Co tam się właściwie dzieje i gdzie jest Napoleon albo o tle powieści Jane Austen

Był to kojący widok, kojący dla oka i myśli. Angielska zieleń, angielska kultura, angielski ład, oglądane w promiennym, lecz nie oślepiającym blasku słońca.
„Emma”, tłum. Jadwiga Dmochowska, wydanie Prószyńskiego i Spółki z 2002 roku, s. 371
Sto lat Jane Austen!
Czy właściwie chyba należałoby życzyć więcej, skoro to 240.
rocznica urodzin? W każdym razie wiecie, o co mi chodzi. Na początku
festiwalu zastanówmy się w takim razie, kiedyż to dzieją się
powieści Austen. Sprawa wydaje się prosta, ale prosta do końca nie
jest: autorka zostawia nam w tekście wskazówki, ale nie są one
wcale takie czytelne.

Dzisiejszy wpis jest
wynikiem moich poszukiwań, prowadzonych ze względu na kilka
niejasności w tekście „Emmy”, co doprowadziło mnie z kolei do
kilku większych spostrzeżeń oraz prób wyszukania interpretacji
przypominających te, na które wpadłam (w kupie siła!). Dlatego
najpierw będą dwa słowa ogółem o tle, na jakim powstają
powieści Austen, a potem będzie przykład. Tym ostatnim będzie
oczywiście „Emma”, skoro a propos tej właśnie powieści kręci
się całe nasze tygodniowe wydarzenie.
Słowem wstępu
albo ogólne założenia
Koniec XVIII i
pierwsze dekady XIX wieku to czas dla powieści dobry. Staje się ona
stosunkowo popularna i stanowi równoprawne źródło rozrywki, na
które nie patrzy się specjalnie kosym okiem. Przynajmniej w Anglii,
bo jak wiemy jeszcze dekady później w bardziej stonowanych
społecznościach czytanie powieści będzie uważane za psucie
dobrych obyczajów i sprowadzanie – dziewcząt zwłaszcza – na
manowce. Jeśli by się jednak przyjrzeć, co też święci triumfy,
zauważymy, że na czołowych miejscach „bestsellerów” tego
czasu królują dziwne historie o pogmatwanych tytułach, z których
powieści gotyckie są jeszcze najłagodniejsze (cudowne przykłady,
jak również bardziej naukowe wyjaśnienie fenomenu Austen na tle
powieści z epoki, znajdziecie w artykule Kathryn Sutherland, „Jane
Austen: social realism and the novel”, dostępnym w całości tutaj).
Jak się zapewne domyślacie, Austen staje na przekór tej fali
trendów i pisze o zwyczajnym życiu zwyczajnych ludzi w zwyczajnych
miejscach. Zarzuca manierę nazywania swoich bohaterów w niezwykły
sposób (choć jeśli chodzi o nazwiska, to wcale nie są one takie
„zwyczajne” i „bez znaczenia”, jak mogłoby się wydawać),
sytuuje ich w pejzażu, który sama zna, a czytelnik/czka, jeśli
pochodzi z tej samej klasy – ziemiaństwa, ewentualnie wyższej
klasy średniej – bez trudu odnajdzie wydarzenia, jakie zna i
będzie mógł się z postaciami Austen zidentyfikować.
Można odnieść wrażenie, że bohaterów bardziej zajmują tańce niż sytuacja 
społeczna. I po części tak oczywiście jest. Źródło.
Możemy więc mówić,
że są to powieści realistyczne, ale… No właśnie, to „ale”
jest tutaj szalenie ważne. Realizm powieściowy w ogóle nie znaczy,
że dostajemy rzeczywistość odwzorowaną w identycznej skali. U
Austen również tak jest, co oznacza, że nie dostajemy na talerzu
tego, „jak było”, ale ulegamy złudzeniu, że czytamy o
znajomych (ówcześni czytelnicy) bądź prawdopodobnych (późniejsi
czytelnicy) rzeczach. Temu sprzyja i to, że w powieściach Austen
dostajemy właściwie taką historię życia codziennego, zapis
podawania herbaty, szukania męża, szykowania się na bal. Brakuje
tutaj zatem – na pierwszy rzut oka – istotnych wydarzeń tego
okresu. Jeśli zapytacie google’a: „Googlu, ach, Googlu, kiedy
dzieją się powieści Jane Austen?”, odpowie: „Ach, śmiertelna
istoto, oczywiście w epoce georgiańskiej!”. To znaczy: za
panowania kolejnych królów Jerzych na Wyspach. No i świetnie,
pomyślicie, taka epoka, a tu, kurczę, żadnych ech tego, co się
wówczas działo: ani o rewolucji w Ameryce (a przecież Anglia traci
swoje kolonie!), ani o wojnach napoleońskich (a przecież blokada
ekonomiczna i strach przez napaścią Francuzów, na myśl o których
drżą, wspominając je, panie z Cranford u Elizabeth Gaskell!), ani
o rewolucji francuskiej. Właśnie: te wydarzenia nie wydają się
mieć bezpośredniego przełożenia na życie bohaterów Austen,
prawda? Cisza i dobre wychowanie, i uprawianie swojego ogródka –
oto, czym się zajmują, tak? Zauważyliście na przykład, że
„Popioły” Żeromskiego opisują częściowo ten sam okres? A
jednak pan Darcy nie biega przerażony, że zaraz wpadną
rewolucjoniści i go, jako posiadacza ziemskiego, zgilotynują. Nie,
nie – stanowczo i silnie trzyma się podział klasowy, wielkich
awansów społecznych nie ma. Cisza, spokój. Angielski klimat jak w
cytacie z początku.
Kontynuując albo
weźmy na warsztat jakiś przykład
Zdawałoby się, że
nawet pierwsi recenzenci Austen zgadzają się z takim obrazem. Jak
to pięknie ujął sir Walter Scott w anonimowej recenzji „Emmy”:

