Czasami lepiej, kiedy jest ciemność albo o „Effi Briest” T. Fontane’a

Theodor Fontane nie wydaje mi się być
jakoś szaleńczo obecny w naszym myśleniu o literaturze
niemieckiej. Tymczasem jest to klasyk, wielokrotnie ekranizowany,
czytany i powszechnie chwalony. Co ciekawe, część jego powieści
rozgrywa się na terenach Hinterpommern,
jak powiedzielibyśmy dzisiaj: na Pomorzu Zachodnim. Zatarłszy więc
ręce ruszyłam do lektury, chcąc się przekonać, co też u schyłku
XIX wieku robi Pomorze w literaturze. Skupiam się tu najbardziej
właśnie na nim, chociaż oczywiście nie wyczerpuje to tematu
„Effie Briest”.

Początek jest zawsze
najtrudniejszy, nawet gdy chodzi o historie.
Zaczyna się wszystko dość osobliwie,
jak dla dzisiejszego czytelnika, w każdym razie. Otóż do domu von
Briestów, dość przeciętnej rodziny, choć arystokratycznej,
utrzymującej się z gospodarki, przyjeżdża gość. To dawny
zalotnik pani Briestowej, Geert von Instetten. Aktualnie starosta w
małej mieścinie na Pomorzu, Kessinie. Instetten nie chce jednak
zobaczyć dawnej miłości ani wspominać wspólnie spędzonych
chwil. Przyjechał się oświadczyć – o rękę córki dawnej
miłości, siedemnastoletniej Effi. Ta bawi się właśnie z
koleżankami, huśta na huśtawce, zajada dojrzałym agrestem.
Podlotek, dziewczynka. Cóż, zaręczyny jednak zostają zawarte,
Effi ma poczucie, że to jest pewna nobilitacja (wyjdzie za mąż
jako pierwsza wśród koleżanek i to za starszego mężczyznę o
dobrej prezencji i pozycji), poza tym wie, że małżeństwo to cel,
który wszyscy aprobują. W ten sposób najpierw pojedzie w podróż
poślubną do Włoch, a potem zjedzie z małżonkiem do jego miejsca
pracy.
 Akcja dzieje się w małym miasteczku pod koniec XIX wieku. Miasteczko
leży na Pomorzu i dla głównej bohaterki to niemal tak, jakby leżało w Skandynawii.
Na pocztówce z epoki — dzisiejsze Sławno.

