Szybko, szybko, chociaż w koronkach albo o „Emmie” BBC (1996)


Dzisiaj będzie o filmie – o filmie piszę tylko w ramach Austentacji i nic się w tej kwestii nie zmienia. Chciałabym też potraktować ten film jako kolejną wersję historii – pozwólcie więc, że na historii właśnie się skupię i na sposobie jej opowiedzenia. Nie jest to zatem w żadnej mierze tekst stricte filmowy. Nie wiem, czy można tu zatem mówić o spojlerach, bo to mimo wszystko nadal ta sama historia, ale tak, piszę o zakończeniu, więc czujcie się ostrzeżeni.

[1]
Po
pierwsze – nie wiem czemu, ale byłam przekonana, że „Emma”,
która leżała sobie spokojnie w pudełku z kolekcją ekranizacji
Austen na DVD, pochodzi z lat 80. Zdarza mi się czasami, że nic nie wiem
o filmie przed jego obejrzeniem, tak było w tym przypadku, więc po prostu wrzuciłam DVD do
odtwarzacza i z radością zaczęłam odkrywać, kto to zrobił i kto
w nim gra, i jak to w ogóle wygląda. Film jest, trzeba to przyznać,
nakręcony bardzo sprawnie – scenariusz został napisany tak, żeby
wiązać wszystkie wątki ze sobą i płynnie prowadzić nas przez
historię, nie ma więc właściwie takich chwil na zamyślenie się
czy dłużyzn. Wystarczy dodać, że najmniej dynamiczną i
najdłuższą sceną bez cięć jest ta, w której Emma i Knightley
przyznają się sobie, co ich łączy. Poza tym suniemy do przodu bez
chwili wytchnienia, więc możecie śmiało polecać ten film tym,
którzy chcieliby wiedzieć, o co w „Emmie” chodzi, a boją się
za dużej ilości tańców, sukien i herbaty.

 
[2]
Punkt wyjścia całej
intrygi na linii Emma jako wyborna swatka jest nieco inny, bo nie
tyle Emma ubzdurała sobie, że Harriet musi pochodzić z
ziemiańskiej rodziny, ile została wpuszczona w maliny przez panią
Goddard. Ona tutaj z rozkosznej nauczycielki wiejskiej przeistacza
się w usiłującą wcisnąć swoją podopieczną w dobre towarzystwo
matronę. Zresztą: gdyby tak chcieć powiedzieć, na co w tej
ekranizacji położony jest największy nacisk, powiedziałabym, że
właśnie na kołowanie Emmy – dobitnie widać to i we wspomnianym
wątku, i później, kiedy pojawia się Frank Churchill, pozwalając
Emmie snuć domysły o Jane i panu Dixonie. Twórcy adaptacji
cudownie podkreślają zresztą samowyobrażenie Emmy o swojej
działalności i jej skutkach, wprowadzając przekomiczne zwykle
sceny marzeń Emmy, w których pan Elton dziękuje jej za
odnalezienie miłości życia, obraz Franka Churchilla ożywa, żeby
flirtować z naszą bohaterką, ewentualnie Emma z małym Henrym musi
przerywać obrzęd zaślubin pana Knightleya z dowolną panną młodą.

 
[3]
Właśnie, jeśli
chodzi o to, co daje nam wizja, to nie można nie wspomnieć o tym,
że generalnie mocno buduje komizm na tym, co widzimy, a o czym
Austen do końca nie wspomina. Świetnie to wychodzi w scenie
zbierania truskawek i wycieczce na Box Hill – ta ostatnia u Austen
jest głównie nużąca i wszyscy marzą, żeby już z niej wrócić.
Scenarzyści natomiast pokazują nam obie te wyprawy od podszewki,
podważając jeszcze bardziej ich „prostotę” i „naturalność”
(Austen robi to za pomocą dialogu, a zwłaszcza odpowiedzi
uczestniczącego w nim Knightleya) – kiedy widzimy służących
dźwigających meble na szczyt wzgórza albo przesuwających podnóżek
wzdłuż grządek truskawek, żeby panie nie plamiły sukien, nie
sposób się nie uśmiechnąć.

W filmie znajduje
się też ciekawa scena końcowa, do której nie mogę nie nawiązać,
bo fajnie współgra z tym tłem społecznym i interpretacją
niektórych elementów „Emmy” jako opowieści o zmianie i
przejściu. A mianowicie: film kończy się sceną ze święta
plonów, której w powieści nie ma. Eltonowie oburzają się, że
zaprosił swoich dzierżawców i generalnie, że zabawa nie jest
tylko dla klasy wyższej, ale dla wszystkich. Ba, w kończącym film
tańcu w pierwszych trzech parach są także Martinowie, zaraz obok
Churchillów i Knightleyów! Ten duch „społeczny” i pana
Knightleya jako „dobrego pana” i nowoczesnego posiadacza
ziemskiego widać w tej scenie bardzo dobrze (zwłaszcza właśnie na
tle narzekań Eltonów, jakiż to on „niekonwencjonalny”). W
przemowie, którą wygłasza jest również znamienne, że podkreśla
to, że „będzie stabilność, będzie ciągłość” (mimo jego
przeprowadzki do Hartfield). Można to przecież odczytać także
jako zapewnienie bardziej ogólne, na tle zmieniającej się epoki. 
 
[1] Inne teksty, także filmowe, znajdziecie oczywiście w archiwum festiwalowym.
[2] Zdjęcia dzisiaj znalezione na Pintereście. Nie wspomniałam, a muszę: jaką Kate Beckinsale jest cudowną Emmą! A jakim Mark Strong jest intensywnym Knightleyem!
[3] Ale najbliżej moich wyobrażeń są Jane i Frank. W ogóle: cudowny casting.

13 Replies to “Szybko, szybko, chociaż w koronkach albo o „Emmie” BBC (1996)”

  1. Dziś przyznam, że nie będę czytać, obawiam się tych spoilerów więc popatrzyłam na zdjęcia, przeczytałam pierwszy akapit i wiem, że jak kiedyś "Emmę" przeczytam, to może i zajrzę do ekranizacji, lubię klimat takich filmów 🙂 Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Bardzo dobra analiza tej jakże przyjemnej adaptacji! Też bardzo lubię tę końcową scenę: bardzo ładnie zamyka wszystkie wątki, pokazuje Knightleya jako "dobrego pana", i wpisuje się w jego charakter (w końcu już w powieści poświęca się i przeprowadza dla żony).

    1. Dziękuję :)! Ta ostatnia scena przenosi chyba też główny nacisk z tej przeprowadzki na to, że Knightley dba o swoich ludzi (w powieści w sumie uosabianych przez Williama Larkinsa i Roberta Martina, tutaj można zobaczyć nieco więcej).

  3. A nowy serial "Emma" (czteroodcinkowy)? Powyższe wersje mam i bardzo lubię: pierwszą za dynamizm, a drugą – za świetne kreacje aktorskie – nie do podrobienia. Ostatniego serialu jeszcze nie widziałam.
    pozdrawiam

    1. Już nie taki "nowy"… 😉

    2. Z adaptacjami zwykle jestem spóźniona, teraz właśnie intensywnie nadrabiam te "emmowe". Tę oglądało mi się tak przyjemnie, że dawno nie miałam takiej zbieżności między tym, co widzę na ekranie, a tym, co widziałam przed oczyma w trakcie czytania powieści ;).

    3. Dla mnie "nowy", bo ja filmowo w ekranizacjach w tyle jestem 🙂 16 grudnia obejrzałam nie widziany "W świecie Jane Austen" – czteroodcinkowy, taki "fanfick" na temat "Dumy i Uprzedzenia" i połaczenia go ze światem współczesnym przez wejście w łazience. Takie sobie, a gdyby nie gra Hugh Bonneville i Alex Kingston, to byłoby mdłe.

    4. Czaję się na to ogromnie, jak obejrzę, na pewno będzie o tym wpis ;).

  4. Wiecie co, mnie się jednak ta ostatnia scena wydaje pewną przesadą. Ale od początku.
    Pod pewnymi względami to jest chyba najlepsza adaptacja "Emmy". Po pierwsze, Kate Beckinsale jest taką Emmą, jaką opisała Jane Austen. I z wyglądu, i z zachowania. Nie za słodka, z łatwością można uwierzyć, że to dziewczątko uważające się za wyrocznię i lubiące, żeby wszyscy tańczyli tak, jak ona im zagra. Poza tym wydaje mi się, że jej zachowanie i postawa (też całkiem dosłownie, sposób poruszania się itd.) jest najbliższa temu, czego można by się spodziewać po młodej kobiecie tamtej epoki. Knightley Marka Stronga jest niezły, choć trochę zbyt ponury, jego przyjaźń z Emmą powinna mieć więcej lekkich i cieplejszych tonów. Naprawdę podobał mi się w jednej scenie, kiedy mówi "nonsensical girl".

    Ale co do tych scenek ze służbą – one są świetne same w sobie, to podkładanie poduszek pod kolana paniom zbierającym truskawki, to wnoszenie porcelany na Boh Hill itd. Wyborne. Tylko że u Knightleya na pewno tak nie było. On żył skromnie i był sensownym człowiekiem, na pewno nie zorganizowałby takiej imprezy i na pewno nie miał zastępu lokajów w perukach do zajmowania się tymi poduszkami. No i wątpię, żeby Donwell Abbey było tak wspaniałe jak Downton Abbey, w końcyu on był tylko panem Knightleyem, a nie hrabią. No i to końcowe bratanie się z ludem mnie w swojej formie nie przekonuje.

    1. Dokładnie, dla mnie też to jest Emma taka bardzo "emmowa", ta w wykonaniu Kate Beckinsale. Knightley zwłaszcza na początku bardzo mi przypominał sposób, w jaki prowadzono w adaptacji BBC Firtha jako pana Darcy'ego (te mroczne spojrzenia!), ale potem jakoś mu przeszło, robi się coraz bardziej przyjazny. Myślę, że to kwestia reżyserii — jakby na początku powiedziano Strongowi "grasz takiego a takiego faceta", a później mówiono mu coś innego ;).

      O, widzisz, ja w ogóle odebrałam to tak, że to nawet niekoniecznie musiała być służba Knightleya, ale pani Elton wożącej ze sobą wszystko. Przy czym, ponownie, u Austen tej służby niemal nie widać, jest jakoś w dużej mierze "przezroczysta", do tego stopnia, że złapałam się na takiej myśli, że w tych scenach musi być jakaś służba, a my jej zupełnie nie widzimy. I tak sobie myślę, że to Donwell Abbey z filmu jest takie wspaniałe, żeby uwydatnić kontrast: na zasadzie "bogaty, a jaki poukładany" (dla odmiany bogactwa Franka Churchilla chyba w ogóle nie widzimy na ekranie?).

    2. Tak zgadzam się, Jane Austen stroniła od opisywania tego, co robili służący. Np.czytałam, że w DiU lokaj pojawia się tylko raz na kartach książki. "Emmy" dobrze nie pamiętam.
      Kate Beckinsale jest bardziej naturalna, Gwyneth Paltrow bardziej przesłodzona w roli.

  5. Tę akurat adaptację widziałam tylko we fragmentach. Oglądałam tę z Gwyneth Paltrow (okropna!) i tę BBC serialową z Romolą Garai. Serial mi się podobał, choć na początku nie miałam przekonania do koncepcji i obsady. I w dodatku zawierał moją ulubioną sekwencję taneczną we wszystkich tego typu filmach jakie oglądałam. Bardzo byłabym ciekawa twojej opinii, bo wprowadzono pewne wątki czy raczej pogłębiono niektóre rzeczy w bardzo ciekawy sposób. To jedyna znana mi adaptacja powieści o dziewczynie która "otrzymała wszelkie dary jakie życie ofiarować może" otwierająca się straszliwie wręcz smutną sekwencją wydarzeń, ani na jotę nie mijającą się z tym co napisano w powieści. Bardzo niezwykłe.

    1. Obejrzyj, jak będziesz miała okazję, w całości — do mnie bardzo przemówiła i bawiłam się świetnie, także chwalę i zachęcam :). Natomiast tę adaptację z 2009 nabyłam w promocji w markecie za złotych polskich dziewięć i uznałam, że to znak, że akurat teraz się trafiła — będzie o niej na pewno wpis festiwalowy, zamiaruję właśnie w weekend obejrzeć! Już się cieszę na rozmowę w takim razie :).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.