Emma has even
less story than either of the preceding novels.

(recenzja ukazała
się w „The Quarterly Review” w październiku 1815, s. 195,
możecie przeczytać całą dzięki zbiorom on-line British Library)
No właśnie, ale to
tylko pozór. Bo wcale nie znaczy to, że wątków społecznych – a
co za tym idzie: historycznych, bo w oderwaniu od siebie one zwykle
nie występują – u Austen nie ma. Zajmijmy się zatem „Emmą”,
zresztą jak wspominałam, wpis częściowo powstał dlatego, że
dwie sceny w powieści przykuły moją uwagę. Pierwsza dotyczy
niewolnictwa, druga jest ścinającą krew w żyłach historią
rabunku. Zacznijmy od tej pierwszej – bo mamy przecież krótką,
ale wymowną wzmiankę o niewolnictwie w samej „Emmie”. Oto
fragment rozmowy między Jane Fairfax a panią Elton o poszukiwaniu
pracy jako guwernantka przez tę pierwszą:

– […] W
Londynie istnieją biura, w których po złożeniu oferty wkrótce
coś się znajdzie… Biura sprzedaży jeśli nie istot ludzkich, to
ludzkich intelektów.
 
– Ach, moja
droga, co też ty mówisz? Jestem po prostu zgorszona; jeżeli to
aluzja do handlu niewolnikami, zapewniam cię, że mój szwagier był
zawsze raczej zwolennikiem zniesienia niewolnictwa.

