O ilustracjach w książkach dla dorosłych albo ach, gdzie jesteście?

W listopadowej
naszej lekturze na „Pikniki z Klasyką”, czyli w Dickensowskiej
„Samotni” – której jedyne powojenne wydanie polskie pochodzi z
1975 roku – są ilustracje. Jak słusznie padło w dyskusji, te
ilustracje dodają uroku samej książce; pojawiło się też pytanie
– dlaczego właściwie dzisiaj tak rzadko wydawane są powieści z
ilustracjami, docelowo przeznaczone dla dorosłych?

Oczywiście
najprostszy powód – którym można by zamknąć dyskusję – to,
że nie wydaje się książek z ilustracjami, bo się to nie opłaca.
Tylko że pod takim argumentem ekonomicznym zawsze coś się kryje.
Bo generalnie, jak sądzę, wydawanie książek średnio się
„opłaca”. Wiele rzeczy niemal w ogóle nie się „opłaca”,
raczej się do nich „dopłaca”, a jednak nie znikają. Tymczasem
ilustracje w książkach dla dorosłych zniknęły niemal na dobre.
Niemal? Ano właśnie, w końcu czasem się pojawiają. Kiedy?

Na pewno wtedy,
kiedy mamy do czynienia z tak zwanym wydawnictwem kolekcjonerskim. To
może być ta sama książka, tylko wydana po raz kolejny ładniej
bądź z jakimiś ulepszeniami. Właśnie – do ulepszeń tych
często należą zdjęcia, nieco rzadziej zaś ilustracje. Co w takim
razie to nam mówi? Ilustracja jest towarem luksusowym, należy ją
umieścić w specjalnej edycji książki, wydanej z jakiejś okazji
albo z powodu dużego zainteresowania można liczyć, że taki nakład
również się rozejdzie. Kiedy jeszcze ilustracje się pojawiają?
Bywa, że w reedycjach (tu od razu uwaga: oczywiście bywa i tak, że
właśnie z reedycji ilustracje znikają), zwłaszcza klasycznych
dzieł, które swego czasu wyszły właśnie z dołączonymi
ilustracjami – to będzie Josef Lada i „Szwejk”, Sidney Paget i
„Sherlock Holmes”. Innymi słowy: jeśli powieść ma ilustracje,
które w jakiś sposób ukształtowały wizerunek bohatera czy świata
przedstawionego (jak to ma miejsce w dwóch wymienionych przypadkach
– ale przecież nie tylko) będzie wychodziła z ilustracjami; nie
zawsze, nie ze wszystkimi, ale ten wizerunek będzie się jakoś po
niej kołatał. 
 
 
 Ha, dzisiaj ilustracje, nomen omen, nawet na temat. Tu wspomniany Lada. Źródło.

No dobrze, ale co w
takim razie ze wszystkimi tymi książkami, które ilustracji
pozbawiono? Czemu tylko wydania kolekcjonerskie (prestiż, towar
luksusowy) i reedycje klasyki (ponownie: prestiż, ale też czytelne
odesłanie do przeszłości, w jakiej funkcjonuje dzieło)? Czemu
można robić nowe przekłady klasyki, ale raczej nie ogłasza się,
że oto nowe ilustracje do „Szwejka” – i nikt się nie oburza,
ani nie zachwyca? Czy ilustracje nadal traktujemy jedynie jako coś
wtórnego i służebnego wobec tekstu?

Na to by wychodziło,
prawda? Ale myślę, że zmieniło się tutaj coś jeszcze: a
mianowicie pewna koncepcja książki dla dorosłych. Co by to mogło
spowodować? Wydaje mi się, że nie bez znaczenia jest to, że
zmieniły się wymagania wobec obrazu: rysownicy albo uzyskali status
klasyków, albo uważa się ich za pracujących przy książkach dla
dzieci. „Dorosłe” książki wychodzą ze zdjęciami albo z –
plagą wydań różnorakich – zdjęciami z filmu na ich podstawie.
Wyobraźnia książkowa zostaje spięta z wizualną, ustawioną na
określonym torze. Nie chodzi więc już nawet o to, że dorosłemu
„nie wypada czytać książki z obrazkami” (bo to bzdura). Ten
dorosły czego innego oczekuje. Oczywiście: mówiąc „dorosły”
mam na myśli pewien typ, a nie każdego razem i z osobna. Ale to w
sumie chyba jasne. 
 
 
 A tu wspomniany Paget. Źródło.

Poza tym, no
właśnie, padło wyżej sformułowanie „książka z obrazkami”.
To ciekawe, że znaczenia stojące za tym wyrażeniem pozytywne
raczej nie są – a w każdym razie nie wtedy, kiedy mówimy o
przedmiocie dzisiejszej notki. Albo mówi się wówczas lekceważąco,
a już sformułowanie, że ktoś „pewnie tylko obejrzał obrazki”
stwarza wrażenie, że same te „obrazki” są niewiele warte, albo
mówi się prześmiewczo, że „taki duży, a bez obrazków mu się
nudzi”. Ilustracje w tego typu sposobach mówienia zeszły zatem w
jakiś sposób do podziemia – co jest przykre i smutne zarazem. I,
że dodam to czarodziejskie słówko: paradoksalne. Bo albo prestiż
(jak w pierwszych dwóch przykładach), albo lekceważenie (jak w
dwóch drugich).