Tu właściwie zaczyna się coś,
dlaczego warto po „Effie Briest” sięgnąć. To panorama
cudownie absurdalnego pomorskiego miasteczka. Fontane hojnie korzysta
z realnych nazw (mamy więc praczkę z Köslina,
mamy malarkę z Polzina, kupca z Treptow, bohaterom zdarza się
czekać na pociąg ze Szczecina – tłumaczka akurat Szczecin
przekłada, podczas gdy w przypadku Koszalina i Połczyna decyduje
się zostawić ich oryginalną nazwę; to dość ciekawe, czemu
akurat Szczecin zostaje spolszczony, bo właściwie, jak się na to
zwraca uwagę w przekładach niemieckojęzycznych książek
dziejących się gdzieś na Ziemiach Odzyskanych, właściwie ta
niemiecka nazwa określa inny byt, mówi o innym mieście), ale i
świetnie wymyśla swoje, w dodatku takie, które brzmią szalenie
przekonująco (i to tak, że byłam przekonana, że już gdzieś je
słyszałam, a tu okazuje się, że absolutnie nie). Takim jest
Kessin, który z charakterystyki podanej na kartach książki
musiałby leżeć gdzieś w okolicy Darłowa, przy czym na
fantastycznym Pomorzu Fontane’a nie ma Świdwina, jest za to Warcino
z pałacem Bismarcków. Miasteczko leży nad morzem i z morza
częściowo żyje, mając na poły hanzeatycki charakter, zaludnione
zaś jest przeróżnymi nacjami, jest garść Skandynawów, są
Chińczycy, ktoś ożenił się z Hiszpanką, nikogo nie dziwi też
służący o imieniu Mirambo.
Dom Instettenów
jest osobliwy, mały i dość ciasny jak dla rodziny starosty, ale
przede wszystkim Effi co noc słyszy dochodzące z góry dziwne
odgłosy. Jakby muzyka? Jakby ktoś tańczył? Instetten rzuca
niepokojące uwagi do służącej, czy aby nie opowiedziała już
pani o „tym weselu na górze”. Teoretycznie to przeciąg
porusza firankami, ale Effi wie, że coś jest nie tak. Tylko co? Co
ją niepokoi? Tęskni za Brandenburgią? Pomorze wydaje jej się
dzikie, mniej cywilizowane, mocno zabobonne takim przesądem
wymieszanym z wierzeń Kaszubów, mocno zanurzonej w surowym
protestantyzmie starej szlachty i morskich legend? Czy boi się
obcości, którą symbolizuje właśnie historia „wesela na
górze”?
Świat się od tego nie zawali. Nie,
nie zawali się, przynajmniej nie zaraz. Ale kiedyś może to
nastąpić
.
Fontane nie kryje przed czytelnikiem,
co się stanie. Od pierwszego rozdziału wysyła czytelne sygnały,
ustawia podpowiedzi, nawet bohaterom każąc zwracać na nie uwagę.
Ale w gruncie rzeczy „Effi Briest” to nie jest historia o
Pomorzu (a szkoda, bo te pasaże są najlepsze, zdecydowanie), ale o
konwenansie. I to nie o konwenansie jakimkolwiek, ale o pruskości
rozumianej jako styl życia. Autor pokazuje, że państwo opierające
się na dziwnie pojętej moralności i historycznym resentymencie to
nie jest to, co utrzymuje ludzi blisko siebie, ale każe im oddalać
się i uciekać – przez plotki, pomówienia, próbę wypełniania
budzących opór powinności. Bohaterów nadal prześladuje duch
Napoleona (jak można chrzcić dziecko w urodziny Napoleona, gorszą
się sąsiedzi Instettenów), a czas odmierzają wspomnieniami
kolejnych bitew z wojny francusko-pruskiej początku lat 70. XIX
wieku. Mężczyźni chcą nowej wojny, bo to jedyne właściwie
zajęcie dla oficerów. Starsi narzekają, że świat się wali.
Bo ten świat faktycznie się wali. Tak
rozumiany – jako miejsce, w którym trzeba trzymać się „zasad”,
jakie by one nie były, i wypełniać je co do litery – pozostaje w
nieustającym zagrożeniu. Ciągle coś na niego czyha: krótsza
sukienka, chęć pochowania przyzwoitego człowieka na cmentarzu
gminnym, tańczenie w zaawansowanej ciąży, dowcip na temat
niedzielnego kazania. Bo w gruncie rzeczy nie podważa się tu jakiś
solidnych fundamentów. Bohaterom świat wali się na głowy w
momencie, kiedy pojawi się jakakolwiek drobnostka, która jest inna.
Z tych okruszków rusza potem lawina, a lawinę – nawet okruszków
– trudno jest powstrzymać, kiedy zupełnie nie umie się działać
inaczej, niż uczą w szkołach oficerskich i na proszonych obiadach.
To, że w powietrzu fruwają
bakterie, o czym zapewne słyszałaś, jest znacznie gorsze i
niebezpieczniejsze niż wszystkie zjawy i duchy.
„Effie Briest”, choć od
połowy – z racji na tę walkę bohaterów z konwenansem –
czytałam zgrzytając zębami, warto poznać, chociażby dlatego, że
zobaczyć, skąd wzięli się Buddenbrookowie. Tak, tak, w powieści
Fontane’a zjawia się pewien kupiec o tymże nazwisku, a zresztą nic
dziwnego, że potem przejęte zostaje ono przez Manna. Mann bowiem
deklarował, że „Effi…” to jego ulubiona powieść. Przy
czym gdybym miała wybierać, to najbliższe podobieństwo łączy ją
z „Anną Kareniną” (co dla niektórych będzie
rekomendacją, dla innych zaś – wprost przeciwnie; ale choć nie
zaliczam się do fanek Tołstoja, to przez powieść Fontane
przebiegłam dość szybko, bo i wątek nadnaturalny, i pomorski, i
styl prowadzenia narracji sprawiają, że „Effi…” czyta
się bardzo szybko, niezależnie od wszystkich innych czynników). No
i właśnie: żal mi bardzo pomorskiej scenerii, bo w pewnym momencie
to, co najciekawsze, Fontane porzuca – ale i rozumiem, czemu to
robi, bo niewątpliwie jest to taka powieść pokoleniowa i bardzo
dobrze musiała się sprawdzać w swoim czasie. Czy warto ją czytać
dzisiaj? Ba, że warto. Powtórzę po raz kolejny: to Pomorze!
 
_______________
Cytaty pochodzą z: Theodor Fontane,
„Effi Briest” w tłumaczeniu Izabeli Czermakowej, wydanie
Czytelnika z 1974, kolejno ze stron: 85, 131 i 80. A książka ląduje
jako „dziejąca się w okolicy”, bo jak już kiedyś
wspominałam, z Pomorza pochodzę.

12 Replies to “Czasami lepiej, kiedy jest ciemność albo o „Effi Briest” T. Fontane’a”

  1. To w ogóle jest interesujące, przeczytać jak Twoje miejsce pochodzenia/zamieszkania było odbierane przez ludzi, którzy mieszkali tam wcześniej. A "Effi" brzmi całkiem ciekawie, zwłaszcza ten wątek paranormalny.

