzamy sobie, że
byle do tej sceny, byle by do tej sceny, poddać się wcześniej
znaczy nie dać autorowi szansy. No to czytamy.

Jeśli zostawię,
to drugi tom…
Wersja dla
tych, którzy upatrzyli sobie któryś z kolei tom serii, ale chcą
czytać po kolei. W związku z tym zaczęli od tomu pierwszego, a tom
pierwszy to jest właśnie Ta Książka, której bez odpowiedniej
mantry przetrwać nie dadzą rady. Dobrze jest wtedy sobie powtarzać,
że przecież tom drugi ma być lepszy. Albo po prostu dać sobie
spokój i – rozwiązanie
prostsze – zacząć czytać
ten tom drugi.

Inaczej trudno mi
będzie powiedzieć, że…
To
z kolei do powtarzania wtedy, kiedy już wiemy, że z książką jest
coś nie tak (w wersji zaawansowanej: bardzo nie tak) i czytamy
głównie dlatego, że chcemy
w pełni uprawnionym głosem powiedzieć, że jest nie tak. Bo jak
nie doczytamy, to głupio będzie.

Tyle czekałam,
więc…
Wyczekiwaliśmy tej
powieści od dnia premiery, ba, przedpremiery, ba, na pierwszą
wiadomość, że autor zasiadł do pisania piszczeliśmy z radości.
A tu okazuje się, że książka, no, oględnie mówiąc, słaba. Ale
duma i zawiedziona nadzieja (oraz, zakładając, że bardzo
chcieliśmy tę książkę mieć, także wydane na
nią pieniądze) trzymają
nas przy postanowieniu dalszej lektury. A wtedy mantra jak znalazł.

Ale zakończenie
na pewno…
To moja mantra,
zdecydowanie. Czytamy, czytamy, jest bardziej niż średnio, i
dochodzimy do wniosku, że o, to jest ten moment, kiedy odkładamy
książkę i żyjemy dalej. Ale wtedy pojawia się myśl „ale co,
jeśli zakończenie zupełnie odwraca kota ogonem, zmienia wymowę
powieści i jest świetne?”. A kiedy taka myśl na dłużej u nas
zagości, to powtarzając mantrę doczytujemy do końca. W większości
wypadków kończy się rozczarowaniem, ale zawsze jest ta jedna
perełka, która wynagradza poniesione trudy.

Wpis
jest oczywiście żartobliwy, bo wiecie – jeśli się nie chce,
można po prostu przerwać czytanie i już. Ale jeśli się z jakichś
powodów nie chce? Na
pewno macie takie powtarzajki, pomagające dotrwać do końca. Któraś
z Waszych znalazła się we wpisie? A może macie jeszcze jakieś
inne?

Comments

    1. Post
      Author
      admin

      Ale to na użytek ekstremalny, w towarzystwie obcym się raczej chyba nie da zużytkować ;). Ale myślę, że jest na pewno efektywna ;).

    2. Post
      Author
  1. aHa

    Ja w trakcie każdej nudnej lektury na studiach obiecywałam sobie: "Jak skończę, to przeczytam…" – zazwyczaj Pratchetta 😉

    1. Post
      Author
      admin

      Och, znam to. Czasem mi się zdarza i teraz, kiedy wpadam w nastrój do snucia planów, czytając coś, co jednak chcę skończyć ;).

  2. Karolina Sosnowska

    Ooo, zdecydowanie mantra ostatnia! Bo co, jak zakończenie będzie tak genialne, że zmieni mój pogląd na całość? Ale że to się niestety zdarza raz na sto przypadków, ostatnio coraz częściej porzucam książki, gdy się nimi męczę. No, chyba że czytam na prowadzone przeze mnie DKK, wtedy poczucie obowiązku zwycięża.

    I w takim wypadku pomaga mantra nr 1 🙂 No i, podobnie jak Zacofany, mam też mantry niecenzuralne 😀

    1. Post
      Author
      admin

      Tak, jak to powiedział mój Domownik: mantra ostatnia jest wielkim samooszustwem, ale trudno się wyzwolić spod jej uroku. A mnie się zdarzały takie książki, które faktycznie miały zakończenia idealne, cudowne i sprawiające, że całość nabierała blasku. No ale co zrobić ;).

  3. Przelotna

    Czasem pomaga wypisywanie sobie idiotyzmów w notatniku z mściwą satysfakcją, że się to potem wstawi na przykład na "Lubimy czytać".
    Ale coraz częściej pozwalam sobie na niedoczytanie pewnych książek. Muszę jednak mieć uzasadniony powód, który na to pozwoli.
    Najczęstsze mantry: "Jeśli zostawię, to drugi tom…" oraz "Inaczej trudno mi będzie powiedzieć, że… "
    Paradoksalnie dużo lepiej czyta się książki bardzo złe, na których można się potem wyżyć, niż te całkiem nijakie.

    1. Post
      Author
      admin

      Och tak, przyznaję, jeśli książka jest moja, to nawet czasem dopiszę coś ołówkiem na marginesie (coś jak "strzeż się, przyszły czytelniku, który masz zamiar otworzyć tę książkę na tej stronie, gdyż jest tutaj…", oczywiście w bardziej lakonicznej formie ;)).

      I zgadzam się: nijakie książki są strasznie trudne do czytania, a najgorsze jest to, że bardzo często wypadają z pamięci i samemu już się nie wie, czy się je czytało, nie czytało, słyszało o nich, może czytało coś podobnego i tak dalej.

  4. Anna Flasza-Szydlik

    Jak się ma bloga, to jeszcze można mruczeć ze złośliwym chichotem "jak skończę, napiszę taką wredną recenzję! Jaka ona będzie złośliwa!". Nie popieram hatereadingu, ale czasami nie ma wyjścia.

    1. Post
      Author
      admin

      Dla zachowania higieny psychicznej ;)? Chociaż przyznaję, że zawsze w takim momencie moja umiarkowanie optymistyczna natura czytelnicza mówi: "ale na pewno nic dobrego w tej książce nie ma?" ;).

    2. Anna Flasza-Szydlik

      Coś takiego :). Czasami okazuje się, że książka nie była taka zła, tylko fragment. Ale ja bardzo emocjonalnie podchodzę do tego co czytam i jestem bardzo wyczulona na idiotyzmy (filmom wybaczam więcej).

    3. Post
      Author
      admin

      O, a wiecie, że jeśli nie napiszę tekstu od razu, to wtedy najczęściej stwierdzam, że może aż tak źle nie było i jestem bardziej skłonna do szukania dobrych stron? No, chyba że książka faktycznie była fatalna, wtedy wiadomo.

  5. Wilhelmina

    Często miewałam podobnie – każda z tych mantr pojawiała się u mnie w mniejszym lub większym stopniu. Ale kiedyś trafiłam na takie zapiski J. Carrolla wydane przez Albatrosa zdaje się, gdzie ob wspominał, że przeczytał kilka nie tyle niepochlebnych opinii na temat swoich książek, co wręcz utyskiwania, że zmarnowane tyle czasu na przeczytanie takiej szmiry. Carroll dziwił się jak to się dzieje, że taka osoba mało, że dokończyła tę książkę skoro jej się nie podobała, to jeszcze pofatygowała się o wystawienie opinii w internecie. Od tamtej pory podchodzę do książek bez większych oczekiwań. Na zasadzie, że nawet w największych banałach da się znaleźć jakiekolwiek zalety.

    1. Post
      Author
      admin

      No właśnie, to dla samopoczucia czytelniczego chyba dobrze, ale jak wskazują powyższe komentarze — w co mogę najzupełniej uwierzyć z doświadczenia — czasem człowiek doczytuje do końca, chociaż mu się nie podoba, bo liczy na ciekawe zakończenie albo chce w uprawniony sposób skomentować, że mu się nie podobało (jednak dziwnie chyba pisać, że się nie podobało, kiedy się nie przeczytało, więc nie do końca rozumiem ten argument Carrolla ;)).

  6. Ann RK

    Zwykle pocieszam się mantrą nr jeden. W przypadku Greya zadziałała opcja ostatnia. Zdarza się też, na szczęście rzadko, że czytam do końca ze względu na to, że to egzemplarz recenzencki i powtarzam sobie "zgłosiłaś się, to teraz nie marudź".

    1. Post
      Author
    2. Post
      Author
    1. Post
      Author
      admin

      A, chyba wiem, o czym mówisz. Czasami tak robię już na samym końcu, żeby się zorientować, jak wiele stron mam do końca (i może coś w tym jest, że szybciej mijają wtedy takie strony ;)?).

  7. Dominika Kałabun

    Ja jestem z tych co "jeszcze x stron do końca" (nawet jak mi się podoba to sprawdzam!) i tych co muszą przeczytać pierwszy i drugi tom, żeby sięgnąć po piąty lub szósty 😉

    1. Post
      Author
      admin

      Ba, też sprawdzam zazwyczaj — pozwala oszacować czas na czytanie (no, mniej więcej, bo z tym szacowaniem to kłopotliwa sprawa ;)).

  8. Niekoniecznie Papierowe

    Ja stosuję autorski "test 100 strony". Jest to minimum, które należy przeczytać, a potem podjąć decyzję. Jeżeli nie ma absolutnie żadnej chemii, należy się rozstać. Jeżeli coś tam zaiskrzyło, bądź po prostu przyzwyczailiśmy się do siebie, można kontynuować. Przy krótkich dziełach można się później dodatkowo wspomóc np. mantrą nr 1 (przeczytałam już 100 to i dam radę kolejne 20). Z ręką na sercu przyznaję, że jestem seryjną monogamistką i pamiętam jeden drastyczny przypadek rozstania. Przeważnie po 100 stronie zwycięża przyzwyczajenie.

    1. Post
      Author
      admin

      O, pisałam właśnie kiedyś o takich metodach czytania! Setna strona, czasami pięćdziesiąta, wszystko zależy właśnie od zapatrywań na to, do kiedy fabuła ma do nas przemówić ;).

  9. Książniczka

    Ja stosuję głównie mantrę "Inaczej trudno mi będzie powiedzieć, że…", choć szczerze, nie zawsze udaje mi się dobrnąć do końca. Ze "Zmierzchem" tak przetrwałam, ale 50TG już nie przetrzymałam 😀

    Masz przeuroczą nazwę bloga 🙂

    Pozdrowienia z Po drugiej stronie książki od Książniczki

    1. Post
      Author
      admin

      No właśnie, czasami to jest jednak ciut za dużo dla wrażliwości czytelnika :). Co zależy właśnie w dużej mierze od indywidualnych zapatrywań :).

      Dziękuję :)!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.