Sytuacja
ilustrowanych książek dla dorosłych jest też dzisiaj taka, bo –
śmiem sądzisz – przebudowały się jakoś znaczenia przypisywane
ilustracji książkowej i temu, co to znaczy „być dorosłym”, z
całym arsenałem tego, co „wypada” a co „nie wypada”.
Pozostaje pytanie: czy to powody ekonomiczne stoją u podstaw tego
wszystkiego, czy odwrotnie, te inne nałożyły się na siebie i
zyskały wyraz w magicznym sformułowaniu „nie opłaca się”? A
przecież założę się, że nie tylko ja z radością powitałabym
powieści ilustrowane tak jak kiedyś, a skierowane docelowo do
czytelnika nie-dziecięcego.

Comments

  1. Marlow

    Chyba nie ma co dorabiać ideologii 🙂 – wiadomo, pieniądz rządzi światem, niestety. Książka jest adresowana do masowego odbiorcy a ten patrzy przede wszystkim na cenę, która obejmuje także ilustracje. Takie rzeczy jak ilustracje, okładka, typografia dla większości są drugo-, jeśli nie trzeciorzędne. Niektóre wydawnictwa dbają o wypośrodkowanie ceny vs walory estetyczne – jak na przykład w najnowszym wydaniu "Rękopisu znalezionego w Saragossie" gdzie ilustracje rozdzielają dekamerony ale i tak, jeśli już, dotyczy to pozycji klasycznych, których wartość jest już ugruntowana. Pewnie można byłoby wydać Twardocha albo Michalak tylko qui bono? 🙂

    1. Post
      Author
      admin

      Teoretycznie tak, ale jednak motywacje ekonomiczne zwykle albo przekładają się na coś, albo są wypadkową czegoś (i w kulturze też mają spore znaczenie, bo motywują powstanie pewnych zjawisk — jak chociażby tych książek dla dorosłych bez ilustracji; może to działać w te dwie strony, bo na tym z kolei ta ideologia "a czemu tak" ma szanse rosnąć ;)). Tak się zresztą zastanawiam — czy to naprawdę nie jest istotne. Przecież nawet jeśli ktoś sam nie czyta, ale kupuje książki na przykład na prezent, to częściej weźmie "ładną" niż "taką sobie".

    2. Marlow

      Ale na ten dylemat już sama sobie odpowiedziałaś w swoim poście 🙂 pisząc o ilustracjach w wydaniach kolekcjonerskich (prestiż, towar luksusowy) i reedycjach klasyki (ponownie: prestiż, ale też czytelne odesłanie do przeszłości, w jakiej funkcjonuje dzieło), czyli tej kategorii książek, które kupuje się na prezent. No i książka dla dorosłych bez ilustracji zawsze była standardem a ilustracja luksusem, który ją uatrakcyjniał – to nie jest żaden wymysł dnia dzisiejszego.

    3. Post
      Author
      admin

      Czyli że problem tkwi nie w tym, że ilustracje znajdujemy w innym sposobie wydania książki, ale w częstości jego występowania? No bo chyba nie do końca jest tak, że książka bez ilustracji była standardem — chyba zależy od tego, gdzie, no i mamy powieści popularne, a te zawsze były jednak z dodatkiem ilustracji.

    4. Marlow

      Trudno dyskutować z tak ogólnikowymi stwierdzeniami – bo gdzie wg Ciebie ilustrowana książka dla dorosłych była standardem? Podobnie jak nie wiem, na jakiej podstawie twierdzisz, że powieści popularne zawsze były z dodatkiem ilustracji. Owszem – bywały ale z pewnością nie zawsze.

    5. Post
      Author
      admin

      Napisałam, że "nie do końca książka bez ilustracji była standardem" — co automatycznie nie znaczy, że taka z ilustracjami była standardem. Ale przeglądając starsze wydania można zauważyć, że jednak tych ilustracji było więcej (łatwiej też podać nazwiska ilustratorów pojawiających się w książkach dla dorosłych kiedyś — dzisiaj w sumie nie wiem, czy jest taka osobna kategoria w ogóle; przy czym jasne, zwykle trudnili się ilustrowaniem i takich, i innych książek — jak Lada chociażby). Powieści popularne bywały ilustrowane, bo też te ilustracje miały przyciągać wzrok, więc nawet jeśli ukazywały się w odcinkach w gazecie, to dodawano do nich ilustracje — i znowu: nie wszędzie, oczywiście. Funkcja ilustracji była więcej mniej więcej podobna jak dzisiaj, ale jej status — nieco inny.

  2. Tarnina

    Słówko "paradoksalnie" ma tu zastosowanie, bo ilustracja to jednocześnie i coś drogiego, i taniego. To znaczy wypchnięcie ilustracji z książek dla dorosłych zapewne wiąże się z tym, że to "oglądanie obrazków" postrzegano jako coś niepoważnego ("taniego"), odpowiedniego dla niewyrobionego odbiorcy, ale nie dla wyrafinowanego czytelnika, za jakiego zapewne każdy chciałby uchodzić. A nie zmieni się to zapewne z powodów ekonomicznych. Może się mylę, ale wydaje mi się, że jeżeli ilustracje w książkach dla dorosłych się pojawiają to są to znacznie częściej prace klasyczne, tzn. takie, co do których wygasły już majątkowe prawa autorskie. Chyba znacznie rzadziej zdarza się, że wydawnictwo specjalnie zamawia ilustracje do książki u artysty.

    1. Post
      Author
      admin

      O, właśnie — dobrze tu oddałaś to powiązanie (też semantyczne właśnie) między jednym a drugim. Przy czym ta degradacja ilustracji jako czegoś niepoważnego/taniego to nie jest w sumie stare zjawisko — ale właśnie pojawiające się jakoś ostatnio. Może to też przez konotację z "niepowagą" tego, co nazywa się "kulturą obrazkową"? Na zasadzie: jestem poważny, odcinam się? Bo takie postawy są jakimś wyrazem kontestacji, ale chyba nie do końca pomagają w rozwiązaniu problemu (obrazek obrazkowi nierówny).

      I tak, chyba masz rację — ale to też może być związane właśnie z tym, że te ilustracje są "klasyczne", więc w żadnej sposób nie uwłacza takiemu "dorosłemu" ich oglądanie, bo to przecież dziedzictwo i sztuka ;).

  3. Bazyl

    A ja mam w odwłoku posądzenia o niepowagę i wydatkuję na alle na wersje z ilustracjami. Mam Trylogię z Szancerem oraz ilustrowane: Lalkę, Faraona, Ziemię obiecaną i parę innych. A teraz odkładam na Pana Tadeusza z Wilkoniem 😀

    1. Post
      Author
      admin

      Właśnie ten "Pan Tadeusz" mi też chodzi po głowie, ale zastanawiam się, czy posiadanie piątego egzemplarza tej samej książki ma sens ;). O, a jeden mam właśnie z ilustracjami Szancera.

    2. Bazyl

      A dlaczego nie? Skoro ja mogę kupować stareńkie tomiszcza dla ilustracji, to Ty możesz mieć pięciu "Panów Tadeuszów" 🙂

    3. Post
      Author
    4. Unknown

      Jak widzę, jesteście Panstwo doskonale zorientowani w dziedzinie ilustracji w książkach dla dorosłych .Od dwóch lat marzę o zorganizowaniu wystawy na ten temat (w Budapeszcie)ale mam ogromne problemy ze zgromadzeniem materiałow, a przede wszystkim podstawowej informacji:kto ilustrował, kiedy i co.W mojej biblioteczce mam jedynie książki z ilustracjami Dudy;Gracza, Mroza, Czeczota, Urbańca i jeszcze paru innych.To głownie literatura obca.Czy moglabym prosić o pomoc w poszukiwaniach, podanie kontaktu?
      Maria

    5. Post
      Author
      admin

      Wpis miał raczej charakter problemowy, nie podejmuję się bycia osobą dobrze zorientowaną w poszczególnych wydaniach ilustracji. Natomiast tak się zastanawiam, że można przejrzeć listę polskich ilustratorów w ogóle (na przykład tę jako wstęp), a potem zapewne trzeba by sprawdzać w katalogach Biblioteki Narodowej (przez "słowo w opisie", przy czym słowem byłoby nazwisko ilustratora — w dużej części katalog jest dobrym wyznacznikiem tego, co w Polsce wyszło). Oczywiście życzę powodzenia :)!

    6. Post
      Author
    1. Post
      Author
      admin

      Świetny wpis! I ten cytat z Wilkonia bardzo dobrze podsumowuje to podejście do ilustracji, które jest mi bliskie, czyli nie tyle dopełnienie, ale pokazywanie czegoś więcej. Zupełnie natomiast nie pomyślałam o tym, że ilustracja w dziełach kierowanych do dorosłych przetrwała nieźle w czasopismach literackich (ale też nie wszystkich — powiedzmy taka "Literatura na świecie" jednak czasami dorzuca ilustracje, ale częściej zdjęcia, w "Twórczości" chyba ilustracje są rzadkością, "Dialog" — to samo, więc czyżby chodziło o czasopisma, upraszczając, "rozrywkowe"? W tym sensie, że ilustracja przetrwała tam, gdzie się i najczęściej kiedyś pojawiała właśnie?).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.