    1. Szalenie ciekawe (ale muszę przyznać, że w ogóle bardzo lubię czytać niemiecką literaturę z Ziem Odzyskanych — tyle że Pomorze akurat pojawia się w niej dość rzadko, częściej Mazury, Warmia albo Dolny Śląsk). Przy czym w ogóle mam wrażenie ciekawe jest zobaczyć jakiś znany sobie kawałek przestrzeni oczyma innej osoby, a jak już jest to dobrze napisane, to w ogóle. Wątek paranormalny jest bardzo dobrze poprowadzony, odpowiednio niedopowiedziany, żeby nie rozczarować, a przez pierwsze sto stron byłam przekonana, że Instetten to miejscowy pan Rochester, więc polecam ;).

  2. Bardzo mnie zaciekawił ten tekst, bardzo. Ale trochę się boję. Pamiętam z jakim zapałem zaczynałam lekturę "Elizabeth i jej ogrodu" ze względu na Lucy Maud Montgomery i Pomorze właśnie w XIX wieku i jak wielkiego doznałam zawodu. Ale spróbuję chyba…

    1. Mam "Elizabeth…" na swojej liście, teraz będę podchodziła do niej ostrożniej. Natomiast wydaje mi się, że "Effi…" to inny kaliber książki i możesz spokojnie czytać. Nie zostałam z takim poczuciem arcydzielności, jak się spodziewałam, ale też nie ma tu nad czym załamywać rąk. A Pomorze jest już absolutnie doskonałe, Fontane oddał mu sprawiedliwość (i czaję się teraz na inne jego powieści tam osadzone).

  3. Świetna powieść, to "duszenie się" Effi w małżeństwie przypomina trochę Emmę Bovary i przywodzi na myśl twierdzenie, że "miłość jest ślepa ale małżeństwo przywraca jej wzrok" 🙂
    Nazewnictwo niemieckich nazw to osobna historia – nie takie rzeczy można znaleźć 🙂

    1. O, tak, "Pani Bovary" to też jest bardzo dobry trop (nie wpadłam na to, ale to zestawienie "Effie…", "Anny…" i "Pani…" daje bardzo dobry trójpak powieści różnie zrealizowanych, ale jakoś łączących się myślą przewodnią). Przy czym Fontane daje dość przerażający obraz tego małżeństwa Instettenów w półsłówkach bardziej niż w pełnych obrazach, a przy tym od pierwszych scen wiadomo, jak będzie.

      Mnie się nawet podobało to, że tłumaczka zostawia niemieckie nazwy mniejszych miast — to dodaje klimatu, że faktycznie jesteśmy na Hinterpommern, przy czym — jak wspominałam — to odsyła do nieco innej tożsamości miejsca niż ta dzisiejsza.

  4. "Effi" czytałam wieki temu, właśnie niedawno zamierzałam ją sobie przypomnieć. Pamiętam, że koło egzemplarza "Effi Briest" kręci się jeden z wątków "Castorpa" Pawła Huelle. Ciekawe, czy ze względu na wątek obyczajowy czy "pomorską" scenerię?

    1. A wiesz, że zupełnie nie zapamiętałam nic o "Effi…" w "Castorpie"? Muszę przy bytności w domu rodzinnym zajrzeć do naszego egzemplarza i sobie przypomnieć (swoją drogą "Castorpa" bardzo lubię, dobra to jest książka, taka oszczędna w środkach, a znakomita w wyrazie).

  5. Kolejna książka, którą poznaję dzięki Tobie 🙂
    W ogóle śmieszna sprawa, wpisałam sobie ten tytuł na listę książek do wypożyczenia, a kilka dni temu patrzę… a ja mam ją na półce =D

    Karmena

    1. O, miło mi bardzo — a jak jest na półce to nic, tylko zabrać się do lektury, niech się dobrze czyta! 🙂

  6. Jeżeli chodzi o nazwy miejscowości i ich nazwy spotkałam się już z podobnym traktowaniem. Ostatnio przekartkowałam "Miłość niemożliwą" Romana Fristera (historia rodziny Levych). Wszystkich duże miasta znajdujące się obecnie w granicach Polski mają polskie nazwy (Szczecin, Gdańsk), małym zachowano oryginalne niemieckie brzmieni, "aby zachować klimat książki". Bohaterowie jeżdżą więc z Bald Polzin do Szczecina.
    Może wynika to z praktycznych powodów? Szczecin i Gdańsk wszyscy kojarzą i użycie niemieckich nazw mogłoby wywołać zakłopotanie? A czy Połczyn Zdrój czy Bald Polzin – i tak mało kto wie, co to za miasteczko.

    1. Oczywiście, może tak być (chociaż Bad Polzin wydaje mi się dość reprezentatywny, w końcu znanych uzdrowisk na Pomorzu jest stosunkowo mało, porównując z innymi częściami Ziem Zachodnich i Północnych). Niemniej mnie to zawsze zastanawia, bo używając nazwy niemieckiej albo polskiej odwołujemy się do różnych bytów, tak naprawdę, w tym wypadku nazwa niesie za sobą zupełnie inne treści, przywołuje inną tożsamość miasta i tak dalej.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.