[s. 310]
O co chodzi? Czemu
pani Elton reaguje tak ostro? Jej szwagier, ze słynnego Maple Grove,
o którym non stop wspomina, zostaje tu wzięty w obronę, chociaż
przecież żaden zarzut tak naprawdę nie padł. Warto wspomnieć, że
wielokrotnie podkreśla się, że pani Elton pochodzi z Bristolu –
jednego z największych portów, korzystających na handlu
niewolnikami i towarami przez nimi produkowanych. No, ale dobrze,
miejsce miejscem, nie wszyscy bristolczycy musieliby od razu mierzyć
się z takimi oskarżeniami. Ale zobaczcie sami, jak Austen
charakteryzuje ojca pani Elton:

Była młodszą z
dwóch córek kupca z Bristolu; kupca, tak wypadało go nazwać, choć
jego zyski zdawały się nader mierne i nietrudno było się
domyślić, że nie miał się znów tak bardzo czym chlubić w
uprawianym zawodzie.

[s. 188]
Zważywszy na to, że
na biedę jednak siostry Hawkins nie narzekały, dochody pana
Hawkinsa nie mogły być zupełnie małe, czy w innym razie Selina
poślubiłaby Sulkinghorna, a Augusta byłaby takim rarytasem dla
pastora z Highbury? Może chodzi tu jednak o inny brak przedmiotu do
chwalenia się rzemiosłem? Nie wspominając o tajemniczym „tak
wypadałoby go nazwać”. Zresztą, jak donosi John Sutherland w
eseju ze zbioru „Can Jane Eyre Be Happy? More Puzzles in Classic
Fiction”, poświęconego „Emmie”, prawdziwy John Hawkins był
znanym handlarzem niewolników i Austen, nie stroniąca od nadawania
swoim postaciom znanych nazwisk, chciała w ten sposób dać do
zrozumienia, z kim mamy do czynienia (cały tekst jest zresztą
cudowną analizą języka, jakiego używa pani Elton, zwłaszcza jej
nieśmiertelnego „caro sposo”). Nie więc zupełnie tak, że
Austen przedstawia nam świat zupełnie wyprany z odniesień do
dalszej rzeczywistości. Wręcz przeciwnie: przy czym, bardzo
subtelnie, pewnych rzeczy musimy się domyślać, za innymi pokopać
w źródłach, ale satysfakcja z odkrycia rozwiązania zagadki jest
ogromna. Szukając potwierdzenia dla moich intuicji zdybałam cały
artykuł dotyczący kwestii niewolnictwa w „Emmie” i to, co udało
mi się jakoś wydedukować i podeprzeć, to jedynie wierzchołek
góry lodowej, możecie przekonać się sami.
 „Typy” z epoki. Źródło (z opisem).
Druga rzecz a propos
tła społecznego, która rzuciła mi się w oczy w „Emmie” to
pamiętna scena napaści cygańskiego taboru na Harriet. Właściwie
można by powiedzieć, że to tylko zwrot akcji, który przynosi nowe
dane do komedii omyłek, jaka potem następuje, ale wydaje mi się,
że jest tutaj coś więcej. Cała scena ma, w moim odczuciu,
wydźwięk raczej komiczny: spetryfikowana strachem Harriet, którą
oblegają dzieci domagające się pieniędzy, i dzielny pan Churchill
ratujący ją z opresji, bo akurat się pokazał na drodze. Tyle że
w ogóle ci „gipsies”, jak określa się ich w oryginale, robią
tutaj przede wszystkim za podstawową figurę inności (inności
także przez odmienny kolor skóry: wyraźnie ciemniejszy –
pamiętamy przecież innego znaczącego obcego z literatury
późniejszego okresu, Heathcliffa z „Wichrowych Wzgórz”).
Dobrze, ale
czemu właściwie ta scena i czemu uczepiłam się Harriet? Warto by
było zobaczyć, co się za tym kryje: Harriet to postać tutaj
znacząca — nie znamy jej pochodzenia, domniemania są wielkie, to
taka postać, która przechodzi nieudaną drogę awansu społecznego.
Ilustruje jak gdyby w ogóle szersze tendencje w społeczeństwie
angielskim tego czasu (ruch luddystów, zmiany w rolnictwie,
pełzająca rewolucja przemysłowa) – nie bez kozery przecież
Austen daje ją do pary z Robertem Martinem, o pozycję którego
zabiega pan Knightley. Harriet i Robert kierują zatem uwagę
czytelnika na to tło społeczne właśnie, bardziej niż
pierwszoplanowa para bohaterów. To, że akurat Harriet zostaje
napadnięta też jakoś z tą interpretacją współgra: włóczędzy,
określani jako „gipsies”, są zagrożeniem dla spokojnej,
stabilnej, znanej od stuleci społeczności Highbury, przynoszą
niestałość i zmianę – zmiana jest żywiołem Harriet, jak
zostało powiedziane – a zatem też odbijają się w nich przemiany
społeczne zachodzące w tle. 
 Tak więc tańce — jak najbardziej. Ale nie tylko. Źródło.
Kiedy mowa o tle
historycznym powieści Austen trudno czasami na pierwszy rzut oka
powiedzieć, że wyraźnie widać to w powieściach. Przyjęło się,
mam wrażenie, uważać, że akcja rozgrywa się mniej więcej w
okolicach czasu ich powstania. Nie znaczy to jednak, że faktycznie w
życiu bohaterów nie ma udziału „wielka historia”. Ma, tyle że
trochę jak w szaradach zbieranych przez Emmę i Harriet: Jane Austen
nie przeprowadza bezpośredniego wprowadzenia, nie krytykuje w sposób
jawny, ale ileż radości można mieć potem odkrywając, co
poukrywała w swoich książkach.

21 thoughts on “Co tam się właściwie dzieje i gdzie jest Napoleon albo o tle powieści Jane Austen

  1. Pyzo, świetny wpis i bardzo dobrze pokazuje, jak wiele jest do odkrycia w prozie Jane Austen. Mam nadzieję, że w trakcie festiwalu uda się nam przekonać wszystkich, że to nie są tylko takie sobie opowiastki. Wiesz, zwróciłam uwagę na te same rzeczy, tzn. też mi się przypomniały "Panie z Cranford" i "Popioły", ale to nic dziwnego, skoro już od dłuższego czasu czytamy razem 🙂 I masz racje, ten wykrzyknik pani Elton na całkiem niewinną uwagę Jane Fairfax o guwernantkach! Też mnie to zawsze zastanawiało, zaczęłam grzebać i doszukałam się tego Hawkinsa handlującego niewolnikami. Ale takich ukrytych znaczeń jest w "Emmie" więcej, można nad tą książką lata spędzić.

    A skoro o latach mowa, akurat dokładnie ustalono, że akcja "Emmy" rozgrywa się od września/października 1813 do listopada 1814. Ten ukryty kalendarz "Emmy" też jest bardzo ciekawy i postaram się napisać o nim w jednej z moich notek.

    1. Dziękuję :). Też mam wrażenie, że tam są całe jeszcze pokłady znaczeń, odsłaniające się przy kolejnej lekturze albo intensywnym zagłębieniu się w epokę i "smaczki", które Austen poukrywała (zastanawiam się, czy miała takie poczucie, że coś jest całkiem oczywiste — i być może dla jej współczesnych faktycznie było — a teraz okazuje się, że zupełnie nie da się tego odgadnąć bez wzmożonych studiów?).

      Tak, czytałam o tym przy okazji retellingu, o którym chcę napisać jutro. W ogóle wydaje się, że bardzo dużo dla "Emmy" zrobił R. W. Chapman, on też ustalał, jak wygląda "kanoniczny" tekst — Sutherland wspomina, że bardzo wpłynął on na ukształtowanie się wizerunku pani Elton przez poprawienie sposobu, w jaki mówi ona to swoje namiętne "caro sposo" — to ładny przykład, jak czasem redaktor potrafi wpłynąć na interpretację dzieła przez, zdawałoby się, drobnostki ;)).

    2. No tak, współcześni Jane wiedzieli, jak się ubierano, przemieszczano, ile to jest 30 tys. funtów i jaki może dać roczny dochód, a ile 10 tys., więc wiele rzeczy było dla nich oczywistych, tych, które my odkrywamy w wyniku głębokich studiów. Ale ona rzeczywiście mnóstwo rzeczy tam ukrywała, począwszy od prywatnych, rodzinnych żartów, po takie sprawy jak wspomniane w Twoim wpisie niewolnictwo (to raczej nie było oczywiste). Ale badacze jej twórczości odnajdują też ukrytą strukturę, która podkreśla akcję, dodaje głębi itd.

      A jak Chapman poprawił "caro sposo"? Raczej nie namiętne, tylko pretensjonalne. Jakoś nie widzę namiętności w małżeństwie Eltonów 😉

    3. Właśnie na "caro sposo". W oryginale pani Elton nie dość, że dorzuca tę pretensjonalną wstawkę, to jeszcze robi to z błędami (najpierw "cara sposo", potem jeszcze inaczej, dopiero potem udaje jej się poprawnie — tyle tylko, że nie wiadomo, czy faktycznie, czy na skutek pomyłek drukarskich, Chapman przyjął tę drugą opcję za bardziej prawdopodobną, czyli że pani Elton jest pretensjonalna, ale nie zdradzająca braków w wykształceniu). No i — mnie się tam nawet widzi jakaś namiętność, namiętnie na pewno obnoszą się ze swoją wyższością "starych, pozostających w związku ludzki" wobec Emmy ;).

  2. Super! Strasznie mi się ten artykuł podoba. Świetnie, że wspomniałaś o tych drobnych, niepozornych "wzmiankach", po których tyle się można domyślić jeśli chodzi o kontekst społeczno-polityczny! Dzięki za linka do artykułu:)

    1. Dziękuję, bardzo mi miło :). Dobrej lektury życzę, bo fascynujące rzeczy o "Emmie" odkrywają ciągle nowi interpretatorzy i znawcy epoki :).

  3. Idealny wpis na początek festiwalu! 🙂
    W trakcie lektury "Emmy" uderzyło mnie, jak relatywnie niewiele tzw. "historycznego tła" jest w tej powieści Austen (w innych pewnie też, jak mogę się domyślać, bo, oprócz "Emmy" czytałam jedynie "Dumę i uprzedzenie"). Tym większe brawa dla Ciebie, Pyzo, że odkryłaś w tej prawie 500-stronicowej powieści te nieliczne fragmenty, dające pojęcie nie tylko o ludziach, ale też o czasach.
    Austen koncentrowała się na tej "małej", lokalnej historii, ta Wielka pobrzmiewa w tle. Zastanawiam się, czy jej powieści zyskałyby na dodaniu (wyraźniejszego) historycznego tła, tak jak to jest choćby u Gaskell? A może wręcz przeciwnie?
    P.S. Pyszne ryciny!

    1. Wydaje mi się, że chyba zależałoby to od dwóch rzeczy: tak jak pisałam, Austen chciała pisać o "zwyczajnych" ludziach w kontrze do przygód wszystkich Lucilli i Camomilli, jakie umieszczali ówcześni powieściopisarze w swoich fabułach, jednocześnie włączając je w bieg rzeczy, często wyolbrzymionych i jakoś deformujących "historyczną" rzeczywistość — pod tym względem pewnie by zatem nie zyskały. Ale tu powstaje oczywiście pytanie: jak to jest z czytelnością? Czy nie sprawiłoby to, że krzywdzący jednak stereotyp, że to są takie powieści o paniach pijących herbatę i czekających aż wyjdą za mąż, byłby dużo mniej powszechny? Mnie się, mimo wszystko, podoba to, że można tak w nich pogrzebać i znaleźć te odniesienia :).

  4. Chciałabym ulec temu "wrażeniu", w którym pozornie nie myślałabym o obecnej sytuacji politycznej, czy społecznej, a koncentrowałabym się na obecnie wykonywanej czynności, nawet na tym cytowanym zaparzaniu herbaty, czy rycinowym tańcu. Razem z bohaterkami oczekiwałabym kolejnych zaślubin i zastnawiałabym się, kiedy będzie czas na moje własne 🙂 Jestem ciekawa tego klimatu, pozdrawiam 🙂

    1. To nic, tylko sprawdzić, czy to na Ciebie działa ;). Przy czym mnie się wydaje, że to jednak nie jest tak, że one nie myślą o niczym innym — to, co mówią, to jedna sprawa, to, co myślą i co przekrada się między wierszami (a dla współczesnego czytelnika nie zawsze musi być jasne) — druga. A do lektury Austen oczywiście zachęcam! 🙂

    1. No, właśnie nie do końca. Dużo rzeczy straciło taką czytelną moc oddziaływania na czytelnika i trudno się połapać, nie buszując wśród innych źródeł, że one coś znaczą. Chociażby kwestia nazwisk — dla ówczesnego czytelnika łatwo skojarzyć nazwisko "Hawkins" z handlarzem niewolników, dzisiaj bez znajomości pozatekstowej rzeczywistości epoki — niespecjalnie.

  5. Zakładam, że Twój wpis to jawna prowokacja, która pokazuje na jakie manowce może czytelnika zwieść ponowoczesna (czy jakoś tak) interpretacja tekstu 🙂 Kupuję to, ale czemu poprzestać tylko na Cyganach (ups, Romach) jako Innych. Oczywiście, można potraktować incydent z Cyganami jako rodzaj sztafażu ale to przecież byłoby za proste :-). "Emmę" w ogóle można by uznać za książkę o Innym – wszak jej bohaterowie zostają zamknięci w swojej sferze. Każdy zna swoje miejsce, ci wyżej i ci niżej, a jeśli ktoś z tych drugich usiłował się wyrwać z ram w które go wtłoczono to boleśnie się sparzył – Elton został sprowadzony na ziemię przez Emmę, a Harriet przez Eltona. Szczytem możliwości okazał się dla niej Robert Martin, w oczach Emmy także "upośledzony" społecznie. Co prawda, o zgrozo! trudno w "Emmie" znaleźć potępienie takiego porządku ale złóżmy to na karb ówczesnego poziomu świadomości społecznej 🙂

    1. Tak właśnie myślałam, że tak powiesz ;).

      A propos "Cyganów" — oprócz bycia "tym innym", oni pełnią w "Emmie" przecież w ogóle rolę takich stereotypowych "włóczęgów" (razem ze złodziejami kur, których rola jest może jednak nawet konstrukcyjnie dla fabuły ważniejsza). Stąd to określenie "gipsies" jest bardziej pojemne, wiadomo, że chodzi o ludzi o ciemniejszym odcieniu skóry, a równocześnie takich, którzy przybywają do Highbury z zewnątrz. I tego tak boją się inni bohaterowie.

      A "Emma" jest powieścią, gdzie "klasowość" bohaterów pełni rolę ważniejszą chyba nawet, niż w innych książkach Austen (przynajmniej tych, które czytałam, więc "Mansfield Park" z moich rozważań tu wyłączam). Swoją drogą Emma najpierw chce Harriet "podźwignąć", później przeklina swoje wysiłki — kiedy Harriet może zagrozić jej własnemu szczęściu — ale koniec końców wszystko zostaje na swoim miejscu (co równocześnie nie oznacza, że chodzi o te zmiany, przejścia).

    2. Faceci są przecież tacy przewidywalni i w dodatku tak twardo stąpają po ziemi :-). Zauważ, że nie czepiałem się teorii Hawkinsa 🙂

    3. Wiesz przecież, że nie i że przywołuję teorie bez względu na płeć :). Szło o te (po)nowoczesne interpretacje niż o cokolwiek innego :P.

    4. Ja bym się nie zapędzała za daleko, ale wydaje mi się, że jest tak, że Anglicy, czyli też angielscy pisarze, traktowali wtedy z dużą nieufnością wszystkich, którzy czystej krwi Anglikami nie byli. Czyli Cyganie to Inni, Francuzi to Inni (na przykład mała Adele w "Jane Eyre", zresztą szalona żona pana Rochestera też przecież nie pochodzi z Anglii), ale nie postrzegali tej inności wewnątrz społeczeństwa w taki sam sposób. Chociaż Marlow masz rację, że można tak patrzeć na to ich pogardzanie sobą nawzajem, choćby bardzo subtelne, ze względu na pozycję społeczną.
      A poza tym to bardzo fajny artykuł, z przyjemnością przeczytałam! A "Mansfield Park" jest moim zdaniem najbardziej "klasową" powieścią Jane, a przynajmniej nie mniej niż "Emma" – przeczytaj, Pyzo, koniecznie 🙂

    5. Zastanawiam się jeszcze nad tą innością: bo może w takim razie ci Cyganie tutaj w ogóle są taką hiperbolizacją inności jako takiej (biorąc też pod uwagę, jak napisany jest ten fragment — a "ekstremalnych" przymiotników tam nie brakuje, wszystko jest ogromne, wielkie, reakcje, uczucia i tak dalej)? Bo inaczej wyglądają, są spoza społeczności — a równocześnie nie ma to nośnika takiego stricte politycznego (w takim sensie, w jakim mieliby go na przykład obywatele francuscy, czy inna "zorganizowana" w strukturę narodowościową inność — nie wiem, jak to dobrze określić)?

      Dziękuję :)! Oczywiście, mam w planach, już od dłuższego czasu obiecuję sobie i innym, póki co sprawiłam sobie własny egzemplarz, także będzie, będzie w czytaniu :).

    6. Padmo, moje uwagi na temat Innego traktuj zdecydowanie z przymrużeniem oka :-). Interpretacja Pyzy incydentu z Romami 🙂 kojarzy mi się uwagą Żeleńskiego z "Obrachunków fredrowskich" na temat interpretacji jednej ze scen z "Dożywocia" Fredry. Jest nieco przydługa ale mam nadzieję, że Pyza mi to wybaczy – "odczytując sobie Dożywocie i zaglądając pilnie do komentarza (…), znalazłem następujące objaśnienie tego, że Łatka, w scenie 4 aktu II, „wstrząsa się i spluwa”: — „Spluwa (objaśnia z powagą uczony komentator) — bo mu się nie powiodło w interesie, odżegnywa się przez to od nieszczęścia: zabieg zabobonny, przejęty prawdopodobnie od Żydów, z którymi pozostawał w interesach”.
      Otóż każdy, kto bodaj raz widział Solskiego jako Łatkę, ma tę scenę tak żywo w pamięci, iż wie bez wszelkiego komentarza, że Łatka „wstrząsa się i spluwa” po prostu dlatego, że przed chwilą… wypił flaszkę lekarstwa przeznaczonego dla Leona, a to aby dowieść targującemu dożywocie Twardoszowi, że to jest „limonada”." I to tyle z mojej strony na temat ponowoczesnych interpretacji dwustuletniego romansu 🙂

    7. Długie cytaty, a już z Boya szczególnie, wybaczam bez mrugnięcia okiem :). Mimo że sytuacja jest inna, bo Boy ładnie pokazuje, że i jak zachowanie bohatera wynika z tekstu — w "Emmie" scena z wędrownym taborem zwraca uwagę i przez to, że jest napisana zupełnie inaczej, i że właściwie z niczego nie wynika, oprócz potrzeby konstrukcyjnej, co jednak znając powieści Austen nie wydaje się tym powodem ostatecznym ;).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *