Nie zdarzyło się nic szczególnie dobrego ani złego albo o „Dzienniku roku chrystusowego” J. Dehnela

Rzadko mi się zdarza sięgnąć po nowość, ale czasami jakoś jest mi z nowością po drodze. Otóż mój Domownik zbiera wszystkie książki Jacka Dehnela, więc tylko kwestią czasu pozostawało, kiedy zabierze się za jego „Dziennik roku chrystusowego”. Ale traf chciał, że akurat czytał co innego, więc pomyślałam, że właściwie czemu nie, zobaczmy, o co też chodzi. Nie ukrywajmy: recenzji i omówień „Dziennik…” doczekał się w wielu miejscach. Podlinkuję Wam te dwie: z Leżę-i-czytam i z Dwutygodnika). A teraz z czystym sumieniem będę pisała, co chciałam napisać — w związku z tym niektórym tematom miejsca nie poświęcam, innym zaś całkiem sporo. 
 
(A w tytule cytat z „Dziennika…”, ze strony 510)

Wspominałam Wam
kiedyś o czeskim eseiście Milanie
Šimeczce.
Šimečka właśnie przyszedł mi na myśl
przy lekturze pierwszych stron „Dziennika…”: dlaczego? Dehnel
pisze, że ma to być zapis jego roku chrystusowego: od 33. do 34.
urodzin. Jaka jest intencja stojąca za wyborem akurat tego roku z
życia? Oczywiście symboliczna: nie wiadomo, czy będzie specjalnie
ciekawie, ale rok to naznaczony odniesieniami religijnymi,
symboliczny w kulturze judeochrześcijańskiej, warto notować, a nuż
coś z tego będzie. U Šimečki w
dzienniku „Konec nehybnosti“ (nie
przełożono tego chyba u nas – gdyby chcieć przetłumaczyć tytuł
byłby to „Koniec bezruchu”
albo może „Koniec niewzruszonego”)
jest podobnie: przychodzi rok 1988 i eseista postanawia na wszelki
wypadek zacząć pisać dziennik. Czemu 1988 akurat? Bo ma na końcu
ósemkę, a ósemki w czeskiej historii są „fatalne”: w 1938
zabór Sudetów, w 1948 przewrót komunistyczny, w 1968 inwazja
sowiecka i tak dalej. Šimečka więc
już na wstępie mówi, że kurczę, może będzie nudno, ale na
wszelki wypadek lepiej zapisywać. 

Albrecht Dürer, autoportret. Źródło.
Czemu
o tym wspominam?
Bo intencja na tym poziomie symbolicznym jest
podobna, różni się jednak z kilku względów: co się pierwsze
rzuca w oczy to oczywiście to, że Dehnel robi to bardziej
osobiście, Šimečka zaś
– chcąc udokumentować ewentualne zmiany
społeczne. „Dziennik…” jest oczywiście opisem pewnej
rzeczywistości, także społecznej czy politycznej, ale to raczej
tło, a nie pierwszy plan. Zastanawiam się zresztą – jak zostałby
potraktowany, gdyby wydać go za lat, dajmy na to, trzydzieści? Ale
to na marginesie. Bo oba te dzienniki łączy jeszcze, moim zdaniem,
jedna rzecz: umowność. One są od razu przeznaczone dla ewentualnej
szerszej publiczności – porzucę tu już analogie z Šimečką,
bo właściwie się kończą i zajmę się samym Dehnelem. Kiedy
otwieramy „Dziennik…” rzuca się nam w oczy zdanie: „Autor
dziękuje […] za dwumiesięczne stypendium, które pomogło w
ukończeniu prac nad tą książką”. „Książką” – właśnie,
dziennik jest jednak, czy też w zamyśle ma być, kolejnym projektem
artystycznym, nie zaś wyłącznie zapisem tego, „jak jest”, do
własnego czy bliskich użytku. I że to książka bardziej niż
dziennik – widać.

Przy
czym jasne:
istnieją różne modele dzienników. Są takie, gdzie
autor zanotuje co zjadł, ile wydał, ile napisał (Orzeszkowa), są
takie pisane od razu na zamówienie i do publikacji, pisane więc z
intencją wydania (Gombrowicz), są też takie, które owszem, pójdą
do publikacji, ale po redakcji i skreśleniach (Nałkowska). Gdzie
sytuuje się „Dziennik roku chrystusowego”? Trochę pomiędzy
nimi wszystkimi, jest na wpół osobisty, na wpół świadczy o
czasie i autorze, na wpół jest kreacją literacką. I co z tego
wynika?

Myślę,
że na tym w dużej mierze polega

problem
z nią: nie da się tego czytać jako podglądania życia
słynnego autora (to znaczy da się, jeśli ktoś chce, ale też nie
za bardzo, szczerze mówiąc, z tego skorzysta: Dehnel opisuje co
prawda dość dokładnie, co jadł, ale żadnych pikantnych afer tu
nie ma), nie da jako prozy, nie da jako dziennika jako takiego. I
teraz: czy to świadoma decyzja, czy tak wyszło? Mam wrażenie, że
mniej więcej w połowie łamie się rama wybrana dla całej
opowieści: już na początku Dehnel zastrzega, że będzie pisał
dużo, coś potem pewnie powykreśla, ale z umiarem w opisywaniu
swojego świata ma problem – i to widać właśnie w tym złamaniu.
W połowie książki ulegają lekkiemu zatarciu aluzje do Chrystusa
czy do wieku chrystusowego innych twórców, żeby wrócić pod
koniec, ale jakby z mniejszym entuzjazmem, mniej interesująco.
Podobnie jest z pomysłem, by spróbować opisywać szczegółowo
kolejne pokoje, w których przychodzi autorowi nocować: pomysł
interesujący, ale nic z niego nie wynika (trochę też przez takie
zatarcie).

Jacek Dehnel, okładka. Źródło.
Jest
więc „Dziennik…” takim dziełem stojącym w rozkroku
: ni to
faktycznie dziennik, ni to zapis codzienności w Polsce, którą
jednak większość czytelników kojarzy (choć przez inne pryzmaty
niekiedy: wieku chociażby), ni to refleksje nad życiem pisarza, ni
to konstrukt artystyczny. I pal licho, mogłoby to być takie dzieło
„w drodze”, i takie się zdarzają, gdyby nie fakt, że właśnie
gdzieś w środku się rozłazi, jest pospinane nadwyrężonymi
klamrami oraz obfituje w przedziwne czasem pasaże. Bywa nieznośnie
przestylizowane (zaczynając od okładki, z której patrzy na nas
Dehnel-Chrystus-Dürer
– szkoda, że samego odniesienia do Dürera
w treści nie ma, okładka może byłaby
wówczas mniej pompatyczna, a tak dopełnia treść, ale nie rozwiewa
wrażenia, a kończąc na fragmentach erudycyjnych felietonów, jak
choćby o Medyceuszach – podzielam autorową fascynację rodem, ale
nawet ja zadałam sobie pytanie, co ten wtręt tam robi, bo wyglądało
to trochę jak notatka, taka na luźnej kartce, którą wkłada się
do dziennika, a potem przepisuje, bo ach, kiedy się trafi okazja /
dobrze mi się napisało / czemu właściwie nie). Bywa też
irytujące – zwłaszcza tam, gdzie nagromadzenie pewnych elementów
sprawia, że nie widać spod nich dobrze autoironii. Bo widzicie,
autor narzeka dość dużo, że te trzydzieści trzy lata ta już
rozpad, śmierć, zniszczenie – nagromadzenie tego typu fragmentów
sprawia, że czytelnik zaczyna się skrobać po głowie, myśląc coś
w rodzaju „ale… ale… ale serio?”.


strach kończyć tę trzydziestkę.
No, ale nic. Byłyby sobie te
fragmenty, tyle że mam wrażenie, że to jeden z objawów
dotykających „Dziennik…” dość boleśnie: próba napisania
czegoś istotnego – a wtedy de
profundis
:
sięga Dehnel po najpoważniejsze, co mamy, czyli po śmierć. I
teraz znowu: zaczyna się to kompozycyjnie naprawdę przejmująco –
od śmierci babci Pietii, partnera pisarza. Przejmująco. Ale
przechodzi w rozważania o śmierci własnej – i tu znowu:
oczywiście, człowiek stykając się z odchodzeniem bliskich, myśli
i o sobie, ale tutaj zabrakło takiego znaku stopu. W pewnym momencie
zaczyna to być dość manieryczne (notabene
w
czasie notatek z podróży do Włoch). A jak już przy opisach
podróży jesteśmy: tu też widać taką potrzebę napisania czegoś
istotnego – stąd nie zawsze szczęśliwe odwołania do zaszłości
historycznych, sprawiające wrażenia wymuszonych albo jakoś
interesujących w kontekście – ale w tym kontekście, który
istniał poza tekstem. Zapisane stają się albo pretensjonalne
(uwagi o niemieckiej winnicy) albo zupełnie obok tego, co pisarz
starał się wyrazić (przy czym tak zakładam, nie sądzę, żeby
świadomie umieszczał trącące kolonializmem zdania w rodzaju
„Wszystko, co nie ocalało z dawnych czasów, wygląda, jakby wujek
Ali zmajstrował w wolnej chwili kluczem francuskim i szpagatem”
[s. 408], czy inne z obrazków z podróży do Indii).

Dla porządku: książkę odhaczam.
 
W
tym też widać ten rozkrok „Dziennika…”
: za dużo tego, przez
co przemykają się rzeczy niedopracowane (albo przynajmniej
zakładam, że niedopracowane, a nie, że takie celowo) i rzeczy
bardzo dobre, choćby opis takiego zwykłego życia – należę do
tej mniejszości, której opisy tego, co autor zjadł, przeszkadzają
stosunkowo mało, za to takt, z jakim Dehnel pisze o relacji z
Pietią, jest ujmujący. No, tylko że tu znowu problem: część
tego, co zostaje przelane na papier, w gruncie rzeczy ma posmak
takiego zdarzenia „o, to zabawne, zapiszę, hm, na papierze nie
wygląda już tak dobrze”. To zresztą sprawia, że autor dość
bezlitośnie morduje część puent, które wcale takie dobre nie są
– poza kontekstem, hm, być może, ale też nie zawsze. Były całe
akapity, na których kiwałam głową, że o, proszę, to niezłe, a
potem przychodziła puenta i mina mi nieco rzedła.

No
dobrze, ponarzekałam, pochwaliłam, widać z tego tekstu zresztą
też wyraźnie, że trudno o „Dzienniku…” powiedzieć, że jest
be albo że jest cacy. Jest przeciętny. Nie dlatego, że autor ma 33
lata, bo cała kreacja pomyślana jest interesująco – raczej
dlatego, że brak w nim umiaru, trochę więcej cięć, może więcej
zmyśleń, może pomyślenia nad kompozycją. I nad tym, gdzie Dehnel
jako autor stoi na szali między prawdą/dziennikiem a
prozą/zmyśleniem.

8 thoughts on “Nie zdarzyło się nic szczególnie dobrego ani złego albo o „Dzienniku roku chrystusowego” J. Dehnela

  1. Pasjonująco o "Dzienniku…" napisałaś i rozebrałaś go na części pierwsze (przy okazji, dzięki za podlinkowanie mojej opinii).
    Przede wszystkim zabrakło mi u Dehnela puenty i wniosków. Bo klamra-pretekst do spisania diariusza niby jest (rok chrystusowy), ale okładka i sam zamysł dają nadzieję (przekonanie nawet!), że będzie jakiś przełom, że przekroczenie rubikonu, że się wydarzy Coś, a nie tylko – rok jak co roku, "jedna jedyna różnica: że zapisane".
    Myślę, że to efekt pułapki pisania dziennika jako z góry zaplanowanego, książkowego projektu. Stąd natłok wrażeń, szczegółów i wrażenie chaosu. Składowe są pasjonujące, ale jest ich za dużo, więc całość – ciut "przegadana".
    Nie zmienia to faktu, że przeczytałam "Dziennik…" z zainteresowaniem. Zresztą, na dzienniki zawsze rzucam się zachłannie, a prozę Dehnela po prostu uwielbiam. Za "Saturna" i "Fotoplastikon" w szczególności, za "Dziennik…", po zastanowieniu, też 🙂

    1. Dziękuję :). Mnie się z kolei zakończenie całości (ten dialog) podoba: to jest jakiś wniosek — że nic specjalnego się nie wydarzyło, chociaż rok symboliczny (tu mi znowu wyskakuje pewne podobieństwo z Šimečką, bo i w tym '88 też nie było przełomu, mimo symboliki). Ale — tak jak napisałam — brakuje mi puent czy podsumowań trafnie wieńczących poszczególne elementy. A że ten natłok i chaos, jak napisałaś — to już kwestia redakcji, bo skoro projekt przeznaczony do publikacji, można było to "przegadanie" przyciąć, jak sądzę.

  2. No tak. W zasadzie chyba mógł był autor napisać to wszystko na blogu 😉
    Chyba zniechęca mnie do tej książki aura bufonady, którą, jak mi się wydaje, ona emanuje: począwszy od tytułu, poprzez okładkę i, sądząc z tego, co piszesz, treść.

    1. Mógłby, właściwie. Przynajmniej część — ale wiesz, mnie też ta okładka mocno przestraszyła, ale bufonady nie ma tam aż tak dużo (bo nie będę ukrywać: w moim odczuciu jest, w niektórych momentach zupełnie nieznośna, ale też nie przekracza stężenia nie do przejścia; raczej jest w spodziewanych proporcjach). Co do okładki — jeszcze jedna rzecz mnie w niej uderza: na 500-stronicową książkę dano miękką wersję (nie wiem, czy istnieje twarda, nie znalazłam), więc dwa przejazdy komunikacją miejską i już jest nieco nadwerężona.

  3. "istnieją różne modele dzienników. Są takie, gdzie autor zanotuje co zjadł, ile wydał, ile napisał (Orzeszkowa)"
    Pyzo Wędrowniczko, czy jesteś pewna, że Orzeszkowa pozostawiła po sobie dzienniki? Bo ja słyszałam tylko o listach 🙂

    1. Tak, część wyszła jako "Dnie" (wydał to IBL PAN) — pamiętam, że była przy okazji dyskusja, że każdy liczył, że będą jakieś smaczki, a tam naprawdę ile Orzeszkowa wydała na jajka, ile napisała stron, a do tego wszystko skrótami, coś jak taki mały kalendarzyk z zaznaczeniami bardziej niż dziennik sensu stricto :).

    2. A, to dziękuję za informację, nie wiedziałam o tym 🙂 I chyba jednak nie będę szukać tego dziennika. Listy są ciekawsze. Ciekawa jest też książka Orzeszkowej "O sobie" – taka składanka listów i różnych wypowiedzi. Pisała w nich o swoich poglądach na pisanie powieści, o swoim powołaniu, o dzieciństwie itd.

    3. Nie, zdecydowanie możesz go nie szukać, tak jak piszę — nie jest aż taki zajmujący (chociaż widziałam też opinie skrajnie różne od mojej, że jednak on pokazuje pewien sposób życia, myślenia, czy wreszcie: taką nudną codzienność, taką praktyczną stronę charakteru pisarki; mnie się mimo wszystko wydaje, że gdzie indziej też je widać, niekoniecznie trzeba wertować te akurat zapiski). "O sobie" nawet mam w domowej biblioteczce, ale jeszcze nie zdecydowałam się zajrzeć. Czeka na swoją kolej, na kiedyś :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *